środa, 10 grudnia 2025
Witold Kaliński przywędrował do Wierchomli całkiem niedawno i nie przypadkiem. Praprzodek był wysłannikiem cesarza Franciszka Józefa na ziemie polskie, trafił do Muszyny, aby mieć oko na Polaków, a jego syn, zachęcony opiniami rodowitych mieszkańców, zaczął poszukiwać wód zdrojowych, odnalazł je i zainicjował powstanie Żegiestowa-Zdroju. – Moja mama była z domu Medwecka, daleka potomkini Jakuba Ignacego Medweckiego, założyciela żegiestowskich zdrojów – wyjaśnia. W sto lat później, tuż po urodzeniu, Witold znalazł się kilka kilometrów od Żegiestowa, w Wierchomli, dokąd rodzice uciekli ze Lwowa przed nadchodzącą Armią Czerwoną. Od czternastego roku życia przyjeżdżał tutaj na każde wakacje. Rodzice, sami będąc naówczas nauczycielami matematyki, mieli ambicje czytelnicze, choć nie zabrali w ucieczce biblioteki. U Mariana, młodszego brata Witolda, zachowały się dwa tomy Słowackiego w lwowskim wydaniu Piniego z 1909 roku oraz książka kucharska Marii Ochorowicz-Monatowej. To stanowiło ocalały dobytek. Jeszcze jakiś Syrokomla… Warszawa W Warszawie, po awansie taty, zamieszkali w pięć osób w mieszkaniu na 46 mkw. Kaliński zapamiętał, że chował się pod łóżko, gdy babcia czytała mu fragment „W pustyni i w puszczy”, ten o spotkaniu Stasia i Nel ze lwami. – Bałem się też bardzo i biegałem do rodziców do łóżka, gdy czytałem o kobiecie, która przemienia się w kota i morduje, ale nie zapamiętałem tytułu książki z międzywojennej literatury grozy. Oczywiście był to straszliwy kicz. Ani szkoła podstawowa, ani liceum nie zrobiły na nim większego wrażenia, bo żył we własnym świecie, zatopiony w książkach. Przy muranowskim podwórku był oddział biblioteki dla dzieci i tam spędzał większość czasu. – Mało kto wie, że przed wojną powstawały skróty, np. pięcioksięgu przygód o Sokolim Oku Jamesa Fenimore’a Coopera, a sam Iwaszkiewicz stworzył skróconą wersję przygodowej powieści Thomasa Mayne’a Reida „Jeździec bez głowy”, koncentrując się na barwnych postaciach i akcji. Jak to się mówiło – „bez opisów przyrody”. Pochłaniał wszystko, co mu wpadło w ręce, od autorstwa politruków radzieckich czy trzech tomów na gazetowym papierze „Notatek partyzanta” Piotra Ignatowa, opisującego walkę z hitlerowcami w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, po „Timura i jego drużynę” i piękne baśnie rosyjskie o rycerzu Ilji Muromcu. Lektury szkolne stanowiły promil książek, które czytał. Praktycznie wypożyczał po kolei wszystko, co stało na bibliotecznych półkach. Nie miał luksusu wyboru, zachwycał się każdą książką. Wspomina te o zwierzętach autorstwa Jana Żabińskiego czy J. O. Curwooda, a także te o świecie i o podróżach Arkadego Fiedlera. „Trylogię” Sienkiewicza przeczytał w piątej klasie szkoły podstawowej. – Pamiętam, że pod choinkę dostałem „Szpiega” J.F. Coopera. To było prawdziwe święto. Podobnie wspominam, jak w ulicznej loterii wygrałem „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi” Juliusza Verne’a. Niestety te książki nie przetrwały, zapewne komuś pożyczyłem. Z matematycznych tematów zapamiętał w podstawówce „Lilavati: rozrywki matematyczne” i „Śladami Pitagorasa” Szczepana Jeleńskiego, a z drugiej strony, niewiele przed maturą, zachwycał się Marcelem Proustem i jego siedmiotomowym cyklem „W poszukiwaniu straconego czasu”. Był zdolny, lubił matematykę, dlatego zaczął ją studiować, ale po roku zrezygnował, bo wyzwania matematyczne zdały mu się mniej atrakcyjne niż kolejne lektury. Polonistyka To był drugi wybór, choć nie spodobał się tacie, który wolałby dla syna przyszłość finansisty. Jednak ojciec zmilczał o rozczarowaniu. – Na drugim roku przeczytałem zbiór tekstów z historii literatury „Od Goethego do Balzaka” György Lukacsa. Jeden z esejów poświęcony był powieści historycznej i otworzył mi oczy na lektury Waltera Scotta, w których jako dzieciak się zaczytywałem: „Waverley”, „Rob Roy” i „Ivanhoe”, ale dopiero ten esej dał mi możliwość głębszego zrozumienia chłopięcych fascynacji. Odczytałem pisarstwo Scotta lepiej. Tym bardziej zachwycająca dla mnie była lektura „Mimesis” Ericha Auerbacha, w której autor wyjaśnia geniusz Cervantesa, Dantego, Homera, Szekspira, de Montaigne’a i innych autorów. Fachowa i błyskotliwa. Wspaniała, otwierająca. Miał, jak sam to określa, nieco arystokratyczne podejście do studiowania. Chodził tylko na wykłady Artura Sandauera i Zofii Szmydtowej wygłaszane w przepięknej polszczyźnie, poza tym biegał na filozoficzne wykłady Leszka Kołakowskiego i Bronisława Baczko. Cenił sobie też wykłady z logiki Jerzego Pelca i towarzyszące im ćwiczenia prowadzone przez Barbarę Stanosz. Wspomina z sentymentem klasę mówców, bo dzięki nim (oraz kolejnym lekturom) uważa się za kompetentnego – amatora jednak – w tematach filozoficznych. – Mężem mojej kuzynki był Ireneusz Opacki, jeden z najwybitniejszych polskich literaturoznawców, niedościgły interpretator poezji, znakomity mówca, do którego jeździłem raz w miesiącu i godzinami gadaliśmy. I to były moje właściwe studia. Razem z przyjacielem Jackiem, studiującym psychologię, czytali większość obowiązujących lektur. Aby sobie urozmaicić, recenzowali nawzajem własne lektury. Witold Kaliński był odważnym studentem i brał (cichy) udział w odbywających się wówczas w Pałacu Staszica konferencjach naukowych, w których występował Ireneusz Opacki, ale też słuchał wywodów Janusza Sławińskiego, Michała Głowińskiego, Marii Janion… – To mnie formowało. Opacki był niezwykłym człowiekiem, jednym z niewielu, którzy naówczas rozumieli podejście Ingardena do literatury, czyli swoistą jej wielowarstwowość. Nie sądzę, by powstała w Polsce ważniejsza praca w mojej profesji niż „O dziele literackim” Romana Ingardena. Po pierwszym roku polonistyki poznał swoją przyszłą żonę Krystynę. – Z mojej strony to była natychmiastowa miłość. Pobraliśmy się po studiach i wprowadziłem się do mieszkania żony, gdzie miałem miejsce na swoją bibliotekę. A zbierałem książki już od piętnastego roku życia. Profesor Maria Renata Mayenowa była promotorką jego pracy magisterskiej o romansowej powieści Ludwika Kropińskiego pt. „Julia i Adolf, czyli nadzwyczajna miłość dwojga kochanków nad brzegami Dniestru”. Mayenowa została zwolniona z Uniwersytetu w ramach represji marcowych 1968 roku, ale Kaliński zdążył obronić dyplom. Pewnie nie wykorzystał czasu studiów tak, jak powinien, ale jest dumny, że wybierał wspaniałych wykładowców. Uważa, że zawsze miał szczęście do ludzi, za którymi warto było podążać i ich słuchać. A ludzie często przemawiali do niego poprzez książki, choć znakomity humanista Wiesław Juszczak – również osobiście, podczas spotkań u Kalińskich „na strychu”. Dawno też wypracował sobie plan marszruty po warszawskich antykwariatach i nieustannie powiększał zbiory. – Wiedziałem, czego tam szukać. Wybór był mniejszy niż obecnie, lecz średni poziom wartościowych pozycji – wysoki. Kupowałem rzeczy dobre, o, tu stoi niemal cała seria „Nike”, która była gwarantem literackiej jakości i „wyjściem na świat”. Przez wiele lat prenumerowałem „Dialog”, „Literaturę na Świecie”... Trzymam egzemplarze do dziś. Czekał na etat w Instytucie Badań Literackich PAN, ale się nie doczekał, mimo dwóch publikacji w „Pamiętniku Literackim”, kwartalniku naukowym poświęconym historii literatury polskiej oraz zagadnieniom z zakresu krytyki literackiej i teorii literatury. Wspomina, że Zofia Stefanowska dyskretnie i pouczająco zredagowała owe publikacje. Ponieważ od czternastego roku życia udzielał korepetycji z matematyki, z których zarobione pieniądze przeznaczał na książki, wiedział, że umie uczyć, a praca ta dawała mu satysfakcję. Zaczął jednak od pracy w Bibliotece Narodowej, a dzięki rekomendacjom osób ze środowiska został na dwa lata sekretarzem redakcji w kwartalniku „Polska Sztuka Ludowa”, wydawanym przez Instytut Sztuki PAN. Dziś to słynne „Kontynenty”. – Przez dwa lata nauczyłem się pracy wydawniczej. Dyrektorowania Kiedy podjął pracę w jednym z warszawskich liceów, okazało się, że dobrze dogaduje się z młodzieżą. Na lekcjach wyjaśniał, jak rozumieć trudne, często archaiczne teksty, uważał, że każdą lekturę można wytłumaczyć albo dobrze, albo głupio. Wolał dobrze. Trochę uwodził młodych, gdy potrafił precyzyjnie określać swoje wymagania jako nauczyciel. – Moi uczniowie czytali opowiadanie „Partanina” Himilsbacha, w którym to opowiadaniu jest ciekawe zderzenie szarości życia z symboliką patriotyczną. Szczególnie podobało im …
Wyświetlono 25% materiału - 1067 słów. Całość materiału zawiera 4268 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
1. Dostęp czasowy 15 minut
Szybkie płatności przez internet
Aby otrzymać dostęp kliknij w przycisk poniżej i wykup produkt dostępu czasowego dla Twojego konta (możesz się zalogować lub zarejestrować).
Koszt 9 zł netto. Dostęp czasowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail. Czas dostępu będzie odliczany od momentu wejścia na stronę płatnego artykułu. Dostęp czasowy wymaga konta w serwisie i logowania.
2. Dostęp terminowy
Szybkie płatności przez internet
Dostęp terminowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail. Dostęp terminowy wymaga konta w serwisie i logowania.
3. Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeśli jesteś już prenumeratorem dwutygodnika Biblioteka Analiz lub masz wykupiony dostęp terminowy.
Zaloguj się