Czwartek, 24 lipca 2025
Kiedy Leonard Rosadziński usłyszał w radiowej Dwójce rozmowę o prywatnych księgozbiorach, odszukał rozmówców i skontaktował się ze mną. W mailu opisał swoją kolekcję, a kiedy w książce o domowych bibliotekach odnalazł nazwisko dawnego kolegi – Wojciecha Kochlewskiego – zaprosił mnie do siebie. Tak znalazłam się na poznańskim Górczynie. Najmłodsze lata Wychował się u dziadków, na ulicy Skrytej w Poznaniu. Miłość do baśni zaczęła się, gdy dziadek przeczytał mu „Brzydkie kaczątko”, przypadkowo przyniesione przez gościa. Zauroczony nią sześciolatek domagał się odtąd codziennej porcji bajek. Jako mały chłopiec przez krótki czas mieszkał we Francji, dlatego czytać i pisać nauczył się najpierw po francusku, a dopiero w szkole po polsku. Kiedy okazało się, że sąsiadem rodziny jest kierownik antykwariatu na poznańskiej Starówce – Mieczysław Szymański, stał się on głównym dostarczycielem bajek, głównie zagranicznych, np. „Gelsomino w Kraju Kłamczuchów” Gianniego Rodariego, „Dziadka do orzechów” Hoffmanna, baśni Andersena, braci Grimm, baśni angielskich zebranych przez folklorystę Jacobsa. Przełom nastąpił w wieku dwunastu lat, gdy Leonard zanurzył się w przygodach Winnetou, opisanych przez Karola Maya, oraz Tomka Wilmowskiego – bohatera powieści Alfreda Szklarskiego. Zebrane książki układał na wydzielonej półce w wielkim poniemieckim dębowym bufecie dziadka. W szkole koledzy uważali go za dziwaka, bo nie dość, że mól książkowy, to jeszcze mówił po francusku. Francuz! – krzyczeli do niego. Plany na przyszłość miał przeróżne, raz chciał zostać księdzem, innym razem marynarzem lub astronomem. Bo raz czytał żywoty świętych, a raz biografie wielkich żeglarzy i opowiadania marynistyczne. Wszystkie przeczytane pozycje gromadził: Artura Conana Doyle’a, Jerzego Broszkiewicza, Arkadego Fiedlera, Nory Szczepańskiej czy „Ivanhoe” Waltera Scotta. Często utożsamiał się z bohaterami czytanych książek. Za radą dziadka sięgnął po przedwojenną literaturę młodzieżową. Szukali jej wspólnie po antykwariatach. – Pierwsza wizyta mnie oszołomiła – wyznaje. Wrażenia z tej wizyty, całą ścieżkę i pasję bibliofilską Leonard Rosadziński dokładnie opisuje w swojej książce „Poszukiwacz, czyli niezwykli ludzie i stare książki” – w całkowicie bibliofilskim dziele, zarówno w treści, jak i formie, wydanym w 2014 roku, z wieloma ilustracjami, w zaledwie 800 egzemplarzach. Choć czytanie było jego namiętnością, proza życia zwyciężyła; w 1975 roku poznał swoją przyszłą żonę, zaczął budować dom, na który trzeba było zarobić. Przerwał studia, a na świecie pojawiły się dzieci. Praca Jako zdolny majsterkowicz miał wzięcie na budowach. Po ukończeniu szkoły zawodowej o profilu mechanika maszyn pracował w fabryce Wiepofama, a budując dom, miał ambicję zrobić wszystko własnymi rękoma. Po kolei dokształcał się w pracach murarza, stolarza, cieśli, dekarza, ślusarza i ani na chwilę nie przestawał czytać. Naraz po pięć lub dziesięć książek. I jeszcze biegał po antykwariatach. Jego najbliższym przyjacielem był Józef Byczyk, wielki zbieracz i równie jak on gorliwy czytelnik. – Imponowały mi westerny, książki płaszcza i szpady, o piratach. Szukałem powieści Aleksandra Dumasa, Zane Greya, Juliusza Verne’a, R.L. Stevensona, Rafaela Sabatiniego czy mojego ukochanego Roberta Sztilmarka, autora „Spadkobiercy z Kalkuty” – pod wpływem którego zacząłem robić modele okrętów. Kupowałem i zbierałem całe serie z okresu międzywojennego, tzw. młodzieżówki przedwojennej. Na te książki było dużo chętnych i dzięki temu, że miałem znajomości, nabywałem je spod lady. Wiele powieści kryminalnych, jak np. Antoniego Marczyńskiego, było grafomańskich, ale mi to nie przeszkadzało i pochłaniałem je tomami, np. zapomnianego dziś dziewiętnastowiecznego Michaela Zévaco, takiego następcę Dumasa. Rosadziński pokazuje ustawione na półkach w salonie tytuły wszystkich czytanych w młodości autorów, dzisiaj prawie nieznanych. – Mam taką zasadę, że jak coś do tego domu weszło, to już nigdy z niego nie wyjdzie – śmieje się ze swojego zbieractwa. Nie pożycza książek, a jeśli już udostępnia, to np. naukowcom uniwersyteckim, którzy znając jego przepastne zbiory, proszą o skany, zdjęcia cennych książek czy rękopisów i piszą prace naukowe. Ważnym momentem w pasji Leonarda Rosadzińskiego było poznanie Jacka Wojciaka, bo to on skierował jego czytelnicze drogi w stronę science fiction. Namiętność do tego rodzaju literatury trwała kolejne piętnaście lat. W osiedlowym klubie Orbita nie tylko dyskutowali i gorączkowali się nad każdą nowo przeczytaną powieścią, ale poznawali autorów, wydawali fanziny, jeździli na zjazdy, czyli polkony. Zaprzyjaźnił się z wieloma fanami książek. – Na pierwszym miejscu był Stanisław Lem, otworzył mi oczy na inny świat i zacząłem zbierać jego tytuły. Mam wszystkie pierwsze wydania jego książek: „Solaris”, „Niezwyciężony”, „Astronauci”, „Cyberiada”, „Obłok Magellana”, „Księga robotów”, „Pamiętnik znaleziony w wannie”, „Inwazja z Aldebarana”, „Dzienniki gwiazdowe” czy wydania kolejnych tytułów z różnymi okładkami. Czytaliśmy też Janusza Zajdla, Marka Oramusa, Adama Wiśniewskiego-Snerga. Kiepsko było z literaturą SF zagraniczną, robiliśmy kopie albo sami tłumaczyliśmy. Zbierałem też SF przedwojenne. Opowieść o książce, którą poszukiwał przez 20 lat – „Zagadka liliowej planety”, odnalezionej przypadkowo w garażu zaprzyjaźnionych bibliofilów, doczytałam już w książce Rosadzińskiego „Poszukiwacz, czyli niezwykli ludzi i stare książki”. Zawód robotnika trochę kłócił się z jego namiętnością do czytania. Nie mógł domyć rąk, a zdarzyło się, że i poplamił książkę, dlatego zdecydował się na bardziej „czysty” zawód. Został dostarczycielem, czyli listonoszem. – To był najlepszy zawód świata. Listowy dostawał super napiwki, był szanowany, częstowany. Budował dom i kupował książki, ale w granicach rozsądku. Czasy aktywności związkowej w Solidarności na Poczcie zakończyły się wilczym biletem. Udało mu się znaleźć pracę w Centrum Kultury Zamek, ale jego stan zdrowia sprawił, że przeszedł na rentę zdrowotną. Zmienił też zainteresowania czytelnicze, przerzucił się na książki popularnonaukowe i zgłębiał astrologię, starożytny Egipt, cywilizację Mezoameryki: Azteków, Majów, Inków. A przede wszystkim ukończył dom, który tyle lat budował w systemie gospodarczym. Ulokował w nim 3000 zebranych książek, a najbardziej był dumny z pomysłu umieszczenia regałów książkowych na antresoli pokoju na parterze, której widok robił wrażenie na gościach. – Żyłem marzeniami o podróżach do Ameryki Południowej. Przez około 15 lat zebrałem kolejne setki książek. Śladem moich fascynacji jest wielki gobelin, przeze mnie wyhaftowany, przedstawiający panoramę Machu Picchu o wymiarach 2 na 1,5 m. Pokazuje półkę z serią „CERAM”, czyli „Rodowody Cywilizacji”, wydawaną od 1958 roku przez Państwowy Instytut Wydawniczy, o historii, archeologii i kulturze, z bestsellerami „Bogowie, groby i uczeni” i „Zapomniany świat Sumerów” na czele. Miał swoje patenty na zdobycie upragnionych tytułów, np. rozdawał ulotki przechodzącym osobom, zachęcając ludzi do sprzedaży, dawał ogłoszenia w gazetach, jeździł po Polsce. Po podreperowaniu zdrowia wraz z żoną spróbowali prywatnego biznesu, by w wieku już mocno dojrzałym, czyli po pięćdziesiątce, zdecydować się na najważniejszy skok w świat książki. W 2002 założyli antykwariat. – Marzyłem o tym od lat, miałem wielu kolegów antykwariuszy, księgarzy. Bardzo chciałem robić to co oni. Zazdrościłem im kontaktów z ludźmi, innymi zbieraczami. Marzyłem, żeby z nimi pogadać o książkach, inspirować się ich rekomendacjami. Wierzyłem, że dopiero rozmowa antykwariusza z klientem jest głęboko satysfakcjonująca. Zbierając literaturę popularną międzywojnia, nawiązał wiele przyjaźni, m.in z bibliofilem z Częstochowy Ireneuszem Ogłazą. Inny przyjaciel, antykwariusz Marian Piasecki (późniejszy założyciel i właściciel prywatnej sieci księgarń Bestseller, kolekcjoner książek rzadkich i unikatowych z XX i XIX wieku) przekonywał Rosadzińskiego do biznesu antykwarycznego najbardziej. Wtedy to był prawdziwie dochodowy biznes. Antykwariat Po wygranym przetargu w Poznaniu na lokal na ul. Matejki 53, w marcu 2002 otworzył antykwariat, który nazwał „Rosa” – od swojego nazwiska. Część książek z domu przekazał do antykwariatu. Ale penetrując to, co przynosili klienci, szybko uzupełnił wolne miejsca na półkach. Szczerze wyznaje, że tak naprawdę antykwariat założył dla siebie, kierowany pasją uzupełniania zbiorów. – Praca spełniała moje najśmielsze czytelnicze marzenia, przybywały wspaniałe książki, poznawałem znakomitych ludzi, poszerzałem zakres swoich zainteresowań …
Wyświetlono 25% materiału - 1085 słów. Całość materiału zawiera 4343 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
1. Dostęp czasowy 15 minut
Szybkie płatności przez internet
Aby otrzymać dostęp kliknij w przycisk poniżej i wykup produkt dostępu czasowego dla Twojego konta (możesz się zalogować lub zarejestrować).
Koszt 9 zł netto. Dostęp czasowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail. Czas dostępu będzie odliczany od momentu wejścia na stronę płatnego artykułu. Dostęp czasowy wymaga konta w serwisie i logowania.
2. Dostęp terminowy
Szybkie płatności przez internet
Dostęp terminowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail. Dostęp terminowy wymaga konta w serwisie i logowania.
3. Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeśli jesteś już prenumeratorem dwutygodnika Biblioteka Analiz lub masz wykupiony dostęp terminowy.
Zaloguj się