środa, 29 kwietnia 2026

Marek Kaniewski często zastanawia się, dlaczego zebrał tyle książek, przecież nie ma w nim chęci gromadzenia. Przypomina opowiadanie „Biblioteka Babel” Jorge Luisa Borgesa, w którym autor opisał wszechświat jako potężną bibliotekę składającą się z „nieokreślonej i być może nieskończonej liczby sześciobocznych pokojów”. Każdy z nich zawierał „dwadzieścia szaf, po pięć szaf na każdy bok”, które wypełniały „wszystkie boki prócz dwóch”, a każda szafa mieściła „trzydzieści dwie książki znormalizowanego formatu”. Każda książka posiadała „czterysta dziesięć stron; każda strona czterdzieści wierszy, każdy wiersz około osiemdziesięciu liter czarnego koloru”. Księgozbiór Marka Kaniewskiego ma coś z klimatu opowiadania. Zaczęło się niewinnie, dawno temu. Zbierał książki autorów, których czytać i mieć wypadało: Manna, Prousta, Kafkę. Czasami spuścizna wybitnego twórcy, np. Brunona Schulza czy Franza Kafki, jest dość skromna, a o nim samym powstało dzieł o wiele więcej. Był tego ciekaw. Pierwsze fascynacje Urodził się w 1945 roku w Milanówku. Pamięta moment, gdy zorientował się, że potrafi czytać. W pierwszej klasie szkoły podstawowej ujęła go wierszowana rosyjska opowieść o Koniku Garbusku. Podekscytowany pobiegł do matki, krzycząc: „Mamo, przeczytałem »Konika Garbuska«”!, na co mama odpowiedziała spokojnie: „Czytaj dalej”. – Kupowała nam, mnie i młodszej siostrze, klasykę dziecięcą. Ojciec przywoził dużo książek z Warszawy, gdzie pracował. Odkąd pamięta, interesował się sztuką i filmem. W szkole średniej regularnie odwiedzał wystawy w Muzeum Narodowym, gdzie funkcjonowało przedwojenne kino. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, po Październiku, królowała polska szkoła filmowa. Oglądał, czytał. W szkole średniej w Milanówku, mieszczącej się w starej willi, biblioteka znajdowała się tuż przy wejściu. Wypożyczał wszystko Dickensa. Resztę kupował ojciec, dyrektor dużego zakładu farmaceutycznego. Zarządził w nim zorganizowanie biblioteki przyzakładowej i przy okazji jej wyposażania zamawiał książki do domu. Głównie zaopatrywano się w Centrali Obrotu Księgarskiego „Dom Książki”. – Gustowałem w literaturze pięknej. Rodzice kupowali dla mnie „Problemy”, a gdy byłem w szkole średniej, mama zdobyła „Twórczość”. Tak mi się spodobała, że odtąd kupowałem ją regularnie. Czytał artykuły, które pączkowały w jego głowie – do innych nazwisk, spraw, zagadnień. Drążył. Nie interesował go sport, uczył się w klasie humanistycznej, jeszcze z nauką łaciny. Lektury szkolne nie zaspokajały jego ciekawości – szukał poza szkołą, głównie w księgarni. – Pamiętam trylogię Verne’owską: „Dzieci kapitana Granta”, „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi” i „Tajemnicza wyspa”. Zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Później zaczął czytać wiersze. Przypadkiem trafił na jeden z ważniejszych tomów Białoszewskiego „Było i było”. Zagustował. Szukał poetów wielkich – następny był Herbert, a z zagranicznych – Apollinaire, Eliot. Czytając poetów, zachwycał się konstrukcją słowa, wiersza, niezwykłymi zestawieniami słów, z których wynikało coś ciekawego. Na półkach widać ślady fascynacji: wiele tytułów Tadeusza Różewicza. Miłosz był niedostępny, a Szymborska już tak. Jeden z kolegów, Jan Straus (jego biblioteka była opisana w numerze 1/2022 „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI”), mieszkający na sąsiedniej ulicy, spędzał czas w antykwariatach. Marka interesowały księgarnie, gdzie kupował nowości. Książki ich połączyły – uwielbiali czytać. Tak jest do dziś. Kiedy spotyka się z Janem Strausem, rozmawiają tylko o książkach; żaden nie pyta o inne sprawy. Obydwaj są szczęśliwi, że mogą dyskutować o literaturze. Z młodości wspomina lektury Brandysa, Dygata, Nowakowskiego, Andrzejewskiego, Stryjkowskiego, swoje zachwyty nad felietonami Andrzeja Kijowskiego, wieloletniego redaktora „Twórczości”, gdzie publikował słynne „Kroniki Dedala”. – Bardzo go ceniłem, był nieprawdopodobnie inteligentny. Do „Twórczości” dołączyły później miesięczniki „Znak” i „Więź”. Wzór: lekarz Gdy Marek był chory, rodzice wzywali lekarza, który w pięknej willi w Milanówku przyjmował też domowe wizyty. Podczas jednej z nich na Marku wielkie wrażenie zrobił obraz Axentowicza wiszący na ścianie. Lekarz imponował mu obyciem i inteligencją. Zaczęła w nim kiełkować myśl o studiowaniu medycyny. Stwierdził, że książkami można interesować się poza pracą. Dlatego, mimo braku rodzinnych tradycji, zdecydował się na medycynę. – W wakacje jeździliśmy do Jastarni. Pamiętam mokre, zimne lato – ludzie się przeziębiali i wszyscy wzywali naszego lekarza, który też spędzał tam wakacje. Wówczas uznałem, że to jest zawód najlepszy. Dziś śmieję się z tego wniosku. Podróże z Milanówka do Warszawy dawały czas na lektury. W kieszeni zawsze miał książeczkę z serii „Nike”, najczęściej Bułhakowa. Pamięta, że we wtorki ustawiał się w kolejce do Domu Książki. W dostawie było około 15 tytułów. Z szału na literaturę iberoamerykańską dobrze wspomina Julio Cortázara. Na trasie z Akademii Medycznej do Dworca Śródmieście, na rogu Emilii Plater i Alei Jerozolimskich, była nieduża, dziś nieistniejąca księgarnia, do której wchodziło się po schodkach. To zwykle w niej zostawiał dwadzieścia złotych, które miał na obiad. – No bo jak nie kupić, gdy akurat rzucili „Dolę człowieczą” Malraux? Wracałem bez obiadu, ale zadowolony i szczęśliwy. Mogę to dziś nazwać rozbudowaną ciekawością. W życiu nie byłem na meczu piłkarskim – to było mi obojętne, ale zgłębianie Malraux mnie pasjonowało i intrygowało. Wiedziałem, że nie można tej powieści odczytywać dosłownie, trzeba ją przemyśleć. Długo trwało, zanim zdobył drugi stopień specjalizacji endokrynologicznej. Sześć lat studiów, obowiązkowy staż podyplomowy, stypendia doktoranckie. Jego mentorem był profesor Walenty Hartwig – Julia i Edward Hartwig byli jego rodzeństwem. Marek Kaniewski pracował w Centrum Onkologii, specjalizował się w chorobach nowotworowych tarczycy, leczył w LUX MED, dziś pracuje w małej klinice. – To jest odpowiedzialna praca, nie zawsze można było pomóc pacjentom. Umierali. To było deprymujące. Wracałem zmęczony, ale musiałem chociaż stronę przeczytać. Nie sięgał po rzeczy lekkie, odstresowujące. Szczyci się tym, że nie ma w domu ani jednego kryminału – i nie dlatego, że tak założył. Czytał to, co go obchodziło. Nawet stosy zachęcających recenzji nie są w stanie skłonić go do lektury, która go nie interesuje. Zastanawia się, czy praca lekarza, który często towarzyszy śmierci, nie zabiera pewnej radości życia. Wie, że jest obecny w ostatnich spojrzeniach niektórych pacjentów. – To kształtuje świadomość i inaczej się patrzy na otaczający świat. Żona i jej rodzina Pobrali się w 1979 roku i od tego czasu mieszkają w rodzinnym domu żony. Ponieważ książki zbierał od dawna, wprowadził się z pokaźną biblioteką, i to pomimo selekcji, jaką zrobił w kawalerskim księgozbiorze – wyrzucił tzw. młodzieżówkę i tytuły popularnonaukowe, ale płyty i plakaty zabrał. Zostawił sobie kilka pozycji o samotnym zdobywaniu Arktyki, książki Leonida Teligi, te, które opowiadały o postrzeganiu świata przez samotnych bohaterów. Dom rodzinny żony, zbudowany na początku lat sześćdziesiątych, projektowany przez Marię i Kazimierza Piechotków, wygląda na niewielki, ale w przeciągu lat zamieszkiwania przez państwa Kaniewskich zamienił się w kilkupiętrową bibliotekę. Podwaliną był księgozbiór teścia Marka Kaniewskiego, potomka starej warszawskiej rodziny mieszczańskiej. Pierwszy rejestrowany przodek rodziny żony został zidentyfikowany jako kucharz na dworze Stanisława Augusta Poniatowskiego. Pałac w Wilanowie wydaje serię starych polskich książek kucharskich „Monumenta Poloniae Culinaria” (Polskie Zabytki Kulinarne), i to właśnie w tomie 9. jest o nim wzmianka. Okazało się, że szczęśliwie przetrwały rachunki, opisy technologii i ówczesne jadłospisy kuchni Stanisława Augusta, a w nich nazwisko kucharza i jego miesięczne zarobki. – Tę książkę kupiłem, bo mnie obchodzi epoka Stanisława Augusta. Przodek nazywał się Dratz, przez TZ. Dopiero później nazwisko uległo uproszczeniu na Drac. Żona Marka nazywa się Jadwiga Drac-Kaniewska. Marek i Jadwiga poznali się przed laty w klinice. Pani Jadwiga też jest endokrynologiem. Jej biblioteka łączyła się z rodzinnymi zbiorami. – Ja przywiozłem klasyków: Dostojewskiego, Czechowa, nieczytanych już dziś noblistów, jak „Colas Breugnon” Romaina Rollanda. Z książek z młodości Jadwiga Drac-Kaniewska wspomina głównie Sienkiewicza: „W pustyni i w puszczy”, Trylogię, „Krzyżaków” i zgromadzoną przez ojca klasykę. – Zapamiętałam piękne wydanie „Bajek i powiastek” Stanisława Jachowicza z wierszami: „Chory kotek”, „Przestroga”, „Stefek Burczymucha” – bardzo pouczające. Wszystkie tomy twórczości Fredry w starych wydaniach. Poza tym historyczne dzieła z okresu napoleońskiego. Teraz biblioteka ojca, ze starodrukami, jest wydzielona. Biblioteka na dole Białe regały i – na pierwszy rzut oka – porządek. W trakcie ich oglądania okazuje się jednak, że porządek nie wynika z myśli przewodniej, lecz z wielkości tomów: chodzi o to, aby zmieściło się ich jak najwięcej. – Ekonomia i czas odgrywają zasadniczą rolę. Najpierw …
Wyświetlono 25% materiału - 1210 słów. Całość materiału zawiera 4840 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
1. Dostęp czasowy 15 minut
Szybkie płatności przez internet
Aby otrzymać dostęp kliknij w przycisk poniżej i wykup produkt dostępu czasowego dla Twojego konta (możesz się zalogować lub zarejestrować).
2. Dostęp terminowy
Szybkie płatności przez internet
3. Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeśli jesteś już prenumeratorem dwutygodnika Biblioteka Analiz lub masz wykupiony dostęp terminowy.














