
Dorota Rożek, Liber SA: Kieruje Pan Iskrami od lat, łącząc dawną szkołę edytorską z wymogami współczesnego rynku. Czy w Pana ocenie definicja „dobrego wydawcy” uległa zmianie? Czy to wciąż przede wszystkim mentor i redaktor, czy dziś już głównie menedżer zarządzający marką?
Wiesław Uchański: W ogóle trudno porównać obecne czasy do okresu sprzed roku dziewięćdziesiątego. Wtedy wydawca był kimś zupełnie innym. Używając języka słusznie minionej epoki, był to „pracownik frontu ideologicznego”, który miał strzec interesów ideowych i politycznych partii. Stąd zresztą nieliczna grupa wydawców – tych ogólnokrajowych było może dziesięciu. Istniały oczywiście wydawnictwa regionalne, na Warmii czy w Lublinie, ale takich literackich oficyn o zasięgu ogólnopolskim było zaledwie kilka: PIW, Czytelnik, Iskry, Nasza Księgarnia… To był zupełnie inny, zamknięty świat, w którym każdy miał przypisaną rolę i ściśle wyznaczony rewir działania. To była rzeczywistość oparta na zupełnie innych mechanizmach planowania i obecności w przestrzeni publicznej.
Dziś sytuacja jest odwrotna, mamy na rynku tysiące podmiotów. Czy definicja się zmieniła? Moim zdaniem wydawca, który staje się wyłącznie menedżerem, to tylko połowa wydawcy. On oczywiście musi dbać o stronę finansową, bo inaczej firma mu padnie – to jest brutalna ekonomia, od której nie uciekniemy. Ale wydawca musi też pozostać redaktorem. Musi wiedzieć, co wydaje, po co to robi i jaką wartość wnosi to do kultury. Jeśli skupia się tylko na zarządzaniu marką i śledzeniu słupków sprzedaży, traci to, co w tym zawodzie najważniejsze. Ta pasja do tekstu musi być fundamentem każdej decyzji, inaczej stajemy się po prostu dostawcami towaru, a nie wydawcami literatury.
Zauważyłam, że unikalnym elementem modelu operacyjnego Iskier jest podejście do logistyki. Podczas gdy współczesny rynek dąży do pełnej integracji pionowej – wydawcy budują własne magazyny, przejmują sieci księgarskie i chcą kontrolować każdy etap drogi książki do czytelnika – Iskry idą zupełnie inną drogą, konsekwentnie zlecając usługi dystrybucyjne na zewnątrz.
Wiesław Uchański: Tak, nie mamy własnej dystrybucji i nie zamierzamy tego zmieniać. Ja sądzę, że ja już na pewno tego nie zrobię. To jest nasza świadoma droga i wybór strategiczny, który podjęliśmy dawno temu i który przez lata się sprawdza. Wolimy skupić całą energię i zasoby na merytorycznym przygotowaniu książek, na pracy z autorem i tekstem, a logistykę oraz całą tę walkę z magazynami zostawić tym, którzy się na tym po prostu znają i robią to profesjonalnie. Dla wydawnictwa o profilu literackim, jakim są Iskry, takie rozdzielenie kompetencji jest kluczowe dla zachowania higieny pracy merytorycznej. Dzięki temu nie musimy tracić uwagi na bycie ekspertami od transportu, a możemy pozostać ekspertami od literatury.
To podejście pozwala Państwu skupić się na tym, co możemy nazwać kręgosłupem wydawnictwa. Zazwyczaj w rozmowach z wydawcami skupiamy się na nowościach – każdy pyta o najbliższe premiery. Ja chciałabym jednak zapytać o backlistę. Państwa repertuar to książki, które sprzedają się latami. To nie są typowe, sezonowe quick-sellery.
Wiesław Uchański: Bardzo trafna uwaga. Rzeczywiście jest tak, że wydawnictwo takie jak nasze ma w stałej sprzedaży sto kilkadziesiąt tytułów. Z tej puli mniej więcej połowa sprzedaje się w sposób wyraźny, a niektóre z nich – nawet bardzo wyraźnie. To jest siła solidnego katalogu, który buduje się konsekwentnie przez lata. Kiedyś nawet kpiłem w rozmowach, że jeżeli nawet przestaniemy w ogóle wydawać nowe książki, to przez najbliższe pięć lat moglibyśmy po prostu funkcjonować, dodrukowując te pozycje, które już są na rynku. I oczywiście ta sprzedaż z czasem by naturalnie spadała, to zrozumiałe, ale jakoś byśmy sobie jeszcze radzili.
Oczywiście, posiadanie takich tytułów to duży komfort, ale każda książka od momentu narodzin pomysłu jest przedmiotem naszych głębokich rozważań. Kiedy pojawia się nowy projekt, deliberujemy nad nim: czy on ma szansę stać się bestsellerem? Czy on „chwyci”? Choć przecież wiadomo, że na tym rynku nikt nie ma stuprocentowych gwarancji sukcesu. Możemy dołożyć wszelkich starań edytorskich, a rzeczywistość i tak weryfikuje nasze oczekiwania. Czasem coś wydaje się pewniakiem, a czytelnicy reagują inaczej. No i tyle. Ryzyko jest wpisane w ten zawód, dlatego trzeba umieć je kalkulować, obserwując to, co dzieje się wokół. Wczoraj właśnie czytałem moim współpracownikom najnowszy komunikat GUS. Wynika z niego, że w lutym nastąpił spadek sprzedaży książek i prasy o prawie 10 proc.
To twardy i niepokojący sygnał płynący bezpośrednio z rynku. Jak Pan go interpretuje w szerszym kontekście?
Wiesław Uchański: To nie jest przypadek ani błąd statystyczny. Pewnie mamy do czynienia z jakimś szerszym trendem, z którym musimy się teraz mierzyć jako cała branża. No ale nawet jeśli go przyjmiemy do wiadomości i przeanalizujemy wszystkie te negatywne wskaźniki, to co my jako wydawcy możemy zrobić? Możemy tylko wydawać dalej dobre książki, no bo nic innego nie potrafimy. Musimy robić swoje najlepiej, jak umiemy, wierząc, że jakość w końcu się obroni, niezależnie od chwilowych tąpnięć w statystykach czy zmian nastrojów konsumenckich. Nic innego nam nie pozostaje.
Zastanawiam się, na ile te spadki są wynikiem spełniania się dawnych prognoz. Pamiętam, że jeszcze na moich studiach bibliotekoznawczych, a potem podczas pracy w liceum księgarskim, słyszałam zapowiedzi końca tradycyjnej książki. Przewidywano, że w perspektywie trzydziestu czy czterdziestu lat papier całkowicie zniknie, a rynek zostanie zalany książkową papką w rodzaju popularnych wtedy Harlequinów. Przyznam jednak, że ja osobiście nie przewidziałam, że upadek tradycyjnych księgarń nastąpi tak szybko i w tak gwałtowny sposób. Zakładałam raczej, że przetrwają, tworząc modele podobne do kluboksięgarni, które swego czasu były popularne na rynku – jak chociażby warszawski Tarabuk.
Wiesław Uchański: Oczywiście, doskonale pamiętam te wszystkie wizje, debaty o śmierci papieru i te dziwne teorie, które co dekadę wracają w nowej formie. Bardzo dużo takich głosów się wtedy pojawiało, straszono nas cyfryzacją, która miała zmieść tradycyjne edytorstwo. Jeśli chodzi o księgarnie, to ja również zakładałem, że one przetrwają dłużej w swojej tradycyjnej formie.
Zgadzam się z Panią – naturalnym kierunkiem wydawało się to, że księgarnie lekko poszerzą swój repertuar o artykuły papiernicze, o możliwość wypicia kawy, o przestrzeń do spotkań, tworząc właśnie takie miejsca z klimatem, o których Pani wspomniała. I to się w wielu przypadkach dzieje, ale skala trudności, z jakimi borykają się dziś mali księgarze, jest ogromna. To tempo zmian zaskakuje nawet osoby, które na tym rynku zjadły zęby. Mimo to, my w Iskrach nie zmieniamy kursu. W wciąż wierzymy w wartość edytorską i w to, że książka jako przedmiot, jako starannie przygotowana całość, ma znaczenie. Nic innego nie potrafimy, więc wydajemy dalej.
To „robienie swojego” wydaje się być najlepszą odpowiedzią na niepewne czasy. Czy to właśnie ta konsekwencja pozwala Iskrom zachować tak mocną pozycję od tylu lat?
Wiesław Uchański: Myślę, że tak. Wydawca musi mieć swój kręgosłup i nie może ulegać każdej chwilowej modzie czy technologicznemu nowinkarstwu. Rynek może się zmieniać, technologie mogą ewoluować, ale potrzeba czytania dobrej, rzetelnie przygotowanej literatury faktu, biografii czy eseistyki pozostaje stała. Naszym zadaniem jest tę potrzebę zaspokajać na najwyższym możliwym poziomie, niezależnie od tego, co akurat mówią statystyki o spadkach sprzedaży w danym miesiącu. Po prostu robimy swoje.
Dziękuję za tę rozmowę
Dorota Rożek













