Sobota, 23 maja 2026

To najbardziej cholerny zbiór orientaliów, jaki znam (the damnest collection of dictionaries I’ve ever seen in my life) – tak pewien amerykański uczony określił zbiór słowników ponad tysiąca języków, wśród nich na przykład świeży nabytek – dwutomowy „Kontekstualny słownik języka łemkowskiego” czy trzytomowy słownik języka i kultury udegejskie. Właścicielem zbioru jest profesor Alfred Majewicz, Stęszewianin z dziada pradziada. Współtwórca najpierw poznańskiej orientalistyki (również były kierownik i dyrektor katedry), następnie Instytutu Orientalistyki na Wydziale Neofilologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, obecnie na emeryturze. Znawca egzotycznych ludów i ich języków – sam zna kilkanaście, między innymi język niewielkiego ludu Ajnu. Pożar Pożar, który niemal doszczętnie strawił poddasze starego domu w Stęszewie, zdarzył się w 2003 roku. Jedna trzecia z ponad 60 tysięcy pozycji została zniszczona. Książki na parterze w wyniku akcji ratowniczej były kompletnie mokre, suszyły się we wszystkich okolicznych domach w Stęszewie. Dziś Alfred Majewicz spokojnie może o tym mówić, wtedy przeżywał dramat. – Spłonęło archiwum, w tym klisze Bronisława Piłsudskiego, nad którymi pracowałem, materiały z badań terenowych na Syberii, w Chinach, Japonii i Tajlandii. Spaliły się zapasy niskonakładowych słowników, w tym właśnie hit: trzytomowy słownik udegejski. Nie mam już nadbitek rzadkich artykułów naukowych ze starych, prowincjonalnych wydawnictw ani rękopisów zmarłych orientalistów. Ocalało kilkaset fotogramów, m.in. z Sachalinu i Okinawy. Najprawdopodobniej pożar powstał w wyniku zwarcia starej instalacji elektrycznej, pół roku po pokryciu dachu blachą sprowadzoną ze Szwecji. Była tak dobra i szczelna, że nie dało się jej zerwać, żeby ugasić pożar. O tym pożarze pisały gazety w Japonii, w Chinach, w Rosji, wiele polskich też. Jeden z tytułów brzmiał: „Najpierw Aleksandria, potem Leningrad, teraz Stęszew”. Jak ustalili strażacy, tlenie między blachą dachową a stropem trwało minimum dobę, grube, spróchniałe bele, z których zrobiona była więźba dachowa w 1800 roku, zgromadziły w sobie tlen, a stara instalacja, poruszana drganiami z otoczenia (bo dom stał przy ruchliwej drodze z Poznania do Wrocławia), była przyczyną zwarcia. – Książkom chińskim z lat 1670– 1680 nic się nie stało, mimo że pływały w brudnej wodzie korytarza, po którym biegali strażacy. Lekcja z tego pożaru jest taka, że dziś drukuję swoje książki na papierze, który gwarantuje przetrwanie przez kilkaset lat. Tak się zabezpieczam, bo interesuję się tym, co zostanie po mnie za 200 lat. Dziś, 23 lata po pożarze, porządki dobiegają końca. Dom po przebudowie jest już bezpieczny, a profesor mimo emerytury intensywnie pracuje i korzysta ze swojego gigantycznego księgozbioru. – Tu się urodziłem i tu umrę – wyrokuje. Wspomnienia z lat młodości Pamięta moment, gdy siedzi na nocniku i płacze. Powodem jest obrazek personifikujący Śmierć z kosą w jednej z babcinych książek religijnych. Pierwsza samodzielnie przeczytana książka była zatytułowana „Wieś”, z dużymi obrazkami i krótkimi podpisami. Babcia, oprócz tego, że dostarczała mu religijnych lektur, nauczyła go francuskiego i niemieckiego. Alfred Majewicz od trzeciego roku życia wychowywał się bez rodziców. Zmarli wcześnie. Matka pracowała w zakładach im. Józefa Stalina w Poznaniu, gdzie nosiła ciężkie skrzynie ze śrubami, zakład produkował oficjalnie lokomotywy i wagony, a nieoficjalnie – czołgi. Chłopcem zajmowały się ciotki, a on intensywnie chłonął wiedzę z gazet. W wieku czterech lat płynnie czytał. – Z chorobliwej wręcz ciekawości. Nie interesował mnie żaden sport. W szkole WF był dla mnie największą zmorą. Czytałem gazety, umiałem świetnie liczyć. Zapisałem się do biblioteki, gdy tylko ktoś mnie uświadomił, że istnieje. Po wypożyczeniu jeszcze tego samego dnia szedłem oddać przeczytane książki. Pamiętam autora Czesława Janczarskiego, twórcę literackiej postaci Misia Uszatka, i kiedy pożyczyłem trzy jego książki, a po paru godzinach chciałem zwrócić, byłem w rozpaczy, że po następne mogę przyjść dopiero jutro. Z babcinego kalendarza z wyrywanymi kartkami czerpał wiedzę o książkach. Przeczytał streszczenie „Tragedii amerykańskiej” – powieści Theodore’a Dreisera z 1925 roku, która była jednym z najgłośniejszych dzieł literatury amerykańskiej pierwszej połowy XX wieku. – Poszedłem do biblioteki, a tam pokazano mi, jak wygląda, i zawyrokowano, że jestem za mały, bo to książka dla dorosłych. Jej przeczytanie stało się moją obsesją. Kiedy ją kupiłem, byłem przeszczęśliwy. Mam egzemplarz do dziś. Interesowały go wyłącznie prezenty w postaci książek. Był klasycznym molem książkowym, gromadził bibliotekę. Na początku przypadkową. Pierwsze półki zbudował z kartonów i umieścił w nich kilkaset książek. – Podejrzewam, że w okolicy to była jedna z większych bibliotek prywatnych. Wielkie wrażenie wywarła na mnie podróżniczo-przygodowa „Wyspa Robinsona” Arkadego Fiedlera oraz „Historia Psiej Górki” Marty Michalskiej. Utkwiły mi też w głowie „Dzieci Musztardowego Raju” rosyjskiej pisarki o pseudonimie N. Kalma z 1952 roku, dziś dostępne głównie na rynku antykwarycznym. Pod koniec książki biedny czarny chłopczyk wyjeżdża z fatalnego USA do wspaniałego Związku Radzieckiego. Było mi tych bohaterów szkoda. Nie miał pomysłu, co robić po podstawówce, uważał, że szkoła nic nie wnosiła, a zgromadzona przez niego wiedza z książek jest wystarczająca. Wybrał liceum uważane za nienajlepsze w Poznaniu, a dla niego najdogodniejsze pod względem dojazdu. Później, z perspektywy wykładowcy uniwersyteckiego z pięćdziesięcioletnim stażem, stwierdza, że to liceum było najlepsze. Dawało intelektualną wolność, większą niż gdzie indziej. – Cały czas czytałem i kupowałem, Karla Maya, Julesa Verne’a, klasyków: Stendhala, Camusa, według listy stu najważniejszych dzieł literatury. Nawet „zmęczyłem” „Ulissesa” Jamesa Joyce’a. W oryginale też, bo to językoznawcza perełka. Czytałem wszystko, ludzie niby podziwiali, a jednocześnie wkurzali się na mnie, że taki przemądrzały jestem. „Finnegans Wake” Joyce’a też przeczytałem w języku angielskim, a to wyjątkowo ambitne i wymagające osiągnięcie. Maturę pisał „na wolny temat” o poetach: wietnamskim Tố Hữu i chilijskim Pablo Nerudzie, przeciwstawiając ich poezje, co było wówczas „odkrywcze”. Kolega, który poszedł na studia rok wcześniej, rekomendował mu studia anglistyczne. Zdecydował się na nie, bo ze wszystkich znanych mu wówczas języków (francuski, niemiecki, rosyjski) angielski znał najsłabiej. Zorientował się już dawno, że ma talent do języków. Gdy w szkole podstawowej przeczytał „W pustyni i w puszczy”, w której występują wypowiedzi w języku suahili, zabrał się za kompilowanie słownika suahili-polskiego. Wypisywał obce wyrazy. W książkach głównie zauważał tematy związane z językami, dlatego wybór anglistyki uznawał za najlepszy. Późniejszy profesor językoznawstwa anglistycznego Janusz Arabski, który w UAM nauczał praktycznej znajomości języka amerykańskiego, utwierdził go w tym wyborze. – Amerykańską literaturę już miałem przeczytaną. Nie wszystko w oryginale, ale na studiach to należało do moich obowiązków. Kupowałem i zaczytywałem się w świetnych tekstach Steinbecka, Dos Passosa, Hemingwaya, Salingera, Faulknera i oczywiście w „Tragedii amerykańskiej”. Po roku przenieśli mnie do grupy brytyjskiej i doczytywałem klasykę angielską w oryginałach. Jego praca magisterska kwestionująca tok myślenia dominującego wtedy lingwisty Noama Chomskiego zrobiła wrażenie. Po studiach spotkał swojego akademickiego nauczyciela łaciny, który poinformowawszy go o planach powstania Instytutu Językoznawstwa UAM, zalecił udanie się do wskazanych osób na rozmowę o pracę. Instytut utworzono i był to pierwszy Instytut Językoznawstwa w historii nauki w Polsce. – Zapamiętano, że w mojej pracy były rozdziały poświęcone strukturze frazy werbalnej w językach indoeuropejskich, angielskim, japońskim, chińskim i nawet suahili, uwzględniłem w niej 70 języków. Był jednym z niewielu magistrów w instytucie. Jego pierwszym zadaniem było streszczenie włoskojęzycznej pracy autorstwa fińskiej lingwistki Eevy Uotili na język angielski, a dotyczącej języków ugrofińskich. Przerobione na recenzję zostało opublikowane w solidnym czasopiśmie akademickim „Lingua Posnaniensis”. W czasie gdy Instytut się rozbudowywał i tworzono zakład języków Azji i Afryki, obronił doktorat opisujący fonologię japońską (fachowo: fonologiczny komponent gramatyki języka japońskiego w porównaniu z polskim). Języka uczył się z podręcznika radiowego kursu. Podaje ten fakt jako dowód swojej fenomenalnej pamięci. Wszystkie książki, których potrzebował, a które go interesowały – kupował. Od 50 lat prawie wcale nie korzysta z żadnej biblioteki, wszystko ma w domu. Biblioteka książek specjalistycznych W pokoju, w którym rozmawiamy, są wyłącznie słowniki oraz… atlasy, bo atlasy traktuje jako słowniki toponimów. Słowniki do ponad tysiąca języków. Z każdego na każdy. Mandżurski, mandżursko-chiński, chińsko-mandżurski, nowy mandżursko-chiński, mówiony mandżurski, porównawczy słownik języków tungusko-mandżurskich... Na kolejnym wybranym regale stoją: trzytomowy słownik rosyjsko- -azerbejdżański, rosyjsko-czuwaski, czuwasko-rosyjski, kazachskie, uzbeckie, kirgiskie. Z około dwudziestu języków tajwańskich wymienia słowniki: tao, yami, puyuma (słownik jednego z dialektów w użyciu w gminie Nanwang), pazih, a to tylko jedna z podrodzin języków austronezyjskich. Alfred Majewicz wyjaśnia, że na terenie samej Indonezji jest około siedmiuset języków – wiele z nich to właśnie języki austronezyjskie. Wszystkie słowniki upchnięte są na wcisk. …
Wyświetlono 25% materiału - 1223 słów. Całość materiału zawiera 4894 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
1. Dostęp czasowy 15 minut
Szybkie płatności przez internet
Aby otrzymać dostęp kliknij w przycisk poniżej i wykup produkt dostępu czasowego dla Twojego konta (możesz się zalogować lub zarejestrować).
2. Dostęp terminowy
Szybkie płatności przez internet
3. Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeśli jesteś już prenumeratorem dwutygodnika Biblioteka Analiz lub masz wykupiony dostęp terminowy.










