Piątek, 27 marca 2015
Anna Mulczyńska


Rajmonda
Toronto, 16 marca 2012

Ania Bednarek zaczęła widywać duchy
tuż przed premierą „Rajmondy”.
Gdy myślami powracała do chwili,
kiedy po raz pierwszy kątem oka ujrzała
kilka metrów od siebie przejrzystą
postać obserwującą ją w milczeniu, od
razu przypominał jej się wieczór przed
premierowym przedstawieniem, w którym
miała zatańczyć główną rolę. Stała
pośrodku studia urządzonego przez
narzeczonego na ostatnim piętrze budynku,
w którym wynajmowała mieszkanie,
i dyszała ciężko po odtańczeniu
kilkuminutowej wariacji z trzeciego
aktu. Na plecach czuła strużki potu
spływające wzdłuż kręgosłupa aż do
talii, opiętej przez materię przechodzącą
w tiulowe ćwiczebne tutu. Szybkimi
łykami pochłaniała wodę mineralną
z półtoralitrowej plastikowej butelki
i zastanawiała się, jak dużo jeszcze
będzie w stanie wycisnąć ze swojego
ciała.

Próby do baletu trwały od dobrych
trzech miesięcy, ale dopiero ostatni
tydzień dał tancerzom tak mocno
w kość, że czuli się jak półżywe maszyny
do tańczenia. Przez te dni Ania,
podobnie jak reszta zespołu, niemal
nie opuszczała teatru. Ćwiczyli wszędzie:
na scenie, na korytarzach i w studiach,
trwały ostatnie poprawki w choreografii,
zgrywano wszystkie sceny
w całość i korygowano ostatnie błędy.
Ania wraz z innymi brała udział
w tych przygotowaniach, w bezprzewodowych
słuchawkach nałożonych
na kształtną głowę powtarzała raz po
raz elementy swojej roli, tańcząc, gdzie
się tylko dało; każdy kawałek podłogi
kusił, żeby postawić na nim jeszcze kilka
kroków, każda balustrada doskonale
imitowała drążek do ćwiczeń, przy
którym można było się rozciągnąć. Do
domu nie wracała, przysypiała na kanapach
poustawianych na korytarzach,
z muzyką w uszach, aby nie słyszeć
przechodzących obok kolegów. Jedzenie,
oddychanie, spanie i odpoczynek
straciły nagle znaczenie. Zawsze tak
było – przed każdą premierą ludzie
baletu całkowicie zatracali się w sztuce
i stawali się kimś innym, wchodzili
w swoje role na sto procent, przestawała
ich obchodzić rzeczywistość przepływająca
spokojnie wzdłuż murów
opery. Ania czuła wyraźnie, że straciła
kontakt z realnym światem, biegając
z jednej próby na drugą, gubiąc się pomiędzy
przymiarką kostiumów a niespokojną
drzemką ucinaną w przerwie.
Znikała powoli Anna Bednarek, a w jej
miejsce pojawiała się księżniczka Rajmonda,
wyczekująca Jeana de Brienne’a
i wypatrująca go w znakach dawanych
przez Białą Damę w nocnym
ogrodzie.

(…)

Popisową wariację Rajmondy wykonywano
tuż przed zakończeniem
ostatniego aktu baletu. Ania lubiła ją
ze względu na ulotność. To jedyna wariacja
w balecie klasycznym, w której
balerina tańczyła tylko przy dźwiękach
fortepianu. Cała orkiestra milczała,
pozostali tancerze oddawali pole do
popisu solistce, cofając się aż pod kulisy,
a scenę we władanie obejmowała
jedna osoba.

Ania przystanęła pośrodku, czekając,
aż za jej plecami zapanuje bezruch
i zapadnie cisza – sygnał, że wszyscy
już zajęli swoje miejsca i może zaczynać.
Wyciągnęła przed siebie ramiona
i nie czekając na pierwszy takt melodii
odgrywanej przez pianistę, mocno
klasnęła. Uwielbiała uczucie ciepła
napływające do dłoni po każdym
takim akcencie. Wariacja obfitowała
w trudne pas de bourrée, a klaskaniem
tancerka podkreślała swój majestat.
Oparła dłonie na biodrach, pod
czubkiem pointy poczuła twardą, gumowaną
nawierzchnię sceny i zaczęła
wirować. Widzowie z zapartym tchem
obserwowali, jak płynie miękko to
w przód, to w tył, a ona zdawała się
nie zwracać uwagi na śledzące ją spojrzenia.
Głowa dumnie uniesiona, ramiona
podkreślające każdą pozę, w jej
tańcu było coś nieuchwytnego i nieziemskiego,
chociaż kroki stawiała
pewnie i władczo.

Na czubkach palców tańczyła od
dobrych dwóch minut. Odrywała je od
podłoża tylko na ułamki sekund, ani
razu nie oparła się na pięcie, więc stopy
bolały już mocno, ale o tym widzowie,
chłonący wzrokiem jej delikatne
popisy, nie mieli się nigdy dowiedzieć.
Pomyślała, że to wyjątkowo samotna
wariacja, zwiastująca koniec jakiegoś etapu w życiu i początek następnego.
Była sama. Tylko ona, fortepian i pusta
scena.

Ale scena wcale nie była pusta. Ania
dojrzała na niej kilka osób, które stały
pomiędzy przebranymi za dworzan
tancerzami i nie spuszczały z niej
oka. Kobieta w sukni też znajdowała
się wśród nich i… Nie, to niemożliwe
– spostrzegła tam również obdartego
Rudego Ricka! Ani z przerażenia
zaschło w gardle. Zbliżyła się lekkim
krokiem w stronę intruzów i zauważyła,
że kobieta w sukni ma twarz Anastazji
Siergiejewny, jej nieżyjącej nauczycielki
tańca klasycznego ze szkoły
baletowej na Staromiejskiej.

Szok spowodowany tym widokiem
sprawił, że napięte mięśnie nóg nagle
odmówiły posłuszeństwa. Zupełnie
jakby ktoś ją wyłączył – w jednej chwili
stała na pointach, wyciągając dłonie ku
zjawom, a w następnej – leżała na twardym
podłożu i widziała jedynie wirujące
przed oczami światło żyrandola.
Po chwili i ono zgasło. Ktoś dotknął jej
policzka. Uchyliła powieki i zobaczyła
nad sobą blondynkę, której twarz oglądała
do tej pory jedynie na nielicznych
zdjęciach.

– Mamusia… – wyszeptała, walcząc
ze łzami cisnącymi się do oczu. –
Mama… (…)