Czwartek, 7 kwietnia 2016
Rozmowa z Gabrielem Michalikiem, autorem książki 'Wniebowzięty. Rzecz o Zdzisławie Maklakiewiczu i jego czasach'


– Okoliczności zgonu Zdzisława Maklakiewicza
wciąż nie są jasne… 

– Mnie też się nie udało ich rozwikłać, choć nie tylko wypytywałem rodzinę i przyjaciół Maklaka, ale także szperałem w archiwach pogotowia ratunkowego, policji a nawet IPN-u Istnieje kilka konkurencyjnych wersji. Ta najbardziej prawdopodobna głosi, że aktor pobity przez nieustalonych sprawców w pobliżu hotelu Bristol dotarł do mieszkania swej matki, Czesławy, gdzie zasłabł i zmarł w oczekiwaniu na przyjazd karetki pogotowia.

W legendzie, jaką już ta śmierć obrosła, mówi się czasem, że napadli na niego milicjanci, a kiedy indziej, że skatował go przypadkowy osiłek, zazdrosny o wrażenie, jakie artysta robił na dziewczynach niezbyt ciężkich obyczajów, zgromadzonych w hotelowym barku. Maklak utkany był z legendy i anegdoty. Skoro żył myląc pogonie, dlaczego miałby inaczej umrzeć?


– Pochodził z muzycznej familii, wykazywał w tym kierunku niemałe uzdolnienia, czemu więc wybrał aktorską drogę życia?

– W rodzinie Maklakiewiczów, przebogatej w muzyczne talenty, paradoksalnie nie przywiązywano wagi do muzycznej edukacji. Wiadomo było, że umie się grać na fortepianie, a  komponowanie jest taką samą kompetencją, jak na przykład umiejętność czytania. Opowiadała mi pani Joanna Maklakiewicz, kuzynka mojego bohatera, wybitna pianistka, że jej dziadek, owszem, udzielał lekcji gry, ale wyłącznie obcym dzieciom. Własnych nie uczył, a mimo to, stopniowo zaczynały go zastępować przy kościelnych organach.

Zasadą było też, żeby obok muzycznego, zdobyć jeszcze jakieś, jak to nazywano, praktyczne wykształcenie. Na przykład ojciec Zdzisława, Ładysław Maklakiewicz był ekonomistą. Sam Maklak nie tylko świetnie grał na fortepianie, ale także komponował krótkie formy, wykorzystywane między innymi w filmach i na scenie. Rodzina była nieco rozczarowana Oczekiwała, że poza wykształceniem aktorskim, zdobędzie jakiś “konkretny fach”.
 
Życie aktora tak się ułożyło, że zawodu nauczał przy kawiarnianym stoliku (Gustaw Holoubek uważał, że w teorii aktorstwa Maklak był geniuszem, że jego wiedzą i aktorską intuicją karmili się koledzy), natomiast o możliwość reżyserowania bardzo zabiegał; przerwał wprawdzie studia reżyserskie, ale stale ku reżyserii ciążył. Pisał też scenariusze filmowe. Spod jego pióra wyszło sporo piosenek.

Dlaczego wybrał zawód aktora? Myślę, że był człowiekiem stale poszukującym; zaś aktorstwo, daje szansę przyglądania się sobie w różnych sytuacjach życiowych. Pozwala się zwielokrotnić. Aktor wie, jakich środków użyć, aby w oczach widzów stać się kimś całkiem innym. Myślę, że Maklak potrzebował stale zmieniać maski. Aktorstwo dają taką możliwość.

– Pierworodna córka Maklaka utrzymuje we wspomnieniach, że był niemalże ubezwłasnowolniony przez nadopiekuńczą matkę…

– Być może tak to właśnie w jakimś okresie wyglądało, zwłaszcza z perspektywy pani Marty. Całkiem inaczej opowiada o relacji Zdzisława i Czesławy Maklakiewiczów, matka jego drugiej córki, Wiesława Kosmalska-Maklakiewicz. Otóż, według jej relacji, pani Cecha miała być osobą niezwykle troskliwą, ale przede wszystkim wycofaną i dosyć wystraszoną. Że w związku Maklaka z jego pierwszą żoną, matką pani Marty, poetką Renatą Firek, układało się bardzo źle, nie wątpię. Ale wydaje mi się, że to raczej młodzi małżonkowie byli, czy to zanadto niedojrzali, czy to za bardzo spragnieni realizacji twórczych zamierzeń, żeby założyć stabilną rodzinę. Być może pani Czesława widziała ich bezsilne starania i cierpiała, a jej skargi brano za przejaw nadopiekuńczości?

Kilka lat później Maklak stworzył na lat sześć stadło z Wiesławą Kosmalską. Z tego okresu pochodzą jego zdjęcia, całkiem inne od tych, do których przywykliśmy. Otóż był dla swojej drugiej córki, Agaty, ojcem. Kochającym i czułym.

Nie umiał okazać serca swojej pierworodnej, która wyrosła na fantastycznego człowieka. Jakoś przebaczyła ojcu. Napisała przejmującą książkę. Wcale nie o Maklaku, ale o miejscu, w którym ojciec powinien być, a go nie było. Marta Maklakiewicz prowadzi fundację imienia taty, której celem jest nie tylko upamiętnianie patrona i jego osiągnięć aktorskich, ale także troska o ludzi cierpiących na cukrzycę. Ofiarowała swojej fundacji 30 hektarów ziemi na Mazowszu. Powstaje tam ośrodek. Zbiórka funduszy trwa.

– Udział aktora w Powstaniu Warszawskim był symboliczny?

– Udało mi się dotrzeć do pana Andrzeja Szamotulskiego, którego “Hanzem” – tak brzmiał konspiracyjny pseudonim Maklakiewicza – wciągnął do Armii Krajowej. Byli rówieśnikami, kolegami z tajnych kompletów, rodziny się znały, obie należały do warszawskiej socjety. Panu Szamotulskiemu Niemcy zamordowali ojca w ulicznej egzekucji. Maklak, a właściwie “Zdzisio”, bo we wspomnianiach pan Szamotulskiego tak o nim mówi, widział cierpienia kolegi i zrozumiał, że tylko walka pomoże mu przezwyciężyć duchową degradację spowodowaną rodzinną tragedią. W Kompanii Motorowej “Iskra” walczyli razem w Śródmieściu. Z oddziału ocalał co czwarty żołnierz. Po wojnie pan Szamotulski czuł się przy dawnym towarzyszu z konspiracji nieswojo. W rozmowie ze mną zastanawiał się: “co się stało z moim przyjacielem Zdzisiem? Jacy ludzie go skrzywdzili, że stał się kimś tak bardzo innym”

– Skąd się wziął w życiu artysty alkohol?

– Nie wiem, kiedy i w jakich okolicznościach wypił pierwszy kieliszek. Pije się, żeby przezwyciężyć strach i zagłuszyć świadomość. Żeby nie patrzeć w lustro. Maklak był człowiekiem niesłychanie utalentowanym, odznaczał się ponadprzeciętną wrażliwością. W niczym, w stu procentach się nie spełnił (to jego ocena, znana mi z wywiadów prasowych sprzed lat, istotne jest, że czuł się niespełniony, choć z perspektywy jego biografa tak nie było). Role nie te, zawód katorżniczy, matka coraz starsza i załamująca ręce nad synem. Jak tu się nie napić?!

To próba racjonalizacji. A w istocie było inaczej. Alkoholizm jest chorobą. W czasach Maklaka nie było jeszcze w Polsce Wspólnoty AA. Pani Wiesława Kosmalska opowiadała mi, że chodzili wraz z mężem do jakichś grup samopomocowych, które już wtedy, w latach sześćdziesiątych gdzieniegdzie się u nas tworzyły. Nie pomogło. Mąż upadał na jej oczach. W końcu się rozstali, płacząc nad sobą. Pojawił się, więc nowy pretekst do picia: “nie dałem rady być mężem i ojcem”.

Książkę o Maklaku napisałem głównie dlatego, że mój bohater był alkoholikiem. Chciałem pokazać walkę utalentowanego człowieka ze złem, które go niszczy. Walkę, niestety, przegraną…

– Na ogół wymienia się jego nazwisko jednym tchem z Himilsbachem, tymczasem znali się niespełna 8 lat…

– Byli duetem na planach kilku filmów. Pijali razem. Ci, którzy pili z nimi, twierdzą, że trudno mówić o przyjaźni. Była to raczej, powiedzmy, znajomość od kieliszka. Obaj szli w przeciwnych kierunkach. Himilsbach z nizin społecznych, mówiąc wprost: z rynsztoka, piął się do wyżyn, jakie w tamtych czasach zapewniał status literata. Maklakiewicz z podupadłej burżuazji, poprzez zawód aktora, schodził tam, gdzie w końcu umarł, a skąd przyszedł Himilsbach. W tej podróży paliwem był etanol. Nie przeceniałbym iluzorycznej bliskości. jaka między nimi rodziła się po kilku głębszych. Maklakiewiczowi zdarzało się wstydzić za kompana, zwłaszcza w okresie, gdy po jakichś wyskokach, wykidajło w kolejnej knajpie wciągał Himilsbacha na czarną listę. Maklak jednak trzymał się – o tyle o ile – w pionie. Nawet pod sam koniec.

– Czemu w ostatnich latach życia praktycznie zrezygnował z ról teatralnych?

– Zofia Czerwińska, przez lata zaprzyjaźniona z Maklakiem, twierdzi, że porzucił teatr z lenistwa.. Nużyły go codzienne próby, powtarzające się gesty, miny i kwestie w kolejnych spektaklach. A na planie filmowym miał coraz to nowe sceny i mniej nauki tekstu.. Ponadto kinematografia gwarantowała lepsze zarobki. No i można było się napić, czekając na słońce, deszcz, zmrok, na zagubionego w knajpie odtwórcę głównej roli, naprawę sprzętu filmowego, ewentualnie inwencję reżysera.

 Ja jednak myślę, że odszedł z teatru za sprawą choroby. W filmie nie był zadowolony z tego, co gra. Uważał, że reżyserzy zawężają jego emploi, że stał się specjalistą od ról typów spod ciemnej gwiazdy. To mu nie odpowiadało.

– Ile prawdy tkwi w hipotezie, że życie zniszczyła mu beznadzieja i przaśność PRL-u?

– Z PRL-em było tak: władzy wydawało się, że artyści są “inżynierami dusz”. Bała się ich, zabezpieczała przed nimi, starała się ich przekupić, ewentualnie zastraszyć. A że sama była niebogata, to i ten kij i marchewka były raczej z Cedetu niż z Pewexu. Śliskie to wszystko, skarlałe. Ale, mój Boże, wielkie dzieła sztuki powstają często właśnie w trudnych warunkach. Motywacji dodaje chęć przezwyciężenia obezwładniającej szarzyzny i beznadziei. Z rezerwą odnoszę się do takiej figury jak “zniszczone życie”. Bo niby, które jest zniszczone? Czy to, w którym człowiek nie spełnił wszystkich swoich ambicji? A może nie wszystkie były do spełnienia? Każdy z nas ma więcej talentów niż okazji do ich wykorzystania. A co dopiero Maklak…

Rozmawiał Tomasz Zbigniew Zapert

Autor: Tomasz Zb. Zapert