
Powstało nowe wydawnictwo, Spółka Autorska Heca, założone przez Zygmunta Miłoszewskiego na zasadzie „książki od szczęśliwych autorów” – czyli pierwsze fairtrade’owe wydawnictwo nad Wisłą (w którym i ja mam przyjemność maczać palce). Z tej okazji Rynek-Ksiazki.pl opublikował dłuższy komentarz pana Zbigniewa Czerwińskiego, przez lata szefa wydawnictw Bellona i Świat Książki, a teraz prezesa SAiW Copyright Polska. I jest to kuriozum, jakich mało, pozwolę więc sobie na kilka słów polemiki.
Pan Czerwiński zarzuca nam publicznie ni mniej, ni więcej, że „uderzamy w fundamenty rynku książki”. Proszę, proszę. Przez lata słyszeliśmy jako autorzy, że jak się nie podoba, to fora ze dwora, załóżcie sobie własne wydawnictwo i posmakujcie tej gorzkiej doli. Zrobiliśmy to – i proszę, okazuje się, że według prominentnego wydawcy wszystko to się zaraz zawali od jednej Hecy. A jakże to uderzamy? Pan Czerwiński zarzuca nam, że założenie wydawnictwa przez bestsellerowych autorów to „przejęcie pełnej kontroli nad tzw. „cash cow” (wydajną maszynką do zarabiania, lub „dojną krową”) i wycięcie pośredników na etapie, na którym ryzyko rynkowe wynosi niemal zero”. Nie jest miło być nazwanym krową, nawet i dojną, ale mniejsza o to: pragnę zauważyć, że – bez względu na osobiste opinie pana Czerwińskiego – jako pisarze-dojne krowy mamy przyrodzone prawo do „pełnej kontroli” nad samymi sobą, co wynika z całego mnóstwa praw, od praw człowieka po prawo wolności gospodarczej.
Dalej pan Czerwiński maluje wizję idyllicznego świata, w którym my, dojone na potęgę krowy, finansowaliśmy naszym mlekiem biednych debiutantów, redaktorów, korektorów, a teraz tego wszystkiego nie będzie, łolaboga, uderzyliśmy w Janków Muzykantów. Jest to oczywiście fikcja, na wiele różnych sposobów.
Po pierwsze, autor czy autorka podpisuje umowę na swoją książkę, a nie na finansowanie innych tytułów przez wydawcę. Te pieniądze po prostu wydawca chowa do kieszeni i jeśli uzna, że opublikowanie jakiegoś debiutu mu się opłaci (albo finansowo, albo „dla honoru domu”, albo ze względu na szansę na nagrodę czy adaptację), to wyda. A jak nie, to nie. Te bonusowe pieniądze zabrane bestsellerowym autorom nie mają żadnej niezmywalnej pieczątki „na debiuty”. Co więcej, mój powieściowy debiut czekał cztery lata na wydanie, a ukazał się dopiero kiedy jedna wydawczyni uznała, że się to jej po prostu opłaci. I nikt tu nie mówił o żadnym funduszu z bestellerów, który mi się rzekomo należał. Podpisałem też typową dla debiutantów niekorzystną umowę pod hasłem (nieprawdziwym) „to nasza standardowa umowa, taką podpisują wszyscy”. Kiedy już wiedziałem, że to bzdura, usłyszałem, że wydawanie debiutanta „to ryzyko i musi zapłacić frycowe”. Tyle, jeśli chodzi o to, że autorzy zostali wypromowani na koszt wydawców: otóż te koszty były finansowane z frycowego.
Oczywiście potencjalnie moglibyśmy sobie wyobrazić taką umowę wspierającą debiutantów: „Panie Jacku, tu obcinamy Panu ze sprzedaży każdego egzemplarza złotówkę i po osiągnięciu, dajmy na to, 10 tys. egzemplarzy, będzie Pan sobie mógł wybrać debiutantkę czy debiutanta”. Więcej: byłbym nawet skłonny taką umowę podpisać, żeby móc potem dysponować takim funduszem. Tak się bowiem składa, że wielokrotnie wspierałem różnych debiutantów i debiutantki z ich pierwszymi czy drugimi książkami – nie chwalę się tym zbyt często, ale są wśród nich również książki, które potem podostawały różne ważne nagrody. Namawiałem moich wydawców, pisałem listy polecające, organizowałem spotkania biznesowe. I czasem się udawało – ale bardzo często nie. I czy mogłem wtedy powiedzieć: „Halo, przynoszę wam tłuste tysiaki, dajcie trochę na tę książkę, skoro to wspiera debiuty”? Nie, nie mogłem. Bo te pieniądze nie miały pieczątki „Na Janka Muzykanta”.
Ale mniejsza o innych. Wielokrotnie proponowałem różnym wydawcom rozmaite moje ambitniejsze książki – czy to własne, czy przekłady – i czasem coś mi się udawało, ale częściej słyszałem, że to się nie sprzeda, więc nie ma szans na druk, że to nie jest rynkowe, że „oni w takie rzeczy nie wchodzą”. Tu nie mamy do czynienia nawet z jakimiś fikcyjnymi debiutantami, tylko tym samym autorem, który słyszy, że książka, którą napisał lub wymyślił po prostu nie wyjdzie, bo nie jest dość kasowa. A, dodajmy, nie wydawałem w firmie „Pazera i Harpagon”, tylko w najważniejszych wydawnictwach wysokoliterackich w tym kraju. Czyli moje własne „bonusowe tysiaki na ambitną literaturę” nie finansowały nawet mojej własnej ambitnej literatury.
*
I żeby było jasne: nic do tego nie mam. Wydawca jest przedsiębiorcą i to normalne, że wydaje książki, które przynoszą mu jakiś zysk, niekoniecznie finansowy, ale np. wizerunkowy; nie widzę w tym niczego nagannego. Natomiast nie rozumiem, czemu tę akurat jego działalność kredytować mają autorzy nazwani przez pana Czerwińskiego „dojnymi krowami”, którzy tymczasem bezczelnie „przejęli kontrolę” nad tymi „dojnymi krowami”, czyli samymi sobą?
Cieszę się jednak, że ten tekst powstał – po raz pierwszy przeczytałem wprost, że jeśli autor decyduje, gdzie wydaje, a zatem korzysta z prawa do podejmowania decyzji biznesowych, to „uderza w podstawy rynku książki”. Dotychczas, kiedy porównywałem autorów do chłopów pańszczyźnianych, wydawcy reagowali oburzeniem, że ich „obrażam”, tymczasem wreszcie prominentny członek ich społeczności wprost powiedział, że traktuje nas nawet nie jak chłopów pańszczyźnianych, a jak bydło do dojenia, które „dla dobra wszystkich” nie powinno dysponować wolnością osobistą, w tym wolnością podpisywania umów na wydawanie własnej twórczości.
*
A co z Hecą? Widzę trzy możliwości rozwoju sytuacji (również jeśli chodzi o los debiutantów i mniej kasowych twórców):
- Heca nie wypali, rynek pozostanie w ustawieniach dotychczasowych. Debiutanci będą w tak samo słabej sytuacji jak obecnie.
- Heca wypali, ale wydawcy uznają, że nie będą się dostosowywać do zmiany sytuacji, więc coraz więcej autorów, zwłaszcza dobrze zarabiających, będzie uciekało z niekorzystnej dla siebie współpracy z wydawcami tradycyjnymi; powstaną nowe wydawnictwa autorskie, rozkwitną firmy self-publishingowe, część z tego wypali, część nie wypali, część tradycyjnych wydawców padnie, rynek się zmieni. Wielcy wydawcy kogoś będą musieli wydawać, a wyjadacze nie przystaną na dotychczasowe warunki – więc warunki dla debiutantów pozostaną wprawdzie tak samo kiepskie, ale będą mieli większe szanse na wydanie książki.
- Heca wypali, a wydawcy uznają, że muszą się dostosować. Przynajmniej niektórzy z nich zaczną oferować wyższe procenty, wyższe zaliczki, bardziej przejrzyste warunki współpracy. Czyli będą konkurowali nie tylko ze sobą nawzajem, ale również o dobrostan autorów (pisarzy i tłumaczy), dzięki czemu cały system stanie się bardziej przejrzysty i uczciwszy. Rynek się zmieni na lepsze. Debiutanci zyskają na tym, jak wszyscy piszący. Po prostu wydawcy będą musieli oddawać większą część tortu i konkurować bardziej o autorów, w tym tych nowych.
Dawno już pisałem, że polski rynek przez wydawców został ustawiony jako rynek hazardowy, to znaczy zaliczki są śmiesznie niskie, w wysokości kilku minimalnych krajowych miesięcznych pensji za książkę (pisaną rok lub dwa), więc kupują dużo, obstawiają sobie różne stawki i z czymś im wychodzi; a jak wychodzi, to zaczynają tam wkładać więcej pieniędzy na promocję, itd. Opłaca się zatem wydawać dużo i byle jak, bez głębiej przemyślanej strategii promocyjnej, po czym obserwować, która rybka bierze. Ten hazard jest de facto kredytowany przez fatalne warunki finansowe dla pisarek i pisarzy, których książki są promowane na pół gwizdka i króciutko, tyle, ile trzeba sprawdzić, czy rybka wzięła – ze dwa miesiące. Potem książka promocyjnie umiera, chyba że dostanie jakąś nominację czy nagrodę. A jeszcze później, kiedy już wygaśnie licencja – wydawcy zasadniczo nie są zainteresowani utrzymaniem książki na rynku i jej wznawianiem. Dlatego, między innymi, Heca tak odpaliła: bo (i nie jest to sytuacja wyjątkowa, tylko typowa dla pisarek i pisarzy w Polsce) wszyscy mamy backlistę przy sobie. I nie, drodzy Państwo, nie jest to wina autorów i autorek. Skoro te książki to mleko dojnych krów, to trzeba się było po nie zgłosić.











