Wtorek, 10 lutego 2026
Było to w latach dziewięćdziesiątych, gdy do moich rodziców zapukała pasierbica kuzyna i przyniosła kilkaset akwarelek Wacława Chodkowskiego (1878–1953), które na śmietnik wyrzuciły jego wnuki, a ona postanowiła to ratować. Uczyniłam potem te pocztówkowe akwarelki niemymi bohaterami mojej powieści „Tropiciele”. Po latach o ich autorze napisałam artykuły do czasopism „Mieszkaniec” i „Stolica”, a także pracę naukową, którą udało się opublikować w kwartalniku „Niepodległość i Pamięć”. Zrobiłam to wszystko nie dlatego, że Chodkowski był wybitnym malarzem, bo tak nie było, ale ze względu na szacunek do przeszłości i bunt przeciwko niszczeniu pamięci o jego twórczości. Co ciekawe, gdy prowadzę warsztaty genealogiczne, czasem spotkam się z pytaniem, po co badać przeszłość i swoich przodków? Trudno jest na nie odpowiedzieć jednym zdaniem, bo to sprawa wielowątkowa, a w badaniach nie chodzi tylko o zaspokojenie ciekawości, kim byli. Ważniejsze jest ustalenie, jacy byli – co sobą reprezentowali, a precyzyjnie mówiąc: co po nich pozostało poza genami, które nam przekazali. (Oczywiście pod warunkiem, że są naszymi bezpośrednimi przodkami, a nie kuzynami z bocznej linii). Ciekawe jest odkrywanie dokumentów czy zdjęć, ale zawsze najbardziej fascynujące jest odnajdywanie ich twórczości. Ta przecież mówi więcej o człowieku niż niejeden dokument. Twórczość może być różna. Od muzyki i znalezionych na dnie starej szafy nut, malarstwa, rysunku, grafiki czy rzeźby, aż po literaturę, którą mogą być zarówno listy i pamiętniki – opowiadające o czyichś przeżyciach, jak i rzeczy niezwykle intymne, czyli poezja. Ta ostatnia często zresztą pisana w skrytości przed światem. Pamiętam, że nieporadne wiersze mojego siedemnastoletniego pradziadka Antoniego Adamskiego do prababci Leokadii Karoliny Przybytkowskiej zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Mimo częstochowskich rymów była w nich jakaś magia i widoczna wielka miłość. A świadomość, że para miała problemy z uzyskaniem przychylności dla swojego związku, potęgowała wrażenie romantyczności kulawych strof. Równie nieporadne były wiersze mojego ojca Macieja Piekarskiego na temat powstania warszawskiego, które znalazłam w jego biurku w starym zeszycie. Zdarza się jednak, że ludzie odkrywają w spuściźnie po przodkach coś, co naprawdę warto pokazać potomnym. Kilka lat temu muzyk Rafał Kwaśniewski, a prywatnie mój kolega z czasów licealnych, opowiedział mi o wierszach swojej mamy Aliny Kwaśniewskiej (1937–2018). Wtedy do jednego z nich napisał muzykę i zamieścił na Facebooku. Popłakałam się. Pamiętałam jego mamę – piękną, kulturalną, troskliwą. Od Rafała wiedziałam, że pod koniec życia straciła słuch, dlatego piosenka, którą do jej tekstu skomponował, wstrząsnęła mną do głębi. Zaczynała się tak: Przebywam w odległej niemej galaktyce. Unoszona przez elfy w zamkniętej lektyce. Nie słyszę. Niczego nie słyszę. Cisza. Cisza mnie kołysze. Czy ryby nadal pluskają się w wodzie? Czy ptaki nadal śpiewają w ogrodzie? Nie słyszę. Niczego nie słyszę. Cisza. Cisza mnie kołysze. Nie trzeba więcej słów, by …
Wyświetlono 25% materiału - 402 słów. Całość materiału zawiera 1609 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
1. Dostęp czasowy 15 minut
Szybkie płatności przez internet
Aby otrzymać dostęp kliknij w przycisk poniżej i wykup produkt dostępu czasowego dla Twojego konta (możesz się zalogować lub zarejestrować).
2. Dostęp terminowy
Szybkie płatności przez internet
3. Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeśli jesteś już prenumeratorem dwutygodnika Biblioteka Analiz lub masz wykupiony dostęp terminowy.













