Wtorek, 9 grudnia 2025
Nie ma najmniejszych wątpliwości, że Donald Trump jest jedną z dominujących postaci naszych czasów. Za pięć, 10 czy nawet 25 lat nie sposób będzie mówić o minionej dekadzie bez wspomnienia o dwukrotnym prezydencie Stanów Zjednoczonych, a przecież obecnie znajdujemy się dopiero na początku drugiej kadencji polityka Republikanów i przed nami jeszcze wiele głośnych wydarzeń z jego udziałem. Nikt chyba nie ma złudzeń, że będzie inaczej. Każda dyskusja o Donaldzie Trumpie nie może się zaś odbyć bez wspomnienia o jego powiązaniach ze światem mediów. Można swobodnie zaryzykować tezę, że gdyby nie media, to Trump nigdy nie zostałby prezydentem. I vice versa – gdyby nie Trump, współczesne media miałyby zdecydowanie mniej tematów do poruszenia. Te dwa twory są ze sobą powiązane już od dekad, ale w dobie globalnej sieci i mediów społecznościowych częstotliwość nowych informacji o 79-latku osiągnęła wcześniej niespotykany poziom. W czym duża zasługa samego prezydenta, bo jest on równie zaangażowanym widzem telewizji, co niezwykle płodnym twórcą treści społecznościowych (kiedyś na Twitterze, obecnie zaś głównie na własnej platformie Truth Social). W dyskusji o książkach często zapominamy, że one też należą do szerokiego świata mediów, choć operują na nieco innych częstotliwościach niż te, które rządzą naszą codziennością. Między nimi a resztą medialnego świata istnieje jednak sprzężenie zwrotne i Donald Trump zdaje się to doskonale rozumieć. W pewnym sensie docenia on książki bardziej niż jakikolwiek inny współczesny polityk. Któż z nich może przecież powiedzieć o sobie, że jest autorem bądź autorką 21 (!) książek? Oczywiście, rzeczywisty wkład Trumpa w powstanie tych pozycji (dziewięć spośród nich wydano również po polsku) jest co najmniej wątpliwy, ale prezydent USA bynajmniej nie jest jedynym celebrytą sięgającym po pomoc przy „pisaniu” książki. I choć nie wiemy, jak często to robił, ani nie mamy pewności co do tożsamości ghostwritera każdej z pozycji podpisanych nazwiskiem Donalda J. Trumpa, jedno nie ulega wątpliwości: gdyby Trump uważał książki za coś bezwartościowego i całkowicie pozbawionego prestiżu, nie przedstawiałby się światu przez niemal 40 lat (od 1987 do 2024 roku) jako autor bądź współautor kolejnych tytułów. Jaki jest jednak Donald Trump w książkach o Donaldzie Trumpie? Czy da się z nich wyczytać – choćby między wierszami – prawdę o drugim z synów Freda i Mary Ann Trumpów? A może człowiek znany z lawirowania między kłamstwami, półprawdami i nadinterpretacjami (w trakcie pierwszej kadencji „The Washington Post” doliczył się z 30 573 fałszywych bądź wprowadzających w błąd stwierdzeń prezydenta USA) nie odkrywa się z prawdziwym „ja” nawet w tak przyjaznych dla siebie warunkach? I czy wobec tego ratunkiem mogą się okazać książki o Donaldzie Trumpie, których też bynajmniej nie brakuje na rynku? Zdecydowałem się to sprawdzić. Donald Trump nie kłamie, czyli jak świat pokochał hiperbolizację prawdy Zdecydowana większość książek dotyczących Donalda Trumpa należy do segmentu non-fiction, i trudno się temu dziwić. Zwykło się jednak mówić, że literatura piękna pod wieloma względami wyprzedza rzeczywistość, bo dostrzega głębsze trendy, zanim stają się one oczywiste dla większości ludzi. W przypadku Donalda Trumpa ta zasada jednak nie działa, literatura wykazuje się dużym niezrozumieniem fenomenu tego człowieka i reaguje na niego w sposób równie zautomatyzowany jak media głównego nurtu. Owszem, Donald Trump często okazuje się workiem treningowym dla satyry, ale wyśmianie go jest proste. Zrozumienie okazuje się znacznie trudniejsze. Jedna z najbardziej popularnych opinii na temat Donalda Trumpa głosi, że jest to człowiek niesamowicie nieprzewidywalny – gotów w ciągu kilku dni, ba, kilku godzin zmienić zdanie o 180 stopni. Do pewnego stopnia ten sam wniosek wysnuwają osoby piszące o prezydencie USA, lecz głębsza analiza nieco zamazuje ten obraz. Po pierwsze dlatego, że jużsam fakt bycia zawsze nieprzewidywalnym jest... dosyć przewidywalny. Po drugie, lektura tekstów o Trumpie na przestrzeni lat pokazuje, że wbrew pozorom od ponad 40 lat prezentuje on dosyć stały punkt widzenia na wiele kluczowych kwestii i wcale nie zmienia swoich poglądów tak często, jak mogłoby się wydawać. Po trzecie zaś, prezydentura 79-latka zdaniem części ekspertów jest wynikiem szerszych przemian zachodzących w USA i odpowiedzią na nie. Tak twierdzi również Łukasz Gadzała, autor książki „Zagubiony hegemon. Zmarnowana szansa Ameryki i rewolucja Trumpa” wydanej 30 maja tego roku przez Prześwity. – Ta książka jest w jakiejś tylko mierze o Trumpie. Ona jest o Ameryce ostatnich 35 lat z Trumpem jako punktem kulminacyjnym. Pokazuje raczej, w jaki sposób Ameryka do niego dochodziła, jakie błędy popełniała po drodze, jak ta cała polityka USA po 1989 roku logicznie doprowadziła do rewolucji Trumpa. Natomiast jeżeli chodzi o samego Trumpa, to należy powiedzieć, że jego instynkty w wielu kwestiach są słuszne. Właściwie rozpoznał niektóre problemy Ameryki, ale w ostatecznym rozrachunku nie ma na nie dobrej recepty. Do Trumpa, jak do mało kogo, pasuje określenie „populista”. W rozumieniu osoby, która wyraża na głos nastroje społeczne i pewne przekonania, które gdzieś głęboko siedzą w ludziach – podkreśla Gadzała. Również z tego powodu warto pochylić się nad pierwszą książką opatrzoną nazwiskiem Donalda Trumpa, wydaną w USA w 1987 roku. Wcześniej wspomniałem, że amerykański miliarder widnieje w annałach historii jako autor lub współautor ponad 20 pozycji, w rzeczywistości żadna z nich nie liczy się tak jak „The Art of the Deal, czyli sztuka robienia interesów”. To właśnie ten bestseller stał się jedną z najważniejszych książek końcówki lat osiemdziesiątych i uczynił z Donalda Trumpa symbol genialnego biznesmena i showmana. To jeden z dwóch fundamentów (zaraz obok programu „The Apprentice”), na których urodzony w Queens nowojorczyk zbudował swój do dziś niemal niezmieniony wizerunek. Wielu ideologicznych przeciwników prezydenta USA lekceważy ten fakt, podobnie zresztą jak wszystkie symbole popularności Donalda Trumpa. Wskazują oni na promocyjny charakter „The Art of the Deal”, a także na liczne nieścisłości, półprawdy i kłamstwa obecne w książce, które stanowią dla nich ostateczny dowód na to, że książki Trumpa nie warto czytać. Tymczasem sam bohater na jej łamach podkreśla z całą mocą, że właśnie ta autoreklama jest środkiem do osiągnięcia wyznaczonych sobie celów. I to również dzięki niej Trump parł tak zażarcie – i skutecznie – do prezydentury. To, co z nią zrobi później, nie miało w 2016 roku aż tak wielkiego znaczenia, o czym więcej później, ale cel udało się zrealizować. Jedno trzeba podkreślić z całą mocą – Donald Trump w „The Art of the Deal” mówi całkiem otwarcie i szczerze na temat tego, jaki jest naprawdę. Nie oszukuje nikogo, gdy w nieco zawoalowany sposób opowiada o tym, że oszukuje wszystkich. Książka, napisana w rzeczywistości przez dziennikarza Tony’ego Schwartza, zasłynęła użyciem hasła „hiperbolizacja prawdy”, co do dzisiaj jest jedną z najsłynniejszych broni w arsenale prezydenta USA. „Odrobina przesady nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Ludzie chcą wierzyć, że coś jest największe, najwspanialsze i najbardziej spektakularne” – mówi w swojej pierwszej książce Trump i trudno oprzeć się wrażeniu, że to trafne podsumowane sytuacji. Tym bardziej że on sam ma świadomość, że nawet w tworzeniu tej iluzji nie warto przesadzać, bo nieco dalej dodaje: „Nie można oszukiwać ludzi, a już nie można tego robić na dłuższą metę. (…) Jeśli nie będziesz realizował tego, do czego się zobowiązałeś, ludzie prędzej czy później się połapią”. Dla wielu zwolenników odbywającego właśnie swoją drugą kadencję prezydenta jest całkiem jasne, że Trump to showman i mistrz blagi. Bynajmniej nie przeszkadza im jednak, że tu i ówdzie da się przyłapać na kłamstwie, skoro przedstawiona przez niego obietnica jest tak kusząca, a druga strona niezmiennie podchodzi do tematu z lekceważeniem. Nawet historia kryjąca się za wydaniem „Sztuki robienia interesów” w Polsce stanowi tego dobre potwierdzenie. Ten bestseller trafił na nasz rynek 30 lat po swojej premierze i to z ramienia Fijorr Publishing, czyli bynajmniej nie rynkowego giganta. W dołączonym do polskiego wydania wstępie Jan M. Fijorr (zauroczony i zachwycony wszystkim, co robi prezydent USA) nie ukrywa, że choć o Trumpie robiło się coraz głośniej, to dopiero po wygraniu przez niego wyborów konkurencja zainteresowała się wydaniem „The Art of the Deal”, a nawet ta rywalizacja nie była zbyt zażarta. Wcale nie dziwi mnie taki obrót spraw, a jednocześnie też ani trochę nie cieszy. Bo czy w takiej sytuacji nie byłoby lepiej, gdyby „The Art of the Deal” wydali ludzie mający nieco więcej chęci do wyłapywania w tekście tak dawno obalonych kłamstw, jak np. rzekomo szwedzkie pochodzenie dziadka Donalda Trumpa? Rodzinne imperium zbudowane na pysze i celofanie Obraz Donalda Trumpa przebijający przez kolejne strony „Sztuki robienia interesów” jest idealną mieszanką człowieka przekonanego o swojej niezwykłości, ale też bynajmniej nie kryjącego się ze swoimi słabościami. Rzecz w tym, że te słabości tak naprawdę zostają przedstawione jako …
Wyświetlono 25% materiału - 1280 słów. Całość materiału zawiera 5122 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
1. Dostęp czasowy 15 minut
Szybkie płatności przez internet
Aby otrzymać dostęp kliknij w przycisk poniżej i wykup produkt dostępu czasowego dla Twojego konta (możesz się zalogować lub zarejestrować).
2. Dostęp terminowy
Szybkie płatności przez internet
3. Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeśli jesteś już prenumeratorem dwutygodnika Biblioteka Analiz lub masz wykupiony dostęp terminowy.













