
Cieszę się, że mój tekst – nawet w sezonie ogórkowym – wywołał dyskusję, szkoda, że głownie emocjonalną, a nie merytoryczną. A przecież dyskusja, jaką wywołało powstanie oficyn tworzonych przez uznanych pisarzy, dotyka samego serca rynku książki.
Pan Jacek Dehnel w swoim artykule skutecznie punktuje patologie branży (praca za minimalne zaliczki, brak promocji po 2 miesiącach, porzucanie backlisty). I stawia sprawę ostro: autorzy zostali uznani za „dojne krowy”, a wydawcy jedynie wyciągają ręce po marże, nie oferując nic w zamian, poza „hazardowym” wypuszczaniem setek tytułów na żywioł.
To efektowna i nośna retoryka, ale opiera się na głębokim nieporozumieniu (mam nadzieję niezamierzonym), czym w swej istocie jest instytucja wydawnicza. Wydawnictwo to nie tylko pośrednik pobierający prowizję za spełnienie usługi wydawniczej, a tym bardziej nie fundusz finansowy z osobistym kontem dla każdego pisarza. Wydawnictwo to zespół ludzi, sprzęt i infrastruktura oraz bufor bezpieczeństwa finansowego. Przychody generowane ze sprzedaży tytułów z czołówek list bestsellerów nie są wolnym zyskiem, który wydawca ukrywa w kieszeni. To właśnie te środki utrzymują w ruchu cały ten aparat: opłacają stałe etaty redaktorów, korektorów, składaczy i grafików, finansują obsługę prawną, logistykę oraz pozwalają przetrwać wielomiesięczne zatory płatnicze w relacjach z sieciami dystrybucyjnymi.
Uznani autorzy mają pełne prawo do decydowania o swoim dorobku i kształtowaniu ścieżki zawodowej – wolność gospodarcza jest fundamentem. Warto jednak nazwać rzeczy po imieniu: model, w którym grupa najpopularniejszych twórców zabiera swoje sprawdzone rynkowo hity do zamkniętego, własnego kręgu, nie jest uzdrowieniem rynku. Jest „konsumpcją kapitału marki” (nazwiska autora lub tytułów), która w większości przypadków wyrosła i została zbudowana często wieloletnim nakładem pracy oraz ryzykiem tradycyjnych domów wydawniczych.
Krytykowany przez pana Dehnela tzw. „model hazardowy” nie wynika z chciwości wydawców, lecz z tragicznie niskiego poziomu czytelnictwa. Przy średnich nakładach rzędu 2–2,5 tys. egzemplarzy, ryzyko klapy finansowej każdego nowego projektu jest ogromne. Tradycyjny wydawca bierze to ryzyko na siebie. Gdyby wydawcy publikowali wyłącznie to, co ma 100 proc. gwarancji zwrotu, na rynku ostałoby się kilkunastu autorów, a progów wydawnictw nigdy nie przekroczyłby żaden debiutant.
Wydawnictwa autorskie, skupione na obsłudze uznanych nazwisk, nie rozwiążą problemu rynku książki, nie poprawią sytuacji młodego pokolenia pisarzy. Czy Heca lub podobne inicjatywy będą gotowe zaryzykować kilkadziesiąt tysięcy złotych na budowę marki całkowicie nieznanego autora od zera, wiedząc, że 8 na 10 takich prób kończy się stratą? Szczerze w to wątpię.
Jeśli z rynku tradycyjnego znikną najbardziej zyskowne pozycje, ucierpią na tym właśnie debiutanci oraz autorzy literatury ambitnej, trudnej i niszowej, bo zniknie infrastruktura zdolna ich w ogóle wydać.
Nie apeluję o traktowanie autorów jak „dojnych krów”. Apeluję o dojrzałe spojrzenie na branżę książki jako połączony ekosystem. Osłabienie tradycyjnych oficyn poprzez wyprowadzenie najcenniejszych katalogów nie uzdrowi rynku książki, nie poprawi doli początkujących twórców – sprawi jedynie, że próg wejścia na rynek stanie się jeszcze wyższy, a liczba czytających na pewno się nie zwiększy.
A z drugiej strony życzę udziałowcom Wydawnictwa Heca sukcesu, bo każda sprzedana książka, każdy nowy czytelnik, to powód do zadowolenia.
Zbigniew Czerwiński
Przeczytaj także:
Wydawnictwo Heca – biznesowy majstersztyk czy zagrożenie dla rynku książki?











