Poniedziałek, 22 grudnia 2014
Między wierszami


„Skosztujcie ‘Ducha Puszczy’, będziecie
zadawać ostrzejsze pytania”
– zachęcał bezskutecznie dziennikarzy
Janusz Wójcik, eksselekcjoner
futbolowej reprezentacji „biało-czerwonych”.
Działo się to w najgłośniejszej
od kilku miesięcy restauracji w Polsce.
Do lokalu „Sowa i Przyjaciele” zaprosiła
oficyna SQN, prezentująca tam książkę
Przemysława Ofiary pt. „Wójt. Jedziemy
z frajerami”. Adres nie był przypadkowy,
bo szef kuchni knajpy za kadencji
bohatera książki przygotowywał posiłki
naszej drużynie narodowej.

Książka błędnie, moim zdaniem,
anonsowana jest jako literatura faktu.
To bajkopisarstwo. Chociaż nie czystej
wody. Szkoleniowiec pierze brudy,
a dziennikarz „Superexpressu” bezkrytycznie
przytacza jego narrację. Trudno
na trzeźwo czytać jak Wójcik – za
młodu aktywista PZPR – wspinał się
po stopniach piłkarskiej kariery, nierzadko
faulując. Właśnie z czasów błyskotliwego
awansu – po raz pierwszy
w dziejach – do ekstraklasy z Jagiellonią
Białystok pochodzi jego sentyment do
podlaskiego napoju wspomnianego na
wstępie. Kiedy doprowadził młodzieżowych
podwładnych do olimpijskiego
srebra w Barcelonie, a potem zdobył
krajowe mistrzostwo z Legią (odebrane
przez PZPN) arsenał trunków trenera
stał się coraz obfitszy, co po latach
zaprocentowało odebraniem mu prawa
jazdy za prowadzenie auta w stanie nietrzeźwym.
Trzeba jednak przyznać, że
15 lat temu niewiele zabrakło – dokładnie
jednego punktu – by Polacy pod jego
egidą zakwalifikowali się do baraży
o udział w finałach mistrzostw Europy.
Pamiętam jak przed decydującym o tym
wyjazdowym meczem ze Szwecją, we
wnętrzach hotelu „Sobieski”, o którego
stronę kulinarną dbał wtedy Robert
Sowa, urządzono wystawny bankiet,
zwieńczony premierą książki zwiastującej
oczekiwany sukces Wójcika. Gdy
po paru dniach ulegliśmy na Rasundzie
w Sztokholmie gospodarzom 0:2, trafiła
ona na bukinistyczne wyprzedaże. Od
tamtego czasu szkoleniowiec notował
już wyłącznie sportowe niepowodzenia
i być może dlatego pomyślał o powrocie
do polityki. Z ramienia Samoobrony zasiadał
nawet w sejmie, ale przesadą wydaje
się twierdzenie, iż dołożył cegiełkę
od spektakularnego upadku tej partii.

Do likwidacji „Domu Handlowego
Bracia Jabłkowscy” doprowadziła za to
niewątpliwie komuna. Potomkowie tej
zasłużonej dla rodzimego handlu familii
dopiero po niemal ćwierćwieczu III
RP odzyskali rodzinne dobra przy zbiegu
Brackiej i Chmielnej w Warszawie.
130. rocznicę założenia firmy celebrowano
w obchodzącym setne urodziny
gmachu przy Brackiej. Z okazji podwójnego
jubileuszu, ukoronowanego uroczystym
przyjęciem, opublikowano dwa
wydawnictwa. „Dom Towarowy Bracia
Jabłkowscy. Warszawski od pokoleń”
to kompilacja fragmentów kilku prac
np.: „Romansu ekonomicznego” Feliksa
Jabłkowskiego, „Sześciu pięter luksusu”
Cezarego Łazarewicza oraz „Polskich
rodów biznesowych” Krystyny Naszkowskiej.
Natomiast „130 lat” to minialbum,
przedstawiający prasowe enuncjacje na
temat firmy, reprodukujący jej reklamy
oraz ukazujący wpływ Braci Jabłkowskich
na kreowanie mody i sztuki.

W tym samym miejscu, ale na ostatnim
piętrze, odbyła się promocja książki
Remigiusza Grzeli „Wybór Ireny” (DW
PWN). Dobre słowo należy się jedynie
prowadzącemu wieczór Jerzemu Kisielewskiemu
oraz czytającemu fragmenty
dzieła Olgierdowi Łukaszewiczowi. Bowiem
autor potwierdził, że i z literaturą
faktu jest na bakier. Intrygujące, pełne
sekretów życie swej bohaterki – Ireny
Conti di Mauro, de domo Gelblum, opisał,
jak umiał. Utrzymuje, że obóz zagłady
Żydów znajdował się w Chełmie,
deprecjonuje Żydowski Związek Wojskowy…

Wierna faktom pozostaje za to Krystyna
Tarasiewicz we wspomnieniach
„Od stalówki do laptopa” (Veda), których
premierę nieprzypadkowo zorganizowano
w Centrum Multimedialnym
Foksal, gdyż autorka opisuje swe doświadczenia
dziennikarskie. Zebrane na
przestrzeni niemal półwiecza w redakcjach
m.in: „Życia Warszawy”, „Świata”,
„Dookoła świata”, „Po Prostu”,
a zwłaszcza „Radaru”. Przez memuary
przewijają się dziennikarskie tuzy:
Krzysztof Kąkolewski, Bohdan Tomaszewski,
Lucjan Wolanowski, Eligiusz
Lasota, luminarze literatury: Jan Parandowski,
ks. Jan Twardowski, Marek
Hłasko, teatru: Józef Szajna, Erwin
Axer, nauki: prof. Władysław Tatarkiewicz,
niepospolici artyści: Ewa Demarczyk,
Wanda Warska, Marek Grechuta,
Piotr Skrzynecki czy Czesław Niemen,
którego twórczość Tarasiewicz ceniła
szczególnie, co zaowocowało przyjaźnią.
Osobne miejsce w książce zajmuje
nostalgiczny szkic poświęcony Barbarze
Henkel, bodaj najbliższej przyjaciółce
po piórze. W sentymentalnym spotkaniu
autorskim uczestniczyli inni bohaterowie
książki: Chris Niedenthal oraz
Henryk Malecha.

Anonimowość – wyłączywszy Pawła
Moczydłowskiego, pierwszego klawisza
III RP – dominowała za to w restauracji
„Trzecia waza”. The Facto zaprosiło
tam na fetę towarzyszącą edycji wynurzeń
Sławomira Świerzyńskiego („Pracowałem
dla PSL-u, PO, PC, UD, SLD
i Samoobrony. (…) A dla Palikota na
pewno bym nie zagrał. Ze względu na
panią Grodzką, pana Biedronia – nie
ma mowy”). Wysłuchała ich Katarzyna
Sielicka, a rezultat zawarto w tomie zatytułowanym
„Cesarz disco polo”. Jak
mniemam, byłem świadkiem rekordu
Guinnessa, mianowicie część oficjalna
trwała zaledwie 240 sekund. A potem
wszyscy delektowali się ryżem z drobiem
i jarzynami w sosie słodko-kwaśnym, tudzież
pajdami razowca ze smalcem i kiszeniakiem,
daniami korespondującymi
z publikacją lansowaną sloganem: „Bayer
Full, polskie wesela i podbój Chin”.
Hałaśliwe rytmy ludyczne, odtwarzane
z dołączonego do książki CD, nie przeszkadzały
w konsumpcji.

Autor: TO-RT