środa, 30 lipca 2014
Rozmowa z Wojciechem Gustowskim, współwłaścicielem i redaktorem naczelnym wydawnictwa Novae Res



W jaki sposób, pańskim zdaniem, można zbudować opinię wydawcy „przyjaznego autorowi”?

Wydaje mi się, że jak w każdej innej branży należy wychodzić naprzeciw oczekiwaniom. My często pracujemy ze specyficznym rodzajem autorów, jakim są debiutanci i tutaj należy wykazać się nie tylko profesjonalizmem, ale nierzadko cierpliwością, ze zrozumieniem tłumacząc niekiedy nawet podstawowe zagadnienia związane z funkcjonowaniem rynku wydawniczego. Oczywiście, aby autor czuł się komfortowo, wydawca powinien być otwarty, a osoby odpowiadające za kontakt z twórcą w pełni komunikatywne. Z doświadczenia wiem, że nie ma nic gorszego dla autora jak brak informacji, szczególnie w trakcie powstawania książki. Dla autorów istotne jest również tempo działania, toteż przyjazny wydawca powinien starać się terminowo rozliczać ze zobowiązań, co na rynku polskim niestety nie jest standardem.

Novae Res realizuje politykę wydawniczą odmienną od większości oficyn aktywnie działających na polskim rynku. Jak pan ją charakteryzuje i skąd w ogóle wziął się pomysł na taką specyfikę?

Od zawsze marzyłem, aby otworzyć wydawnictwo, dlatego ukończyłem edytorstwo. Firmę założyliśmy ze wspólnikiem w 2007 roku jako pełni pomysłów i zapału dla młodej literatury absolwenci uniwersytetu. Mieliśmy pewne ideały, które kazały nam pomagać polskim twórcom literatury, chcieliśmy odświeżyć nasz rynek, przekonać czytelników, że polskie też może być dobre, bowiem był to czas, kiedy na półkach przewaga książek zagranicznych autorów była ogromna. Ponieważ nie mieliśmy dużych środków na start, myśląc mocno przyszłościowo, chcieliśmy zacząć od e-booków i papierowych wersji w niskim nakładzie. Wiele osób wówczas wyśmiewało nasze pomysły. Przypomnę, że było to siedem lat temu, mało kto słyszał o e-papierze, e-booki kojarzyły się z czytaniem na ekranie monitora lektur szkolnych, a i tak projektem Novae Res udało nam się zwyciężyć w ogólnopolskim konkursie „Gdyński Biznesplan” i staliśmy się tym samym partnerem Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni. Niestety nie szły za tym żadne pieniądze i po opublikowaniu pierwszych książek za własne środki, takich jak „Szczury” Radosława Lemańskiego, „Zniewolona” Barbary Faron, publikacji naukowych o twórczości reżysera Wong-Kar Wai oraz o estetyce książki elektronicznej czy wznowienia „Golema” Gustava Meyrinka zrozumieliśmy, że nie będzie nas stać, aby wcielić naszą ideę w życie i pomagać debiutantom.

Zatem na horyzoncie widać było same problemy…

Problemów rzeczywiście było mnóstwo – ogromne kłopoty z pozyskaniem dystrybucji jako nowy podmiot, ograniczone możliwości promocji, zupełnie nieznana marka, brak zaufania czytelników względem e-booków oraz niszowy, bo debiutujący autor. Przy tym brak finansowania. Powiedzmy sobie szczerze – w takiej sytuacji dalsze prowadzenie biznesu w ten sposób spowodowałoby, że dzisiaj byśmy ze sobą nie rozmawiali. To wówczas z braku innej perspektywy wpadliśmy na pomysł, aby dzielić finansowe ryzyko wydania książki pomiędzy wydawnictwo a debiutującego twórcę. Wydawnictwa działające tradycyjnie jeżeli w ogóle wydadzą debiutanta to jako ostatniego w kolejce wydawniczej, przed pisarzami znanymi i dobrze rokującymi, którzy mają już swoich czytelników.

Na współpracy z nami korzysta więc
początkujący autor, który najczęściej
odbija się od drzwi wydawnictw, słysząc
radę, aby wrócił, kiedy uda mu się
przebić. Z kolei wydawnictwo ma możliwość
rozwoju i realizowania swojej misji.
Chciałbym jednak wyraźnie podkreślić,
że nasz model oferty ze współfinansowaniem
nie ma nic wspólnego z self-publishingiem
czy usługą wydania książki
za pieniądze. Nadsyłane teksty są gruntownie
weryfikowane pod względem jakości
oraz potencjału i dopiero po pozytywnej
weryfikacji siadamy z autorem
do negocjacji. Przychodzi do nas mnóstwo
zgłoszeń i mnóstwo z nich odrzucamy.
Niektórych gatunków wręcz prosimy,
aby nie przysyłać, np. poezji, która
jest skrajnie nierentowna. Nigdy nie opublikujemy
czegoś, w czego sprzedaż nie
wierzymy, bo tylko dzięki aktywnej sprzedaży
książek wydawnictwo jest w stanie
się utrzymać. Nie jest prawdą obiegowa
opinia, że jesteśmy w stanie zarobić na
samej partycypacji autora w opublikowaniu
książki. Utrzymanie wydawnictwa
to ogromne koszty – dystrybucji, logistyki,
administracji, sprzedaży, promocji,
obsługi procesu wydawniczego, odpowiedzialności
za jakość wykonanych
prac na poszczególnych etapach itp. Jak
wspomniałem, pracujemy „na debiutantach”,
którzy z racji swojego statusu dopiero
raczkują na literackim rynku. Nie
jest łatwo przekonać do takiej twórczości
księgarzy i czytelników, więc i sprzedaż
nie może być oszałamiająca. Niemniej
jednak dzięki ustawicznemu rozwojowi
sprzedajemy coraz więcej książek,
a księgarze i czytelnicy potwierdzają zaufanie
do naszej marki i naszych wyborów
literackich. Oczywiście chcielibyśmy
mieć taką swobodę działania jak wydawcy
tzw. tradycyjni, którzy mają swoją stajnię
autorów, z których żyją. Są to nazwiska
znane, dawno wypromowane, które
zapewniają sprzedaż. My jednak obraliśmy
inną drogę – pracy głównie z debiutantem
w celu gruntownego odświeżenia
rynku, stąd nasze metody działania
w trudnych realiach wydawniczych muszą
być inne. Udało nam się już pomóc
zaistnieć wielu autorom i utworzyć własną
listę znanych nazwisk.

Jakie średnie nakłady publikuje wydawnictwo?
Od czego zależą one
w przypadku książek początkujących
pisarzy? Innymi słowy, w jaki sposób
szacujecie ich potencjał sprzedażowy?

Ciężko jest mówić o precyzyjnym szacowaniu
potencjału sprzedażowego, jeżeli
rozmawiamy o debiutantach. Jeżeli mamy
autora, który już wcześniej publikował,
ma swoje grono czytelników, wiemy
w ilu egzemplarzach sprzedały się
jego poprzednie książki, estymować
potencjalną sprzedaż jest o wiele łatwiej.
W przypadku autora debiutującego
w naszym wydawnictwie nie szacujemy
wysokości sprzedaży, bo to trochę
jak wróżenie z fusów, tylko decydujemy
o publikacji jego dzieła lub nie. Zgodnie
z niedawnymi informacjami podanymi
przez magazyn „Forbes” średnia sprzedaż
dobrego debiutu waha się od 500
do 1000 egz. Średni początkowy nakład
debiutanta w naszym wydawnictwie to
400 egz. Więcej po prostu nie potrzeba,
aby w pełni zaspokoić początkowe
zainteresowanie dystrybutorów zupełnie
nowym nazwiskiem. Jeżeli jednak
dany tytuł zyska zainteresowanie księgarzy
i czytelników pojawia się efekt lawiny
śnieżnej – zamówień jest coraz
więcej, tworzymy więc błyskawiczne dodruki
zgodne z zapotrzebowaniem rynkowym.
Należy pamiętać, że to nie dystrybutor
czy wydawca decyduje o tym, jaka
książka będzie stała na półce w księgarni
tylko księgarz. On decyduje się na zamówienie
lub nie. Mając ograniczone
miejsce w księgarni i do wyboru kilkanaście
tysięcy nowych tytułów rocznie
łatwo zrozumieć, że będzie chciał postawić
na półce w pierwszej kolejności
taki towar, który mu się będzie najlepiej
sprzedawał. Nie jest nim oczywiście debiutant.
Dlatego też dystrybutorzy nowych
pisarzy zatowarowują ostrożnie,
mając na uwadze ograniczone miejsce
magazynowe oraz możliwość natychmiastowego
domówienia towaru od wydawnictwa,
gdy tylko pojawi się popyt ze
strony rynku. W dzisiejszych czasach na
rynku wydawniczym wszystko zależy od
popytu. To nie jest tak, że mi się podoba
jakaś książka, wydrukuję ją w 5000 egz.
i wszystko wprowadzę na rynek. Nie –
miejsce jest ograniczone i potencjał
książki buduje przestrzeń na księgarskiej
półce, a nie wysokość nakładu.

Wielkim sukcesem okazała się współpraca
z autorem piszącym pod pseudonimem
Piotr C. Zadebiutował w Wydawnictwie
Novae Res powieścią
„Pokolenie Ikea”. Tytuł ten jak dotąd
sprzedał się na polskim rynku w ponad
26 tys. egz. Okazał się być na tyle
kontrowersyjną powieścią, że po protestach
niektórych czytelników „Angory”
zostało wycofane z emisji odcinkowej
w tym tygodniku. Nie przeszkodziło mu
to jednak w żaden sposób odnieść sukcesu
wydawniczego. W październiku
2013 roku na Targach Książki w Krakowie
swoją premierę miała kontynuacja
powieści, czyli „Pokolenie Ikea. Kobiety”.
Jak dotąd druga część sprzedała
się w ponad 17 tys. egz. Czy będzie
trzecia część serii? W czym pan upatruje
sukcesu tego autora?

To jest jeden z tych przykładów, kiedy
początkowo wydrukowaliśmy 400 egz.
Potem sprzedaż rozkręciła się w takim
stopniu, że dodruki robiliśmy po kilka tysięcy
egz. na raz. Pierwszy nakład „Pokolenia
Ikea. Kobiety” ustaliliśmy na
10 tys. egz. Po trzech tygodniach musieliśmy
robić dodruk. Czynników budujących
sukces tego tytułu jest wiele.
Przede wszystkim jest to świeża, pełna
humoru literatura, która z jednej strony
podejmuje bliską polskiemu młodemu
inteligentowi tematykę życiowego konsumpcjonizmu,
życia w korporacji i na
kredyt, a z drugiej strony posiada szereg
wtrąceń z zakresu tak modnej dzisiaj literatury
erotycznej. Jest podana lekko,
ale z pewną brawurą literacką charakterystyczną
dla Piotra C. Co więcej, autor
pozostaje dla czytelnika anonimowy, co
dodatkowo w moim odczuciu podsyca
zainteresowanie jego postacią jako alter
ego głównego bohatera. Piotr prowadzi
bloga oraz fan page na Facebooku, który
obecnie liczy sobie blisko 45 tys. fanów.
Nie bez znaczenia jest oczywiście
fakt, że udało nam się prawie pół książki
wyemitować w odcinkach w najpoczytniejszym
polskim tygodniku, jakim jest
„Angora”. No i przede wszystkim zadziałał
efekt, który w przypadku książki jest
najskuteczniejszą formą promocji, mianowicie
efekt marketingu szeptanego,
czy jak kto woli bardziej tradycyjnie poczty
pantoflowej. Czytelnikom podobają się
te książki, polecają je sobie nawzajem,
a to buduje sprzedaż. Co więcej, zakup
książki może być formą podziękowania
za prowadzenie przez Piotra C. ciekawego
i lubianego bloga, co przecież robi
bezpłatnie, angażując swój czas i środki.
Jeżeli chodzi o kontynuację, mogę zdradzić
jedynie, że autor na pewno podzieli
się niebawem swoją twórczością z czytelnikami.
Nie jest jednak do końca postanowione,
czy będzie to kontynuacja
serii Pokolenia Ikea, czy zupełnie nowa
powieść obyczajowa.

Jest pan jednym z niewielu wydawców,
którzy chwalą się wysokością zaliczki
dla autora. Tak było w przypadku
Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Kontrakt zakłada opublikowanie w ciągu 5 lat 16 utworów literackich. Zobowiązał się pan wypłacić autorce zaliczkę na poczet wynagrodzenia w wysokości 210 tys. zł. Skąd ta decyzja o podzieleniu się tą informacją ze światem?

Wydaje mi się zupełnie naturalne, że takie rzeczy powinny być przekazywane do wiadomości prasy branżowej. Ostatnia duża zaliczka, o jakiej słyszałem, to ta wypłacona Jerzemu Pilchowi przez Świat Książki. Było to jednak bardzo dawno temu. Przekazaliśmy tę informację do wiadomości publicznej jako sukces polskiej literatury. Abstrahuję od tego, że taka informacja powinna ostatecznie wyjaśnić kwestię tego, że Agnieszka Lingas-Łoniewska nie płaci za wydawanie swoich książek. Wiadomo nie od dziś, że miarą sukcesu w Polsce jest liczba hejterów, ale to co jest wypisywane w internecie na temat Agnieszki, czyli że opłaca publikację, że jest grafomanką, że wykupuje znaczki bestsellerów w Empiku (co jest oczywiście niemożliwe) przekroczyło pewną granicę. Ta informacja jest między innymi dla tych, którzy uderzając w naszą autorkę, próbują maskować własne kompleksy i problemy artystycznego niespełnienia.

Czy uważa pan, że wydawnictwo o takim profilu ma szansę na swojego Greya czy Larssona?

Pytanie, czy jakiekolwiek wydawnictwo w Polsce ma szansę na swojego Greya czy Larssona? Moim zdaniem przy obecnej kondycji polskich wydawców i braku wsparcia kultury i promocji polskiej twórczości za granicą takie szanse są niewielkie. Co prawda ciężko jest porównywać Larssona, który w zasadzie jest autorem jednej trylogii i to wydanej pośmiertnie, i E.L. James, która wykorzystała popularność internetu i na początku swojej kariery pisała fan fiction, natomiast żyje, wpisała się idealnie w pewien nurt i zobaczymy, co jeszcze po Greyu uda się jej stworzyć.

Sukces E.L. James może być w każdej chwili powtórzony, jeżeli jednak powieść ukaże się w języku angielskim, nawet gdzieś w internecie. W mojej opinii polski rynek książki jest zbyt słaby, żeby zainteresować międzynarodową publikę twórczością któregoś ze współczesnych rodzimych pisarzy na taką skalę, jak dzieje się to z literaturą szwedzką, amerykańską czy brytyjską.

Natomiast jeżeli pytanie dotyczy tego, czy Novae Res zamierza osiągnąć w Polsce sukces z zagranicznym autorem to odpowiedź brzmi nie. Nie jest to trudne od strony technicznej, bowiem wystarczy wykupić licencję i wynegocjować warunki sprzedaży na rodzimym rynku, ale tym zajmują się inne wydawnictwa. Nam – jak wspomniałem – od samego początku przyświecał cel pomocy polskim debiutantom, a nie odwrotnie – kupowanie licencji na to, co już gdzieś odniosło sukces. Chcielibyśmy wypromować własnych Greyów i Larssonów, odnoszących sukcesy na rodzimym rynku wydawniczym. Nie wykluczamy jednak ekspansji na inne rynki z polską twórczością. Pomału przygotowujemy się do takiej próby z twórczością Agnieszki Lingas-Łoniewskiej.

Jak wypromować polskiego debiutanta i kiedy można uznać, że udało się zrealizować to przedsięwzięcie?

To trochę podchwytliwe pytanie. Oczywiście wszystko zależy od celów i założeń. Jeżeli przyjęlibyśmy, że jesteśmy nieograniczeni względami ekonomicznymi i nie patrzymy na zestawienie koszty-przychody to oczywiście najlepiej wydać bardzo dużo pieniędzy na promocję i reklamę i przeprowadzić kampanię gdzie tylko się da. Jednocześnie tymi wydatkami na marketing przekonać księgarzy i sieci, aby ustawiły stosy rzeczonej książki na stołach i półkach promocyjnych oraz oczywiście dodatkowo za to zapłacić. Tak jednak nie jesteśmy w stanie zarobić. Debiutant przede wszystkim musi napisać ciekawą, wyróżniającą się książkę. Potem należy nadać jej atrakcyjną formę fizyczną – nowoczesna, przyciągająca wzrok okładka, odpowiedni projekt typograficzny, wysoka jakość materiałów i przystępna cena. W dalszej kolejności należy dotrzeć do księgarzy z informacją o książce i zaoferować im możliwość zamówienia jej na swoje półki, czyli po prostu zapewnić książce szeroki kanał dystrybucji. I dopiero wówczas jako zwieńczenie marketingu mix można myśleć o działaniach promocyjnych, które są ściśle uzależnione od charakteru książki, celów promocji oraz budżetu, jakim można dysponować dla danego tytułu. Należy pamiętać, że w przypadku debiutanta równie ważna jak promocja skierowana do czytelnika jest promocja tytułu skierowana do księgarza.

Jaki udział w aktywności promocyjnej wydawnictwa Novae Res mają „nowe media”, w tym o charakterze społecznościowym?

Zdecydowanie coraz większe, nie tylko w naszym wydawnictwie. Poświęciłem temu tematowi kilka publikacji naukowych. Książka jest produktem, który od zawsze czytelnicy polecali między sobą, a obecnie nie ma lepszego miejsca do wymiany informacji na temat książek niż internet. Jest to bardzo przyjazny kanał dla wszelkiego rodzaju działań typu wirusowego i szeptanego. Co więcej internauci chętnie zakładają strony poświęcone książkom, we współpracy z wydawnictwami organizują nie tylko recenzje, ale również konkursy, czaty z autorami i inne ciekawe wydarzenia. Jest również kilka witryn o stricte komercyjnym charakterze społecznościowym skupionych wokół książek, które są motorem napędowym ich promocji. Niezwykle ważna dla naszego wydawnictwa jest również blogosfera, z którą chętnie współpracujemy. Przybliżając dane statystyczne w samym tylko internecie rocznie ukazuje się około 800 recenzji naszych książek.

Jak obszerna jest bieżąca oferta Novae Res?

Obecnie Novae Res oferuje czytelnikom ponad 700 książek w wersji papierowej i około 250 w wersji elektronicznej.

Z iloma autorami współpracuje wydawnictwo?

Współpracujemy z ponad 600 autorami.

Gdyby miał pan zbudować listę dotychczasowych
bestsellerów oficyny, jak by
ona wyglądała?

Najprościej będzie, gdy wymienię najlepiej
sprzedające się książki: „Pokolenie
Ikea”, Piotr C. – 28 tys. egz., „Pokolenie
Ikea. Kobiety”, Piotr C. – 18 tys. egz.,
„Brudny Świat, Agnieszka Lingas-Łoniewska”
– 5500 egz., „Zakręty losu”,
Agnieszka Lingas-Łoniewska – 5000 egz.,
„Zakręty losu. Braterstwo krwi”, Agnieszka
Lingas-Łoniewska – 4000 egz., „Zakręty
losu. Historia Lukasa”, Agnieszka Lingas-
Łoniewska – 3900 egz., „W szpilkach
od Manolo” Agnieszka Lingas-Łoniewska
– 4000 egz., „Zakład o miłość” – Agnieszka
Lingas-Łoniewska – 3000 egz., „Bez
przebaczenia”, Agnieszka Lingas-Łoniewska
– 3000 egz., „Kresowa opowieść.
Michał”, Edward Łysiak – 2100 egz.,
„W zapomnieniu”, Agnieszka Lingas-Łoniewska
– 2100 egz., „Kresowa opowieść.
Julia”, Edward Łysiak – 2100 egz., „Obrońca
nocy”, Agnieszka Lingas-Łoniewska –
2100 egz., „Ostatnia spowiedź. Tom I”, Nina
Reichter – 2000 egz.

W ankiecie oficyny do rankingu wydawnictw
dziennika „Rzeczpospolita”
znalazła się informacja, według której
blisko 50 proc. przychodów firma
realizuje poprzez sprzedaż detaliczną.
Jak należy to rozumieć? Czy może jako
udział sprzedaży internetowej realizowanej
przez zewnętrzne e-księgarnie
i własny e-sklep?

Jest w tym ujęte wszystko, co nie jest
sprzedażą dystrybucyjną, a więc sprzedaż
bezpośrednia do księgarzy, bibliotek,
zakupy realizowane przez samych
autorów, sprzedaż poprzez naszą firmową
księgarnię zaczytani.pl, sprzedaż na
targach książki oraz sprzedaż książek
w wersji elektronicznej.

Jakie dostrzegacie największe ograniczenia
stojące przed firmą wydawniczą
o profilu takim jak Novae Res? Gdzie
z kolei widzicie największe rezerwy do
dalszego rozwoju?

Największym ograniczeniem wydaje mi
się spadek czytelnictwa oraz coraz większy
rozwój produkcji „makulatury”, czyli
firm, które drukują wszystko na życzenie
autora, a z którymi – chyba tylko z racji
tego, że często wymagamy od autora
współudziału finansowego – jesteśmy
wrzucani do jednego worka. Pomimo
tego, że wydawane przez nas teksty są
weryfikowane przez rynek, recenzowane
i chętnie kupowane, to kojarzenie naszego
wydawnictwa z firmami wykonującymi
druki na żądanie autorów psuje nasz
wizerunek. Oczywiście jest spora liczba
osób, którym nasz sukces przeszkadza –
chociażby autorom, którzy musieli przechodzić
niekiedy przez piekło współpracy
z tradycyjnym wydawcą, ale nie udało
im się przebić i są sfrustrowani, że innym
może być łatwiej. Ci chętnie wylewają
swoje żale w internecie, pozując na
obrońców jedynego słusznego wg nich
porządku wydawniczego. W tym też upatrujemy
pewne zagrożenie. Jeżeli zaś
chodzi o rozwój, to naszych szans upatruję
w zmianie spetryfikowanego podejścia
autorów do kwestii publikacji książek,
coraz większej świadomości pisarzy
na temat działania rynku wydawniczego
i pojawiających się możliwości, a przede
wszystkim widzę ogromne pokłady talentu
drzemiące w polskich twórcach, które
tylko czekają, aby przekuć je w komercyjny
sukces.

Novae Res od 2012 roku organizuje
konkurs „Literacki Debiut Roku” pod
honorowym patronatem Ministerstwa
Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
W jakim celu stworzone jest to przedsięwzięcie?

Literacki Debiut Roku jest inicjatywą,
dzięki której odnajdujemy i promujemy
utalentowanych rodzimych debiutantów.
W obliczu spadku czytelnictwa
w Polsce, przy ogromnym potencjale,
jaki drzemie w polskich autorach, postanowiliśmy
dać im szansę zaistnienia
na rynku literackim również w taki sposób.
W 2013 roku wygrała powieść fantastyczna
„Przebudzenia Doktora Sorena”,
którą promowaliśmy w sieci Relay
i InMedio, natomiast w tym roku zwyciężyła
psychologiczna powieść apokaliptyczna,
której akcja rozgrywa się
na terytorium Rosji, a jej tytuł to „Strefa
Pawłowa”. Jej premiera będzie miała
miejsce na Targach Książki w Krakowie.
Konkurs cieszy się dużą popularnością
i zaczyna mieć swoje małe tradycje, jak
chociażby odczyty fragmentów zwycięskich
utworów na galach wręczenia nagród.
Mamy nadzieję, że wraz z kolejnymi
edycjami konkurs będzie rósł na sile
i znaczeniu oraz że uda nam się pozyskać
sponsorów, aby móc jeszcze intensywniej
działać na rzecz polskiej
literatury. Obecnie bowiem całość finansowana
jest z budżetu wydawnictwa.

Autor: Paweł Waszczyk i Ewa Tenderenda-Ożóg