Sobota, 8 lutego 2025
Rozmowa ze STANISŁAWEM BREJDYGANTEM

Jest pan aktorem teatralnym, filmowym, telewizyjnym, radiowym i dubbingowym, także reżyserem teatralnym i filmowym. I pisarzem: prozaikiem, scenarzystą, dramaturgiem, a spotykamy się z okazji wydania pańskiej najnowszej książki zatytułowanej „Rodowód”. Zanim jednak porozmawiamy na temat tej najnowszej pozycji, powróćmy do pańskiego debiutu książkowego. Miał on miejsce w roku 1967, kiedy wydawnictwo Pax wypuściło na rynek pańską powieść, a raczej długie opowiadanie, bo całość nie przekraczała 90 stron, pt. „Testament”. Paradoksalnie, rozpoczął pan karierę pisarza od tytułu oznaczającego przecież koniec, a nie początek? Taki tytuł wydał mi się odpowiedni, biorąc pod uwagę fabułę z wątkiem sensacyjnym, której punkt wyjścia stanowił list wysłany przez umierającego aktora-weterana do dziennikarza, zawierający tajemnicę nawiązującą do zbrodni hitlerowskich podczas II wojny światowej. „Testament” opublikowano się w serii „Biblioteczka Ziem Zachodnich”, pod szyldem której ukazywały się suspensowe książeczki podtrzymujące atmosferę zagrożenia ze strony Niemiec Zachodnich. A sam Pax nie był wcale złym wydawnictwem, wbrew temu, co wypisywano o jego założycielu Bolesławie Piaseckim, któremu gen. Iwan Sierow dał wybór: współpraca albo kula. W Paxie ukazywały się książki niemogące liczyć na edycje w innych wydawnictwach. Był znakomity dział religijny z „Jezusem z Nazarethu” Romana Brandstaettera i powieściami Jana Dobraczyńskiego na czele oraz dział historyczny, w którym wydawano wspomnienia przedwojennych mężów stanu, na przykład Nevile’a Hendersona, ambasadora Wielkiej Brytanii w Berlinie w latach 1937–1939. Wydawnictwo Pax okazało się błogosławieństwem na mocno wybiórczym rynku książkowym w PRL-u. Kolejna pańska książka to zbiór opowiadań „Być Bogiem”, wydany przez Czytelnik w roku 1981. Potem była przerwa przez dziesięć lat, aż do „Stypy”? Tom „Być Bogiem” zawierał opowiadania psychologiczne o różnych aspektach ludzkiej egzystencji, stawiające trudne pytania dotyczące postaw moralnych, ludzkiej natury, władzy. To była dla mnie ważna książka. Przypomnę pewne zdarzenie. Współpracowałem wówczas z zespołem filmowym „Pryzmat”, którego szefem był Aleksander Ścibor-Rylski, a kierownikiem – Tadeusz Konwicki. Bardzo ceniłem sobie dość częste wówczas spotkania z nim i rozmowy. Otóż gdy zacząłem pisać opowiadanie, które dało tytuł całości, postanowiłem pierwsze trzydzieści stron dać do przeczytania Konwickiemu. Bo nie wiedziałem do końca, w co brnę, i uważałem, że może to nie ma sensu. Z lękiem czekałem na jego opinię. Oddając mi tekst, powiedział, cytuję dokładnie: „Proszę pana, to jest maniakalne i wielkie. Proszę pisać dalej”. Z kolei „Stypa” ukazała się dziesięć lat później, edytowana przez efemeryczną oficynę o nazwie Gamma. Fabuła tego utworu nawiązywała do „Wesela” Wyspiańskiego, a osadziłem ją w „Smakoszu”, restauracji znajdującej się naprzeciwko Teatru Polskiego w Poznaniu, gdzie chodziliśmy zawsze po zakończonym spektaklu. Potem oczywiście szliśmy jeszcze dalej, do innych lokali, ale zaczynało się właśnie od „Smakosza”. I wymyśliłem taką fabułę, że tuż po zakończeniu stanu wojennego, po wypuszczeniu internowanych (jak Izabela Cywińska – której to opowieść o jej powrocie z „interny” zainspirowała mnie), odbywają się po premierze właśnie w tej knajpie dwa przyjęcia. W jednej sali biesiadują dyrekcja i partyjni oficjele, a w drugiej – ci, co dopiero zostali wypuszczeni, i inni, nazywani niebawem „konspirą”. Po pewnym czasie te grupy się mieszają. Taka zgoda narodowa? Nawiązanie do „Wesela”, gdzie bratają się panowie krakowscy z bronowickimi chłopami i w pewnej chwili padają groźne słowa: „Myśmy wszystko zapomnieli / Mego dziadka piłą rżnęli” – i tak dalej. Bo przecież obie strony, a piszę o tym w „Rodowodzie”, szybko po sobie posprzątały. Włościanie umyli ręce z krwi i poszli na mszę do kościoła, a szlachcice pozamykali kościotrupy w szafach i udawali, że nic się nie stało, bo przecież musieli na co dzień żyć z tymi samymi chłopami, i odwrotnie. I obie strony spotkały się na weselu w Bronowicach, aż przytrafił się wśród gości taki Stanisław Wyspiański, który zerwał zasłonę skrywającą poucinane głowy i wydobył z szaf te kościotrupy. „Stypa” to był dobry utwór, chyba zręcznie napisany, ale nie zdobył szerszego …
Wyświetlono 25% materiału - 593 słów. Całość materiału zawiera 2372 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
1. Dostęp czasowy 15 minut
Szybkie płatności przez internet
Aby otrzymać dostęp kliknij w przycisk poniżej i wykup produkt dostępu czasowego dla Twojego konta (możesz się zalogować lub zarejestrować).
2. Dostęp terminowy
Szybkie płatności przez internet
3. Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeśli jesteś już prenumeratorem dwutygodnika Biblioteka Analiz lub masz wykupiony dostęp terminowy.










