Wtorek, 17 marca 2026
Rozmowa z WOJCIECHEM SIUDMAKIEM
Wiele osób z mojego pokolenia po raz pierwszy zetknęło się z pana twórczością za sprawą okładek książek z cyklu „Kroniki Diuny” oraz zbiorów opowiadań Franka Herberta i Philipa K. Dicka... A ile ma pan lat? 33. Czyli wszystko przed panem. Moja przygoda zaczęła się po pięćdziesiątce. Wtedy zrozumiałem, czym jest prawdziwa dojrzałość, choć niektórym może się wydawać, że to za późno. Nie mają racji. A gdy byłem w pana wieku, uśmiechnął się do mnie los. W 1975 roku zrobiłem pierwszy z trzech obrazów, które posłużyły jako oficjalne plakaty kolejnych festiwali w Cannes. Nawet sobie wtedy nie zdawałem sprawy, jaki to przełomowy moment. Niejako zmieniłem bieg rzeczy, który kierował dotychczas moim życiem. Te moje obrazy „wytrąciły” poprzednią modę na plakaty. Zresztą plakat jako taki we Francji w zasadzie nie istniał. W tamtym roku cała słynna Promenade de la Croisette została obwieszona surrealistycznymi obrazami. To poszło na cały świat i nagle okazało się, że kogo nie spotkałem, ten miał u siebie mój obraz w formie plakatu. Tam też poznałem Felliniego, choć nie rozumiałem jeszcze w pełni wagi tych wydarzeń. Zrozumienie pewnych rzeczy nadchodzi z czasem. Dziś niejeden z nas chciałby móc powiedzieć, że spotkał Federica Felliniego... Potem napisał na mój temat, że trafił mi się talent „niemalże niewiarygodny, zdolniejszy i bardziej nieskończony niż ten, który tworzy, wyraża i prowadzi nasze najbogatsze marzenia”. To może brzmi jak szaleństwo, ale nim nie jest. On był Włochem, tak samo jak Leonardo da Vinci, Michał Anioł, a oni jako pierwsi poruszyli temat „palca Bożego”. Był w nich duch artysty, który jest czymś więcej niż tylko rzemieślnikiem. Da Vinci pokazał, że niektórych rzeczy nie da się zrobić po prostu rzemieślniczo. Sam studiował pod okiem rzeźbiarza i malarza Andrei del Verrocchio – typowo renesansowego artysty, który wszystko umiał. Leonardo działał jako jego pomocnik od malowania głów, inni byli od pejzaży czy innych elementów. Wszystko po to, by pracować szybciej. Dzisiaj nam tego brakuje. Chciałbym, aby obraz „Ostatnia wieczerza” pomógł mi namalować w dużym formacie. Bo ja sam będę go malował pół roku, a przy pomocy asystentów zajęłoby to dwa miesiące. Ale dziś już taka opcja nie wchodzi w grę. Taki podział obowiązków byłby w ogóle możliwy we współczesnym świecie wypełnionym przez indywidualizm? I główny artysta, i jego pomocnicy musieliby umieć się pogodzić ze świadomością, że to nie jest do końca „ich” dzieło. Przez całą historię sztuki artysta miał asystentów. Nie umniejszało to w ogóle jego talentowi, bo mógł dzięki temu zrobić więcej. Słusznie pan zauważył, że dziś jest to niemożliwe przez skupienie na indywidualizmie. Do czego to prowadzi? Moim zdaniem do powolnego zasuszania inwencji artystycznej. Bo co jeden człowiek jest w stanie zrobić? Wszystkie klasyczne rzeźby powstały przy pomocy asystentów. Da Vinci, Michał Anioł, Bernini – wszyscy robili swoje dzieła z pomocą asystentów i pantografu. Właściwy artysta tylko wykańczał dzieło, ale dlaczego w zasadzie miałby walić młotkiem w ten marmur? To mógł zrobić rzemieślnik, który odmierzał pantografem gotowy projekt. Ten indywidualizm prowadzi do takich idiotyzmów, jakie obserwowałem w akademii. Pamiętam dziewczynę, która od pierwszego do ostatniego roku rzeźbiła pracę dyplomową, waliła w granit i czego się nauczyła? Co chciała przekazać? Wszystko to kończy się artystyczną nędzą. Moglibyśmy jeszcze długo rozmawiać na ten temat, ale pozwoli pan jednak, że wrócę do swojego pierwotnego pytania. Jak pan reaguje na fakt, że dla wielu osób pierwszy kontakt z pańską twórczością prowadzi przez książki? Widzę to jako swój przywilej i obowiązek zarazem. Wytłumaczę to słowami Antoine’a de Saint-Exupéry’ego, który powiedział, że jesteś odpowiedzialny za tego, kogo oswoiłeś. A jak w ogóle doszło w pana przypadku do skrętu w tym kierunku? Początkowo chodziłem ze swoimi obrazami po galeriach, ale one tam we Francji nikogo nie interesowały. Paryż był wtedy w niesamowitym ruchu. Kończyła się abstrakcja, zaczynał się nowy realizm, a potem hiperrealizm. Czuć było ten artystyczny ferment. Musiałem znaleźć na siebie pomysł. Przyjechałem tu bez żadnego profilu artystycznego. Gdybym został w Polsce, dostałbym ocenę, zapisałbym się do Związku Polskich Artystów Plastyków, wystawiałbym swoje rzeczy – i co dalej? Nikt by nie podważał przyjętego przeze mnie kierunku, bo grupa była zawsze za tym, żeby nie podważać. W poszukiwaniu własnego miejsca wróciłem do normalnego rysowania. Poświęciłem na to 10 lat. Co ważne, „normalnego”, ale jeszcze nieudolnego. Zacząłem robić małe rysunki satyryczne do przepisów kuchennych. Wbrew pozorom to było cenne, bo musiałem rysować ze słownikiem pod pachą, co pomogło mi w nauce języka. Potem tworzyłem ilustracje do bardziej poważnych pism i powolutku nawiązałem kontakty w kręgu francuskich intelektualistów zainteresowanych fantastyką, filozofią i science fiction. Wspomniał pan o ilustracjach, ale z naszej pierwszej rozmowy telefonicznej wiem, że nie jest pan fanem tego określenia. Tak, zwykle mówię o rysunkach, bo od początku czułem wstręt do ilustrowania książek. Trzeba uszanować tekst, który przeważnie jest misternie zrobiony. Ja mam dopowiadać za autora? Dajmy czytelnikowi odkrywać samemu te fantastyczne światy. Co w takim razie było dalej? Zacząłem współpracować z wydawnictwami. Początkowo z małymi, ale bardzo prestiżowymi, które przedrukowywały Philipa K. Dicka, Franka Herberta, Roberta A. Heinleina i tak dalej. Z czasem zaczęli do nich dochodzić coraz więksi wydawcy. Stopniowo poszerzałem też grono znajomych, wśród których najbardziej reaktywni byli ci związani z komiksem. Lubimy sobie wyobrażać, że inspiracja przychodzi na człowieka niczym grom z jasnego nieba. Czy pan na tej drodze do swojej właściwej twórczości miał taki moment, w którym mógłby wykrzyknąć: „Eureka!”? A może to był raczej powolny, rozłożony na lata proces? Jestem w stanie wskazać taki jeden przełomowy moment, ale bardziej kronikarski niż artystyczny. Punktem zwrotnym okazał się ten obraz, który zrobiłem jako plakat do festiwalu w Cannes. Te moje powolne poszukiwania nie przeszły niezauważone. Po drodze były jeszcze rysunki do piosenek Juliena Clerca, które robiłem dla młodzieżowego „Hit Magazine”. Dostałem wtedy dużą wolność twórczą i to były moje pierwsze surrealistyczne, kolorowe prace. Środowisko dostrzegło, że moja artystyczna osobowość się krystalizuje, dlatego dostałem taką propozycję. Ale prawdziwe uznanie pojawiło się dopiero za sprawą festiwalu. W pewnym momencie Ada i Yves Remy umieścili mnie nawet jako bohatera książkowego, który nazywał się Cygne Siudmak, co oznacza po francusku „łabędź”. Na tym etapie miał pan po raz pierwszy styczność z amerykańskimi gigantami literatury science fiction, takimi jak wspomniani Philip K. Dick czy Frank Herbert. Czy …
Wyświetlono 25% materiału - 1012 słów. Całość materiału zawiera 4049 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
1. Dostęp czasowy 15 minut
Szybkie płatności przez internet
Aby otrzymać dostęp kliknij w przycisk poniżej i wykup produkt dostępu czasowego dla Twojego konta (możesz się zalogować lub zarejestrować).
Koszt 9 zł netto. Dostęp czasowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail. Czas dostępu będzie odliczany od momentu wejścia na stronę płatnego artykułu. Dostęp czasowy wymaga konta w serwisie i logowania.
2. Dostęp terminowy
Szybkie płatności przez internet
Dostęp terminowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail. Dostęp terminowy wymaga konta w serwisie i logowania.
3. Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeśli jesteś już prenumeratorem dwutygodnika Biblioteka Analiz lub masz wykupiony dostęp terminowy.
Zaloguj się