środa, 15 czerwca 2011
BookExpo America 2011


Kiedy po prawie dwudziestogodzinnej podróży, gdzieś w środku nocy polskiego czasu, znalazłam się na amerykańskiej ziemi, tradycyjnie ustawiono mnie do pionu, każąc czekać w olbrzymiej kolejce do urzędników imigracyjnych.
Do wielu niedogodności można i trzeba przywyknąć (w imię bezpieczeństwa???), ale półtoragodzinne oczekiwanie po wyczerpującym locie może nasuwać przypuszczenie, że słynne powiedzenie „Witamy w Stanach Zjednoczonych” jest niczym innym, tylko pustym frazesem. Kolejne obostrzenia w postaci pobierania odcisków już wszystkich palców prawej ręki i skrupulatne sprawdzanie dokumentów związanych z przyjazdem trwają wiecznie i dają wrażenie, że Stany Zjednoczone mnie wcale nie witają. Jestem potencjalną terrorystką! Urzędnicy imigracyjni, pomimo tego że potrafią być mili, pracują swoim rytmem, nie przejmując się wcale tym, że w kolejkach stoją schorowani, wycieńczeni, czasem w podeszłym wieku, czasem w wieku wózkowym (chociaż tym to chyba w takim momencie najlepiej, bo mogą przejść przez ten koszmar smacznie śpiąc). Kiedy przyszła wreszcie moja kolej, a jakimś dziwnym trafem zostałam ostatnią pasażerką rejsu Frankfurt – Nowy Jork, miałam ochotę wybuchnąć ze złości. Ale rozbroił mnie uśmiech czarnoskórego urzędnika, który nie dość na tym, że najwyraźniej gustował w blondynkach, to usłyszawszy cel mojej wizyty w jego kraju, oznajmił: „Wow, dzisiaj mnóstwo ludzi przyleciało ze świata na targi książki”. I w tym momencie zbaraniałam.
Targi BookExpo America, od paru lat zwłaszcza, przybierają charakter bardziej lokalny. Jedynie zeszłoroczna edycja, z racji kwietniowych problemów z islandzkim wulkanem i tym samym skutecznym utrudnieniem londyńskim targom realizacji swoich celów, przejęła na siebie trochę międzynarodowej promocji.
Sama byłam przypadkiem potwierdzającym tę regułę: mój lot do Londynu został, co wtedy nie było dziwne, odwołany, stąd uznałam wyjazd do Nowego Jorku za niezbędny, by jednak móc się rozeznać w wiosennych nowościach. Ale w tym roku Londyn okazał się kolejnym sukcesem dla organizatorów targów, co zatem sprawiło, że tylu wydawców z całego świata zdecydowało się jednak polecieć też na BookExpo America? Osobiście miałam wątpliwości do samego końca – w dobie kryzysu tnie się koszty do granic możliwości – ale wreszcie zdecydowałam, że parodniowy wyjazd nie będzie aż tak dużym obciążeniem finansowym, a będę miała jednak możliwość – jak to robię już od kilku lat – poznać, czym żyje obecny czytelnik amerykański, i czym ekscytują się agenci.
Targi książki w Nowym Jorku przebiegają tymczasem inaczej niż te w Londynie czy we Frankfurcie. Jest to impreza głównie dla księgarzy rynku Stanów Zjednoczonych i Kanady, stąd spotkania z agentami odbywają się przede wszystkim w ich biurach. Dział praw autorskich na BEA zajmuje znacznie mniejszą powierzchnię niż analogiczne w Londynie – na oko widać o połowę mniej stolików, a i te nie są zajęte więcej niż w 60 proc. Czyżby była to kolejna odsłona kryzysu? Urzędnik imigracyjny chyba nie miał dyżurów trzy lata temu, kiedy to już po wejściu do budynku Javits Center, gdzie odbywają się targi, trzeba było ustawiać się w olbrzymich kolejkach – najpierw po odbiór swojej wejściówki (dziękowałam wówczas swojemu sprytowi, że zaopatrzyłam się w bilet dużo wcześniej, bo gdyby przyszło mi stanąć w tasiemcowej kolejce, by nabyć bilet w dniu otwarcia targów, to niechybnie spóźniłabym się na pierwsze spotkania), a potem musiałam odstać swoje, by przepchać się do wejścia do części ekspozycyjnej. A te kolejki, jakie ustawiały się po autografy do autorów! Utworzono w tym celu dział „Autographing area”, gdzie przy wielkim stole prezydialnym usadowieni byli znani autorzy, a kolejki chętnych po podpis ciągnęły się wzdłuż odpowiednio ustawionych barierek. W tym roku nic z tego! Odbiór wejściówki i znalezienie się na terenie ekspozycyjnym zajęło mi nie więcej niż pięć minut. Owszem, w wykazie pisarzy mających odwiedzić BEA, pojawiły się takie nazwiska, jak: Harlan Coben, Michael Moore, Michael Connelly czy David Baldacci, ale przezornie usadawiano autorów przy stolikach w części ekspozycyjnej danego wydawcy – tak można sobie było zapewnić wrażenie większego tłumu. Przejścia między stoiskami nie były zapchane zwiedzającymi, więc panie (najczęściej do tej roli oddelegowano osobników płci żeńskiej) musiały nawet specjalnie zachęcać, by znaleźć delikwentów skłonnych ustawić się do kolejki po autograf danego autora. A główną – jak nie jedyną czasem – zachętą, by to zrobić, był fakt, że rozdawano wówczas książki za darmo. W którymś momencie znalazłam się na stoisku, gdzie swoją najnowszą książkę podpisywała Lisa See (każda jej nowa powieść wędruje w USA na listy bestsellerów). Lubię tę autorkę, i pomimo tego, że nie wydaję jej książek, uznałam że miło by było dostać najnowszą książkę pisarki, ale nie miałam absolutnie czasu czekać w kolejce.
Chciałam bezczelnie porwać egzemplarz i pomknąć dalej, jednak obsługujące stoisko panie zadbały o to, bym najpierw ustawiła się do kolejki, a dopiero potem otrzymała książkę. W pierwszej chwili jęknęłam i zrezygnowana skierowałam się w dalszą drogę, nauczona faktem, że zazwyczaj w takich momentach trzeba było nastawić się na co najmniej półgodzinne oczekiwanie, kątem oka dostrzegłam jednak, że kolejka jest wyjątkowo krótka. Ustawiłam się więc grzecznie i po odstaniu raptem kilku minut otrzymałam egzemplarz opatrzony eleganckim podpisem autorki.
Przewidziałam na zwiedzanie targów pięć godzin i już po paru godzinach stwierdziłam, że jest to absolutnie wystarczający czas na zapoznanie się z ofertą targową, a nawet odbycie trzech spotkań w Rights Centre. Czyżby naprawdę kryzys wciąż tak mocno dawał się we znaki? A może to rozwój e-booków tak potężnie wstrząsnął posadami rynku wydawniczego Stanów Zjednoczonych? Gdy podczas spotkań z agentami wymienialiśmy się obecnymi problemami branży – ja oczywiście narzekałam na wprowadzenie VAT-u na książki, co wywołało chaos na rynku – usłyszałam od wielu, że główną bolączką amerykańskiego rynku jest właśnie rozwój e-booków. Konsumenci amerykańscy, dość często gromadnie podążają za nowościami rynkowymi, i tak też dzieje się w tym przypadku – czytelnicy wręcz zachłysnęli się możliwościami, jakie dają czytniki książek elektronicznych. Rzecz oczywiście względna dla prawdziwych koneserów literatury, entuzjastów książki z prawdziwego zdarzenia, wydrukowanej na papierze, z kolorową okładką, możliwością łatwego powracania do fragmentów wcześniej czytanych czy też z elegancko zaprezentowanymi zdjęciami.
Tak się o tym rozpisuję, bo sama do takich osób się zaliczam. Tym bardziej trudno mi wręcz zrozumieć zjawisko, w którym już ponad 20 proc. sprzedawanychksiążek stanowią wersje elektroniczne! Niektórzy moi rozmówcy narzekali, że ten udział stanowi nawet ponad 30 proc.! A sklep Amazon.com ogłosił niedawno, że u niego e-booki stanowią aż 50 proc. łącznej sprzedaży książek! Amerykanie – ci po stronie „dostawcy” książki na rynek, czyli autorzy, agenci, wydawcy, dystrybutorzy – powoli zaczynają się już łapać z przerażenia za głowy.
Bo przecież książka elektroniczna nie wymaga wszystkich tych kanałów po drodze do czytelnika – stąd nawet pojawiają pochopne inicjatywy autorów, decydujących się na „opublikowanie” swojego dzieła na stronie internetowej. Czasem bez żadnej ingerencji innych osób, w tym nawet i korekty! Próbuję sobie wyobrazić, jak rynek może wyglądać już za kilka lat, jeśli ta porażająca tendencja się utrzyma – pozostaną na rynku tylko autorzy i czytelnicy, bo nikomu z pozostałych kanałów nie będzie się przedsięwzięcie w postaci wydania i dystrybuowania książki opłacało. Tym samym zabraknie też miejsca dla agentów literackich, bo kto zdecyduje się kupić od nich prawa autorskie, skoro z o wiele mniejszych wpływów, jakie przypadają uczestnikom rynku przy sprzedaży książki elektronicznej i nieuchronnie związanym z tym piractwem, mieliby pokryć koszty przygotowania edycji z tłumaczeniem, redakcją, korektą i drukiem nakładu wydania papierowego. W dalszej konsekwencji – mniejsze wpływy dla autorów i oferta rynkowa ograniczana jedynie do tytułów masowych. Co się stanie wtedy z prawdziwą literaturą? Czy świat miałby doprowadzić do „śmierci książki” (tej z prawdziwego zdarzenia)? Co prawda, w naszym kraju może ona umrzeć szybciej, z powodów wynikających ze znacznie bardziej przyziemnych spraw – zagładę może spowodować najważniejszy gracz na polskim rynku dystrybucji książek. Ale powstrzymam się od takich zgryźliwości, bo relacjonuję w końcu wizytę w Nowym Jorku.

Podczas tegorocznej odsłony BEA powiało zatem pesymizmem. Ogarnęła mnie trwoga, bo Stany Zjednoczone od lat są liderem w działaniach biznesowych – dają wzorce, bądź mają wpływ, ten dobry, ale i ten zły, na to, co dzieje się w reszcie świata, w tym też i u nas. Mam nadzieję (a może tylko złudzenie…), że wpływowe osoby amerykańskiego rynku wydawniczego zreflektują się w porę i wprowadzone zostaną pewne regulacje ratujące książkę – a może dajmy książkom zaistnieć trochę na rynku jedynie w edycji papierowej? Nikomu krzywda by się nie stała, gdyby edycja elektroniczna pojawiała się np. równolegle z edycją kieszonkową. Nie można dopuścić do osłabienia się oferty literackiej, bo już obserwuje się zjawisko ogromnej popularności książek firmowanych przez celebrytów (czasem wątpliwych), a niekoniecznie stanowiących jakąś wartość merytoryczną. Tym samym nie powinnam się była dziwić temu, że największe zainteresowanie wśród autorów wizytujących targi wzbudził niejaki Mike Holmes – najwyraźniej główny bohater jakiegoś programu typu „Adam Słodowy”, autor serii książek z cyklu „Make it Right”, czyli krótko mówiąc, poradników dla majsterkowicza. Kolejki – głównie pań – mógłby pozazdrościć niejeden bestsellerowy pisarz! A żeby efekt popularyzacji autora był jeszcze większy, ten z wielką chęcią fotografował się z każdą zainteresowaną. Może się czepiam, ale w innych okolicznościach…

Jak tu jednak nie mieć czarnych myśli, skoro od zeszłego roku czarne chmury towarzyszą imprezom targowym. Przysłowiowe i dosłowne. Wspomniane wcześniej zeszłoroczne targi w Londynie zakłócone były wybuchem wulkanu, zdębiałam wręcz na wieści, jakie zaczęły do mnie docierać już podczas mojego pierwszego dnia pobytu w Nowym Jorku, o wybuchu kolejnego wulkanu na Islandii! Gdy stawiłam się do odprawy bagażowej na lotnisku podczas podróży powrotnej, pracownica Lufthansy musiała wykonać dziesięć telefonów, aby się upewnić, że może mnie wysłać do Polski! Zadrżałam z niepokoju, bo nie mogłam sobie pozwolić na jakiekolwiek opóźnienia w powrocie. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale ta kolejna chmura wulkaniczna dała mi wiele do myślenia – może to takie ostrzeżenie przed tą pustką intelektualną, jaka może pozostać, jeśli nie przygotujemy się odpowiednio na grożące nam tornado?

Podaj dalej
Autor: Sonia Draga