Poniedziałek, 13 października 2025
Rozmowa z JUSTYNĄ ŻEBROWSKĄ i PATRYCJĄ BUKOWSKĄ, współzałożycielkami Stowarzyszenia Forum Redaktorów i Korektorów
Stowarzyszenie działa od niedawna, od grudnia 2024 roku. Jaka była jego geneza? Patrycja Bukowska: Można powiedzieć, że zmierzaliśmy w tym kierunku wielotorowo. Zanim formalnie powołano Stowarzyszenie Forum Redaktorów i Korektorów, przez lata w różnych kręgach dojrzewała myśl, że naszej branży brakuje reprezentacji. Brakuje przestrzeni, w której redaktorzy i korektorzy mogliby spotykać się nie tylko przy okazji zleceń, lecz także po to, by rozmawiać o warunkach pracy, dzielić się wiedzą, wspierać się w wyzwaniach zawodowych. Gdy zarejestrowałam działalność w 2006 roku, szukałam organizacji branżowej, w której znalazłabym wsparcie jako początkująca redaktorka i korektorka. Nie miałam za sobą studiów polonistycznych ani edytorskich, więc nie do końca wiedziałam, jak się w tym zawodzie odnaleźć. Chciałam mieć kontakt z osobami z branży i poznać odpowiedzi na moje pytania. Niestety nie było na rynku żadnej organizacji zrzeszającej korektorów. To właśnie wtedy narodził się pomysł stworzenia miejsca, w którym moglibyśmy się wzajemnie wspierać. Ale było to dopiero mgliste marzenie bez realnych kształtów. Pod koniec 2018 roku Wojciech Górnaś z grupą znajomych redaktorów postanowili założyć stowarzyszenie. Podjęli pierwsze kroki, ale niestety pandemia przerwała te działania. Justyna Żebrowska: Prace były wtedy mocno zaawansowane – był przygotowany statut, wysłano już nawet dokumenty do KRS-u. Ale w tamtym okresie nie było możliwości składania wniosków online, a sąd dopatrzył się uchybień i dokumenty odesłał. Po trzeciej chyba rundzie nikt nie miał już siły, aby to dalej ciągnąć. Kto był w to zaangażowany? JŻ: Kilka osób. Poza wspomnianym Wojtkiem Górnasiem były to między innymi Anna Mirkowska i Grażyna Rompel. Wojtek włączył się później w nasze działania. Czyli temat podjęła inna grupa? PB: Tak, zupełnie inna grupa. Ale bazująca na poprzedniej inicjatywie? JŻ: O tyle bazująca, że nie popełniliśmy ich błędów. Mogliśmy skorzystać z ich doświadczeń, co było cenną lekcją. Natomiast statut przygotowywaliśmy od podstaw, wymyśliliśmy też inną nazwę. PB: To było zupełnie niezależne działanie. Jaki był impuls do tego, aby redaktorzy i korektorzy zjednoczyli się w ramach organizacji? Do czego jest wam potrzebna taka formalna inicjatywa? JŻ: Zauważono, że nie ma organizacji, która zrzeszałaby ludzi naszego zawodu, mimo że redaktorów i korektorów jest sporo, ale często są poukrywani, nie afiszują się ze swoją pracą. Podobnie zatem jak w przypadku Patrycji, we mnie też pączkowała myśl o zaangażowaniu się w stworzenie organizacji branżowej. Kilkakrotnie mówiłam przy różnych spotkaniach, że zazdroszczę tłumaczom zrzeszonym w Stowarzyszeniu Tłumaczy Literatury, a wielu z nich znam i mam z nimi kontakt. Uważałam za wspaniałe to, że oni umieli się tak zrzeszyć. Traf chciał, że jedna z tłumaczek, Dorota Stroińska, powtórzyła to Monice Tańskiej na poznańskich targach książki w 2024 roku. PB: Monika też już od jakiegoś czasu nosiła się z tym, żeby założyć stowarzyszenie. Kilka lat wcześniej założyła firmę i była zdziwiona tym, że redaktorzy i korektorzy nie mają żadnej organizacji branżowej. Stwierdziła – tak samo jak każda z nas – że to nie do pomyślenia, aby nasza grupa zawodowa, obecna w Polsce od wielu, wielu lat, nie miała swojej reprezentacji. JŻ: Gdy Monika się dowiedziała, że jakaś redaktorka mówi o stowarzyszeniu, natychmiast podchwyciła temat i skontaktowała się ze mną przez LinkedIna. Ogłosiłyśmy naszą wspólną inicjatywę i wtedy usłyszała o niej Patrycja, która niezależnie prowadziła już zakulisowe rozmowy o powołaniu stowarzyszenia. PB: Tak. Niezmiernie się ucieszyłam, gdy usłyszałam o tym, że Justyna z Moniką badają rynek i też myślą o stowarzyszeniu. Rok wcześniej na targach książki w Madrycie miałam okazję rozmawiać z przedstawicielami hiszpańskiego stowarzyszenia korektorów. To spotkanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto wrócić do pomysłu sprzed lat. Zaczęłam więc rozmawiać ze znajomymi redaktorkami o stworzeniu podobnej inicjatywy w Polsce, m.in. z Grażyną Rompel, która była w poprzedniej grupie założycielskiej. Powoli się do tego przygotowywałam. I tak nasze drogi się zeszły. Po raz pierwszy spotkałyśmy się z Justyną i Moniką 18 maja 2024 roku. Decyzja była jednogłośna: działamy razem. Do tego grona dołączyli wkrótce: Karolina Klinowska, Katarzyna Juszyńska, Małgorzata Stasiuk, Mirosława Grabowska i Wojciech Górnaś. Od kiedy wasze stowarzyszenie funkcjonuje formalnie? JŻ: Sąd zarejestrował nasze stowarzyszenie 3 grudnia 2024 roku, a poprzedziły to ponad półroczne intensywne rozmowy i wytężona praca. Mieszkamy w różnych miejscach, a musieliśmy omówić i uzgodnić kwestie statutu, nazwy, logotypu itd. PB: Nie przypuszczaliśmy, że wszystko potoczy się tak błyskawicznie. Zebranie założycielskie odbyło się 30 listopada. Podjęliśmy wtedy pierwszą uchwałę o powołaniu stowarzyszenia. Gdzie jest zarejestrowany FoRiK? JŻ: W Warszawie. A kto wymyślił nazwę? PB: Nazwa rodziła się w bólach. A słowo „Forum” zaproponowała Karolina Klinowska. Ile jest osób w zarządzie? PB: Trzy. Justyna Żebrowska, Monika Tańska i ja. Kto jest prezeską? JŻ: Mówiąca te słowa. A ilu było założycieli? JŻ: Ośmioro. Jak liczne jest obecnie stowarzyszenie? PB: Mamy siedemdziesięcioro członkiń i członków. W jaki sposób można przyłączyć się do FORiK-u? Czy wystarczy, że kandydat odbędzie krótkie kursy redaktorskie, i już może uznać się za redaktora, zostać przyjęty jako redaktor do organizacji? PB: Mamy komisję kwalifikacyjną. JŻ: Przewodniczącą komisji jest Karolina Klinowska. To ona ma kontakt z osobami, które przysyłają deklaracje. Sprawdza, czy wszystkie formalności są dopełnione, i koresponduje z kandydatami. Opiniuje? JŻ: Też, ale to zarząd podejmuje decyzje na podstawie jej rekomendacji i na podstawie treści deklaracji. W FoRiK-u można być członkiem zwyczajnym albo członkiem kandydatem. Czy kandydat dostaje jakieś zadanie, powiedzmy tekst do zredagowania? PB: Nie ma takich zadań. Choć muszę przyznać, że długo o tym dyskutowaliśmy. JŻ: Uznaliśmy ostatecznie, że szanujemy się, mamy do siebie zaufanie. Jeżeli ktoś rzeczywiście chce być członkiem stowarzyszenia, to zakładamy, że ma już pewien dorobek. Rozmawiałyśmy o tym długo z Rafałem Lisowskim, prezesem STL-u, i z innymi tłumaczami – oni też nie weryfikują dorobku kandydatów. Trzeba po prostu wykazać się publikacjami, które są ogólnie dostępne i które można sprawdzić. Jeżeli zatem kandydat na członka zwyczajnego mówi, że ma doświadczenie w redagowaniu określonej liczby książek, to my po prostu bierzemy to za dobrą monetę. PB: Trzeba też pamiętać, że zrzeszamy zarówno redaktorów, jak i korektorów, a dla każdej z tych grup obowiązują trochę inne kryteria. Poza tym oba te zawody już od dość dawna wykraczają poza pracę z książkami, bo obejmują świat mediów społecznościowych, właściwie cały świat internetu, portale, czasopisma, publikacje specjalistyczne, klientów korporacyjnych… JŻ: To w ogóle było wspaniałe, gdy okazało się, że każdy z ośmiorga członków założycieli reprezentuje trochę inną działkę w tej branży. A to wszystko łączy się w spójną całość. Uznaliśmy, że to jest niezwykły traf, że na przykład ja wnoszę swoje doświadczenie stricte wydawnicze, książkowe, a Patrycja i Monika dzielą się swoimi doświadczeniami jako przedsiębiorczynie pracujące m.in. dla klientów korporacyjnych. Bo de facto redaktorami i korektorami są ludzie pracujący z przeróżnymi tekstami. I naszym celem, oczywiście w dłuższej perspektywie, jest zrzeszać nie tylko tych, którzy zajmują się książkami per se, lecz także osoby, którzy rzeczywiście wykonują tę pracę z językiem. To jest nasze kluczowe kryterium. PB: Zgłaszają się do nas też osoby pracujące na pograniczu tych zawodów. To nie tylko redaktorzy i korektorzy, lecz także tłumacze czy copywriterzy, którzy zajmują się dodatkowo poprawianiem tekstów – własnych albo tworzonych w zespole. Zgłaszają się jako członkowie? PB: Tak, jako członkowie. I w tych wypadkach obowiązuje taka sama zasada – muszą udokumentować swoje portfolio. Chcę jeszcze wrócić do pytania o to, w jaki sposób przyjmujemy nowych członków. Mieliśmy dylemat. Redaktor książkowy ma łatwiej – wystarczy, że pokaże poprawione publikacje, bo jego nazwisko zwykle widnieje na stronie redakcyjnej. Ale już w pracy z klientami korporacyjnymi wygląda to inaczej. Sama zajmuję się tekstami poufnymi, o których nie mogę mówić, i nigdzie nie pojawia się moje nazwisko. Właśnie takie współprace były dla nas największym wyzwaniem – jak je zweryfikować. JŻ: Ostatecznie doszliśmy do porozumienia: taki kandydat na członka może przedstawić rekomendacje klientów, swoją stronę internetową albo portfolio publikowane w mediach społecznościowych. W gruncie rzeczy czas zadziałał tu na naszą korzyść. Myślę, że gdybyśmy startowali 10 lat temu, to byłoby nam znacznie trudniej, bo takich narzędzi praktycznie nie było. Z jednej strony żałuję, że nie udało się wcześniej, bo teraz dopiero raczkujemy, a moglibyśmy już być tak prężnym stowarzyszeniem jak STL. Z drugiej –wszystko jeszcze przed nami! PB: Wierzę, że nic nie dzieje się bez powodu – to był po prostu właściwy moment. JŻ: Tak. Działamy od niespełna roku, a wykonaliśmy już kolosalną pracę. Patrycjo, wspomniałaś o pracy dla korporacji. Jakiego rodzaju to jest praca? Jakich publikacji dotyczy? PB: Jest to mnóstwo różnych treści wewnętrznych, np. magazyny, regulaminy. Czytam wiele dokumentów prawnych, finansowych, w tym sprawozdania finansowe. O dziwo, klienci przesyłają też takie mało poczytne dokumenty. Mimo że czytają je potem emisariusze i wąskie grono osób, to dla wielu dużych marek ważna jest dbałość o tekst. Współpracowałam z bankami, towarzystwami ubezpieczeniowymi – co kwartał otrzymywałam te same raporty. Różniły się tylko zawartością tabeli. Tekst był w zasadzie powielony, a jednak zależało im, żeby każda wersja była dopracowana. To jest budujące! JŻ: Do tego dochodzi cała komunikacja firmowa – treści na strony internetowe, wewnętrzne newslettery, publikacje dla pracowników. W korporacjach, które mają setki czy tysiące osób, komunikacja wewnętrzna ma znaczenie i ważne jest też, żeby nie zawierała błędów. Przy czym wiadomo, że firmom bardziej się opłaca zlecić takie prace na zewnątrz, niż trzymać na etacie kogoś, kto będzie to sprawdzał. Szczególnie że taka osoba może nie mieć stosownych kwalifikacji, bo kto do korporacji finansowej przyjmie polonistę…? To znaczy, że się nie nudzicie. Macie pracę? JŻ: O, zdecydowanie tak. Patrycja na pewno nie narzeka na niedobór klientów. PB: To prawda. Od 20 lat pracuję w tym zawodzie i ciągle mam zlecenia. Czyli to ma przyszłość. JŻ: Co ciekawe, nawet większą niż książki. Pamiętam, że w latach dziewięćdziesiątych i jeszcze trochę później rozpaczano, że brakuje redaktorów, że wydawnictwa wypuszczają niedopracowane książki. PWN miał na przykład zwyczaj wykonywania trzech kolejnych redakcji. To była jeszcze metoda z poprzedniej epoki. Później w wydawnictwach stwierdzono, że jedna redakcja wystarczy, ale szybko się okazało, że w tekstach zostaje jednak sporo błędów. I nagle zaczęto mówić o spadku jakości i o tym, że brakuje fachowców. Czy macie poczucie, że w tej chwili jest zapotrzebowanie na redaktorów, że jest dla nich praca? JŻ: Uważam, że ta praca jest, zdecydowanie, tylko że to ma dwa aspekty. Z jednej strony rzeczywiście jest duże zapotrzebowanie. Podejrzewam, że ten spadek, o którym mówicie, był wywołany różnymi czynnikami, między innymi upadkiem komunizmu. Ludzie nie wiedzieli, jak się przebranżowić, jak wejść do tego zawodu. Teraz jest inaczej, natomiast wciąż zauważamy niedobór szkoleń. Nie każdy redaktor czy korektor ma wewnętrzne poczucie, że powinien cały czas pracować nad swoim warsztatem. Uniwersytety wypuszczają absolwentów po specjalizacji edytorskiej, do tego dochodzą jeszcze ludzie, którzy po prostu chcą ten zawód wykonywać. A przecież nie mamy żadnych ograniczeń, nikt nie blokuje dostępu do zawodu. Jeżeli te osoby potrafią to robić świetnie, to czemu miałyby nie pracować jako redaktorzy i korektorzy? Niemniej coraz częściej podejście do tej pracy bywa dosyć powierzchowne – i to jest drugi aspekt. Moim zdaniem młodzi ludzie myślą, że wystarczy przeczytać książkę czy jakikolwiek inny tekst i to załatwia sprawę. To nie jest tak, jak głoszą niektórzy w internecie, że możesz przeczytać ileś tam książek miesięcznie i zarobić ileś …
Wyświetlono 25% materiału - 1778 słów. Całość materiału zawiera 7114 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
1. Dostęp czasowy 15 minut
Szybkie płatności przez internet
Aby otrzymać dostęp kliknij w przycisk poniżej i wykup produkt dostępu czasowego dla Twojego konta (możesz się zalogować lub zarejestrować).
2. Dostęp terminowy
Szybkie płatności przez internet
3. Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeśli jesteś już prenumeratorem dwutygodnika Biblioteka Analiz lub masz wykupiony dostęp terminowy.














