
Jedno miejsce, dwa czasy i tajemnice, które nigdy nie zostały wyjaśnione. W „Fioletowym” Agnieszka Lis tworzy historię, w której sielanka miesza się z mrokiem, a młodzieńcze marzenia zderzają się z bolesnym dziedzictwem przeszłości. Przyjazd Małgosi do Lawendowej Osady uruchamia ciąg zdarzeń, które odsłaniają dramat sprzed lat i burzą pozorny spokój…
Pisarka, ceniona za umiejętność budowania wielowymiarowych portretów bohaterów i subtelne łączenie teraźniejszości z historią po raz kolejny udowadnia, że thriller może zawierać głęboko zarysowane, psychologicznie umotywowane postaci, które przemawiają do Czytelnika pełnym głosem.
„Fioletowy” wciąga atmosferą, porusza emocjonalną intensywnością i zostawia czytelnika z pytaniem: czy przeszłość naprawdę można zostawić za sobą?
Lawendowa Osada pachnie lawendą, latem, spokojem i obietnicą szczęścia. Małgosia przyjeżdża tu na wakacje, wierząc, że zaczyna się najpiękniejszy rozdział jej młodego życia. Nie wie jednak, że ziemia, po której stąpa, pamięta krew, strach i zdradę.
Milczenie sprzed lat, nienaprawione winy i niezrozumiałe wybory wracają, domagając się wyrównania rachunków. „Fioletowy” to fabuła pełna skomplikowanych zależności i odniesień, głęboko osadzona w historii. Poruszająca opowieść o dziedziczonym bólu, o miłości wystawionej na próbę i o tym, że nawet najpiękniejszy krajobraz może skrywać mrok.
Nie sposób się oderwać!
FRAGMENT nr 1 książki FIOLETOWY
Niewielki drewniany kościół przez wieki widział wszystko. Były śluby, w czasie których panna młoda, połykając łzy, cichym, drżącym głosem wypowiadała słowa przysięgi, matka wzdychała niemo, wiedząc, że za torebkę brzęczących monet sprzedaje córkę okrutnikowi i skazuje ją na ciężkie życie, a ojciec cieszył się, że dziewczyna w końcu okazała się inwestycją i pozwoliła spłacić długi. Były i takie, gdy zakochani patrzyli sobie w oczy z miłością i wstępowali w święty związek małżeński ze szczerą wiarą w dobrą, wspólną przyszłość. Mieniły się kolorowe pasiaki, mnóstwo tasiemek, wstążek, haftów, korali. W oczy rzucały się białe koszule, bogato zdobione czepce, gorsety, kaftany i kapoty z czerwonym haftem. Były chrzciny, z nieodłącznym płaczem dzieci polewanych zimną wodą, były komunie, bierzmowania, spowiedzi. Był zapach kadzidła, jałowca, szałwii i lawendy, czasem octu, gdy gospodynie sprzątały kościół przed świętami. No i leżały kwiaty, ogrom kwiecia, szczególnie w takie dni jak dzisiaj, kiedy to bez liku pachnących bukietów ułożono przed ołtarzem.
Każdy kościół wybrzmiewa modlitwą. Zwykle żarliwą, czasem interesowną. Ludzie proszą o powodzenie dla siebie i o to, żeby sąsiadowi zdechła krowa. O zdrowie dla dziecka. I o dobrą partię dla córki. Handlują z Bogiem datkiem na mszę, obietnicą bycia dobrym dla żony przez miesiąc albo wsparciem przy remoncie dachu kościoła.
Czasami jednak dom pański wypełnia cisza tak intensywna, że aż dzwoni w uszach. Pełna strachu, żałości, złości i nienawiści. I choć gęsto stłoczeni ludzie zawsze wypełniają świątynię dźwiękami – oddychaniem, wzdychaniem, szuraniem, kasłaniem – to zdarza się, że i tak są to brzmienia, które giną w ciszy. Ona dusi bezwzględnie wszelkie odgłosy.
Tak jak tego dnia.
Trumna z ciałem Franka stała w domu jego rodziców przez dwie doby. O jedną za długo. Człowiek po śmierci psuje się jak porzucone truchło zagryzionego psa. W upale szybciej. A jeśli wnętrzności wylały się z człowieka i potem już nijak nie chciały się zmieścić w jego środku, jeśli cały czas, choć przykryte nową koszulą i ozdobnym pasem, pozostawały gdzieś poza brzuchem, poza człowiekiem, na niewłaściwym miejscu – śmierdziały jak najgorsza padlina. Nie pomagał skwar, który jak na złość opatulił ziemię gorącym uściskiem, odbierającym oddech i chęć do życia.
A życie miało swoje prawa, bez względu na śmierć i ludzkie łzy. Bez względu na rozpacz matki. Żniwa wymagały wyjścia na pola. Zboże złociło się, kłosy stały się ciężkie i dorodne, jeszcze kilka dni i już będzie czas, bo wiadomo, że prace najlepiej zacząć w środę lub sobotę, może także być we wtorek lub czwartek, ale pod żadnym pozorem w poniedziałek ani piątek. Łany muszą zniknąć po przejściu gromady uzbrojonej w kosy. Kto mógł, korzystał z nowoczesnych udogodnień, ludzie używali maszyn lub po prostu pożyczali sobie wzajemnie dzieci i krewnych, albo płacili sąsiadom, najczęściej własną pracą, by zbiory przeszły sprawnie. Najstarsi we wsi gadali, że taka pogoda to tylko jeszcze przez tydzień, może osiem dni, a potem burze przygniotą do ziemi to, co zostanie na polach.
Codziennie więc gospodarze wychodzili, oglądając bezkres złotych upraw, i czule głaskali kłosy, oceniając, czy już gotowe, czy dojrzałe, czy czas żąć.
Anna nie wychodziła w pole i nic jej nie obchodziło, że Józef z duszą jak przywaloną kamieniem młyńskim sprawdzał, czy to już. Stawał na miedzy i przyglądał się kłosom. Ziarna były twarde, a łodygi złote. Śpiew przepiórek zaś już niósł się po polach. Jego pole było na górce, u niego zawsze dojrzewało najszybciej. Ale on nie miał serca, by zwołać gromadę wesołków, którzy śpiewem umilali sobie regularne ruchy rąk uzbrojonych w sierpy i śmiechem uwodzili dziewczęta podwijające w upale spódnice.
Zajęli się tym sąsiedzi. Musieli przecież zacząć na jego polu, bo to jego ziemia była najbliżej krzyża i to tam zawsze wychodziła całą wieś prowadzona przez księdza, który święcił pola w cztery strony świata. Stamtąd ruszała gromada odziana w białe lniane szaty, choć pierwszy pokos powinien wykonać gospodarz lub najstarszy członek rodziny. Co z tego. Józef tylko patrzył, więc najbliższy sąsiad zaczął za niego, za przyzwoleniem księdza, który dodatkowo poświęcił tego roku Józefowe pole. Dopiero wtedy ruszyły ze śpiewem kobiety, zaczynając od Matka Boska była mała, tyz przy zniwach pomagała, a ty, Zosiu i Małgosiu, znijze sybciej, nie po trosu.
Nie pytając, weszli na pole Józefa, zżęli i powiązali w snopki, odstawili do stodoły. Pamiętali nawet o tym pierwszym, najbardziej okazałym snopku, który w Wigilię musi stanąć w każdej izbie, by zapewnić gospodarstwu dobrobyt przez cały nadchodzący rok. Zostawili także przepiórkę, niezżęty łan zboża, który kobiety pięknie udekorowały polnymi kwiatami i wstążkami. Nie zapomnieli nawet o płaskim kamieniu pozostawionym na samym środku przepiórki, w wypielonym starannie miejscu, położyli na nim chleb i sól, by chleb w gospodarstwie Józefa chleb rozmnażał się nawet na kamieniu.
Ale nikt już nie oborywał przepiórki. Nikt nie kwapił się do złapania najpiękniejszej nawet dziewczyny i do ciągnięcia jej na plecach przez przepiórkę. Radość na polu Józefa była nie na miejscu.
A gdy zjeżdżali do Józefowego gospodarstwa, zapadała nabożna cisza, bo przecież Franek leżał za tym oknem, w którym paliła się gromnica. Omijali centrum podwórza, przestępując ostrożnie tuż przy ścianie obory, obok kurnika, byle nie wejść w ten pył na samym środku.
Józef nie wyszedł odebrać plonu. Nikt mu zresztą nie zaśpiewał: Otwórzcie nam szerokie wolu, niesiemy wianek ze szczerego złota. Plon niesiem, plon! I nie grała muzyka, nie oblano gospodarzy wodą i nie było poczęstunku dla żniwiarzy. Nic nie było jak zwykle.
Franek nie przyjął ostatniego namaszczenia i choć w kościele ostatnimi czasy nie bywał, to ksiądz znalazł dla niego miejsce na cmentarzu tuż obok kościoła. Najlepsze z możliwych. I zgodził się, żeby dębowa trumna, z drogiego drewna, i rzeźbiona bogato, choć niemal za darmo przez najlepszego cieślę w okolicy, stanęła na środku kościoła. I by wokół rozłożono wszystkie możliwe kwiaty zebrane na polach w całej okolicy.
Duchowny zgodził się na wszystko, co najlepsze, choć nikt go nawet o to nie prosił. Franek miał pogrzeb niczym najbogatszy bogacz, jakich to pochówków od dawna tutaj nie widziano. Ksiądz długo odprawiał mszę żałobną, a kazanie prawił o tych, co uczciwi, wierni i bogobojni. I że oni zbawieni będą, a zdrajcy nie przestąpią progu Królestwa Pańskiego, choćby na odpuście zupełnym, tym od Matki Boskiej Zielnej, sypnęli groszem na odnowienie chrzcielnicy.
Kazanie wygłosił z zaangażowaniem, używając wielu zawiłych zwrotów, bo choć bardzo chciał, to bał się mówić wprost. Marian Wargul siedział w trzecim rzędzie i patrzył księdzu w oczy, ubrany w mundur. Gdyby mógł, to pewnie spocząłby na samym przedzie, tam jednak rodzina zajęła miejsca już wcześniej i choćby bardzo chciał – a chciał – wcisnąć się między nich, to tak się porozsiadali, że nawet szpilki by nie włożył.
Marian zatem słuchał księżowskiego kazania z pogardliwym wyrazem twarzy, prychając lekceważąco od czasu do czasu, zwykle wtedy, gdy pojawiały się słowa „Polska” lub „patriota”.
Ksiądz celebrował każdy ruch, słowo i przeciągał śpiewy, szczególnie że – wiedział to doskonale – choć nie zawinszował sobie zapłaty, to i tak ją otrzyma. Sowitą, bo Józef do skąpych nie należał, a i jego gospodarstwo, pilnowane i skrzętnie prowadzone przez całą pracowitą rodzinę – kwitło. Ksiądz od razu uznał, że jeśli nic nie zażąda, otrzyma więcej, niż gdyby oczekiwał najwyższej daniny. Bo pogrzeb pogrzebem, rozpacz rozpaczą, a życie trwa dalej i ma swoje bezwzględne prawa.
Wyprowadził trumnę z kościoła w krótkiej, bardzo krótkiej ostatniej podróży, bo kiedy już doszli do wykopanego grobu, to końcówka długiego konduktu, w którym zgromadziła się cała niemal wieś, jeszcze nie opuściła kościelnych ławek.
Anna stała nad grobem pochylona i pewnie wpadłaby do lekko osypującej się dziury, gdyby nie mocne ramię Józefa, podtrzymującego ją stanowczo. Zaciskał dłonie na ciele żony tak mocno, aż pozostawiał siniaki, ale ani ona tego nie czuła, ani on nie był świadom.
Ksiądz śpiewał, modlił się, wierni odpowiadali. Nawet Marian wypowiadał automatycznie wyuczone od dziecka przyśpiewki, bo jego ciotka trącała go, gdy tego nie robił. Ona w ogóle nie chciała, by jej siostrzeniec tu przychodził. Bała się. Same z nim były kłopoty, i to już od dzieciństwa! Zresztą, nie tylko z nim, z całą tą rodziną. Od siostry, Heleny, poczynając, przez Stanisława, jej niewydarzonego męża samobójcę, aż po gromadkę dzieciaków, którą musiała się zaopiekować. Same z nimi problemy!
A gdyby ksiądz wprost potępił Wargula z ambony? Odium ekskomuniki dotknęłoby także ją i jej dorastające smyki, a tego bardzo, ale to bardzo by nie chciała. W głębi duszy wiedziała przecież, że duchowny miał prawo. Że nawet powinien. Że za złe czyny należą się złe słowa. Nie chciała jednak, by skierowane zostały do dziecka jej siostry. Nawet takiego, które pobłądziło.
Marian jednak uparł się, że przyjdzie na ten pogrzeb.
– Popatrzę w oczy wszystkim, którzy są wrogami ojczyzny – oznajmił buńczucznie. – Którzy przeciwstawiają się tym, co budują nowy, socjalistyczny ład. A oni tam wszyscy… – Aż się zaperzył. – Ja tam i tak wiem, który i co ma na sumieniu, ale teraz, szczury jedne, już tak łatwo się nie podniosą. Już zobaczyli, jak karząca ręka sprawiedliwości dopada tych, którzy powstają przeciwko ojczyźnie. Muszę na tym pogrzebie być, żeby wszystkim to pokazać. Kara spotka każdego zdrajcę!
– Oj głupiś ty, głupiś. – Ciotka westchnęła tylko i zawiązała chustkę na głowie. Już wiedziała, że nic nie poradzi na jego upór. Musiała z tym żyć, choć było jej niełatwo, niełatwo… A i ksiądz twardą pokutę zadawał.
Nad grobem wszyscy pokornie pochylili głowy, tylko Marian wciąż patrzył hardo. Księdzu prosto w oczy i wszystkim pozostałym też. Tylko rodziców Franka omijał wzrokiem. Nie miał siły spojrzeć na nich, choć zadufany w sobie nie zastanawiał się dlaczego.
Wszystko trwało długo. Każdy chciał rzucić garść ziemi na dębową trumnę, każdy chciał pożegnać Franka. Każdy się bał następnego dnia. Co będzie? Co będzie? Co będzie? Każdy myślał, nikt nie mówił.
Żałobnicy odchodzili od trumny powoli. Tłum rzedniał stopniowo, aż w końcu została tylko najbliższa rodzina. I Marian. Też podszedł, by rozsypać garść ziemi na trumnę, jednak Józef zatrzymał jego rękę.
– Nie waż się, gnido – powiedział.
– Nie zabronisz mi.
– Wypierdalaj – rzucił ojciec zamordowanego.
– Zrobię, co będę chciał – warknął Wargul.
– Uważaj, bo ludzka cierpliwość ma swoje granice.
– Grozić mi będziesz? Grozić? To ty uważaj. Władza ma swoje sposoby na takich jak ty.
– Ty już pokazałeś, szujo, jakie masz sposoby.
– Jak mi się będziesz stawiał, to jeszcze zobaczysz. Przekonasz się. Jeszcze nie skończyłem z tą waszą zapyziałą rodzinką. Na razie z jednym syneczkiem zrobiłem porządek, jeszcze trzech masz, jeszcze można dużo zrobić. I córeczki masz! Jak im? Krysia i Rysia, jak ładnie, i wnuczki, a wszystkie śliczne, śliczne, nie powiem…
Józef zerwał się, puszczając ramię Anny. Ta zachwiała się, podtrzymał ją syn, Michał, pozostali polecieli za ojcem.
Nie zdążyli.
Józef już zdążył i unieść, i opuścić rękę. Już z nosa Mariana cienką strugą ciekła krew. Już Marian przyłożył swoją dłoń do własnego policzka. Zanim zrobił coś więcej i zanim tamten znów uniósł rękę, już trzymali ich bracia i synowie Józefa.
– Jeszcze zobaczysz – warknął Wargul. – Uważaj, jeszcze zobaczysz.
Splunął pod nogi i odszedł, nie oglądając się za siebie.
Józef patrzył na niego długo, zaciskając zęby i pięści. Doczekał się satysfakcji, choć marnej i niewystarczającej. Marian, idąc szybko, stąpał nieuważnie. Potknął się i zamachał śmiesznie rękami.
Rozległo się kilka wątłych śmiechów.
Wróg ośmieszony przestaje być groźny.
Czy naprawdę?
AUTORKA
Agnieszka Lis
Wielbicielka słowa pisanego, uzależniona od czarnej herbaty i butów na obcasie, niezmiennie od wielu lat zakochana w swoim mężu. Z wykształcenia pianistka i chociaż nie koncertuje, to wykonuje swój zawód ucząc gry na fortepianie w szkole muzycznej. Studiowała także dziennikarstwo i z tego za wiele jej nie pozostało, choć podobno w życiu nie wolno mówić, że czegoś „nie było warto”. Z poglądów życiowa optymistka. Jak u każdego, tak i u niej zdarzają się ciemniejsze dni, wtedy jednak zerka w niebo i mówi do siebie: „Gdzieś tam jest słońce”.
Wydała już trzydzieści trzy powieści, choć nie umiałaby powiedzieć, kiedy to się wydarzyło. Jakoś tak mimochodem. Może dlatego, że jest uzależniona od pisania i pisze codziennie? Otrzymała kilka nagród i wyróżnień, o nich można poczytać w oficjalnych biogramach. Ona sama najbardziej ceni sobie honorowe odznaczenie Zasłużony dla Kultury Polskiej nadawane jej przez MKiDN.
Wielbicielka słowa pisanego, uzależniona od czarnej
Za najważniejszą swoją rolę uważa po prostu bycie kobietą
Informacje wydawnicze
ISBN: 978-83-8310-919-0
Cena: 49,90 zł
Ilość stron: 256
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 144 mm x 205 mm
Premiera: 08.04.2026 – książka, e-book, audiobook czyta Sebastian Ryś
Książka została wydana pod patronatem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich
Lawendolina, pole lawendowe na Mazurach
Lawendolina to malownicze pole lawendowe na Mazurach, które powstało z pasji do ogrodnictwa i marzenia o stworzeniu sielskiej przestrzeni do wypoczynku wśród natury. Znajdujemy się w miejscowości Inulec, niedaleko Mikołajek, w sercu Krainy Wielkich Jezior Mazurskich. Pomysłodawcami i właścicielami Lawendoliny są Emilia i Jarosław Mocarscy – duet ogrodniczych pasjonatów, który połączył marzenia z determinacją. Ich wspólna praca zaowocowała powstaniem miejsca pełnego harmonii, naturalnego piękna i domowej atmosfery. Latem, zwykle w lipcu pole zakwita fioletem, tworzy intensywnie pachnący niemal bajkowy krajobraz. To idealne miejsce na krótki wypad, spacer i chwile oddechu od codzienności.
https://www.purplebook.com.pl/
https://www.facebook.com/purplebookwydawnictwo
https://www.instagram.com/purple_book_wydawnictwo/













