Sobota, 12 sierpnia 2023
Co roku całe środowisko literackie pochyla się nad wynikami badań czytelnictwa przeprowadzonymi przez Bibliotekę Narodową i rozpoczyna się niezmienny rytuał narzekania. Najpierw przebudzają się ci, którzy co roku (z jakiegoś nie do końca zrozumiałego powodu) liczą na więcej, odczuwają głęboki zawód i w efekcie narzekają, że Polacy czytają za mało. W kontrze odpowiadają im apologeci nieczytania, którzy z krzywym uśmieszkiem na wargach kontrują: „A bo to trzeba czytać, żeby być szczęśliwym?” i narzekają na narzekających. Na tym jednak nie koniec, bo oburzeni czują się dotknięci na takie słowa, więc od razu sięgają po argument kalania własnego gniazda i obcinania gałęzi, na której wspólnie siedzimy. Kłótnia trwa w nieskończoność, a po roku dochodzi tylko do kolejnego resetu. I gdzieś pośrodku całego tego zamieszania jestem ja i kompletnie się w nim nie odnajduję. Jak łatwo się domyślić, należę do grona polskich czytelników. Czytam dużo i czytam wszystko. Powieści, reportaże, artykuły prasowe, komiksy, albumy, memy, posty w mediach społecznościowych a nawet powieści wizualne, co się tylko da. Czytam po polsku i po angielsku, rzeczy mądre i głupie, poważne i rozrywkowe, do pracy i dla przyjemności. Kiedyś oddawałem się temu zajęciu częściej, ale życiowe obowiązki i inne hobby (tak jak każdemu z nas) zabierają mi obecnie więcej czasu, niż kiedy miałem kilka czy kilkanaście lat. Zresztą nawet dzisiaj jestem z perspektywy polskich badań czytelnictwa ewenementem, absolutnym nałogowcem wykraczającym poza skalę. Co zresztą nie jest trudne, gdy po jedną książkę w całym 2022 roku sięgnęło zaledwie 34 proc. społeczeństwa. Tak, mówię „zaledwie”, bo to zwyczajnie mizerny wynik. Możemy się oszukiwać, że jest inaczej, ale nie będzie to przesadnie produktywne. Zasadnicze pytanie brzmi jednak: „Co zrobić z tym fantem?”. Niedawno w literackim światku (lub jak kto woli – grajdołku) dosyć szerokim echem odbiły się dwa teksty, które proponowały skrajnie odmienne reakcje na zamieszanie z czytelnictwem. Pierwszy z nich, zamieszczony przez Olgę Wróbel na OKO.press, sugerował większe wyluzowanie i zdjęcie czytelnictwa z piedestału rozrywki w jakikolwiek sposób bardziej przydatnej od wszystkich pozostałych. Drugi został napisany przez Grzegorza Wysockiego w kontrze do felietonu Wróbel i pojawił się w weekendowym wydaniu serwisu Gazeta.pl. Część środowiska oburzała się na jeden punkt widzenia, część – na drugi, a ja po raz kolejny w trakcie lektury obu czułem się, jakbym funkcjonował na innej od autorów planecie. Pozwólcie, że wyjaśnię, co mam na myśli. Nie chcę tutaj sprawiać wrażenia, jakbym kategorycznie odrzucał wszystkie argumenty zawarte w obu tekstach. Uważam, że w jednym i drugim pojawia się kilka celnych uwag. Niestety oba napisano z perspektywy plemiennej walki i celowego przeinaczania faktów, a ich autorzy propagują oderwane od rzeczywistości wizje aktywności kulturowej Polaków. Łączy to Wróbel i Wysockiego bardziej, niż chyba zdają sobie sprawę, choć same punkty widzenia są ze sobą sprzeczne. Kiedy ukochana osoba nie czyta Dla jasności przybliżę treść artykułów dla wszystkich, którzy nie mieli okazji się z nimi zapoznać, zaczynając od tego Olgi Wróbel. Autorka pyta w nim, czemu ciągle rozliczamy Polaków ze sposobów spędzania przez nich wolnego czasu i po co w ogóle ktokolwiek miałby czytać, jeśli tego nie lubi. Jako przykład podaje własną córkę, co już wzbudza spore wątpliwości z punktu widzenia rzetelności dyskusji, ale cóż zrobić... Otóż 9-letnia córka Olgi Wróbel (niemal) w ogóle nie czyta samodzielnie i nie sprawia jej to przyjemności. Co najwyżej posłucha, jak ktoś czyta jej na głos, ale nawet to nie znajduje się wysoko na jej liście priorytetów. Blogerka literacka stanęła więc przed problemem, jak to nieczytanie pogodzić z faktem, że jej córka jest „harda, odważna i łaknąca kontaktu z innymi dziećmi” (jakby mogła nie być, skoro jest córką autorki). W odpowiedzi przyjmuje prosty wniosek – cała ta gadka o zbawiennym wpływie książek to blaga i pic na buty, także dajcie już spokój z tymi całymi książkami, a już zwłaszcza przestarzałymi szkolnymi lekturami. Zbyt daleko posunięty wniosek? W mojej opinii zdecydowanie, a przecież z kilkoma uwagami Wróbel na najbardziej ogólnym poziomie się zgadzam. Również stoję na stanowisku, że nie należy nikogo oceniać negatywnie czy pozytywnie tylko na bazie liczby przeczytanych w danym roku książek i też nie widzę powodu, by czytanie stawiać na piedestale. Podobnie jak setki tysięcy Polaków też słucham muzyki, rozwiązuję zagadki logiczne, oglądam i uprawiam sport, chodzę do kina, gram w gry wideo, korzystam z serwisów VOD i robię dziesiątki innych rzeczy, które sprawiają mi przyjemność. Świetny film …
Wyświetlono 25% materiału - 707 słów. Całość materiału zawiera 2831 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
1. Dostęp czasowy 15 minut
Szybkie płatności przez internet
Aby otrzymać dostęp kliknij w przycisk poniżej i wykup produkt dostępu czasowego dla Twojego konta (możesz się zalogować lub zarejestrować).
Koszt 9 zł netto. Dostęp czasowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail. Czas dostępu będzie odliczany od momentu wejścia na stronę płatnego artykułu. Dostęp czasowy wymaga konta w serwisie i logowania.
2. Dostęp terminowy
Szybkie płatności przez internet
Dostęp terminowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail. Dostęp terminowy wymaga konta w serwisie i logowania.
3. Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeśli jesteś już prenumeratorem dwutygodnika Biblioteka Analiz lub masz wykupiony dostęp terminowy.
Zaloguj się