środa, 2 września 2020

Małgorzata Musierowicz,
Emilia Kiereś
Na Jowisza! uzupełniam Jeżycjadę
HarperCollins Polska, Warszawa 2020,
s. 342, ISBN 978-83-2814-787-4

Dawno, dawno temu ukazywało się w Polsce czasopismo dla młodzieży „Na Przełaj”. Tematyka była związana z harcerstwem, ale nie tylko. Na początku lat 70. ogłoszono na jego łamach konkurs (czy może raczej ankietę) pod tytułem „Na jaką książkę czekam?” Czy ktokolwiek dałby wiarę, że cała Polska czeka na rodzinną sagę o perypetiach czterech córek filologa klasycznego z Poznania? I że na tym cyklu wychowają się dwa pokolenia?

Od prapoczątków, czyli wydanych ponad 40 lat temu „Kłamczuchy” i „Szóstej klepki”, seria urosła do 23 tomów. Nie ma w tym nic dziwnego, bo heroiny utworu, panny Borejkówny, wyszły za mąż, pojawiły się dzieci i wnuki, a wraz z nimi kolejne przygody.

Od kilku lat autorka nie jest osamotniona w swoich pisarskich zmaganiach. Dorosła bowiem i zdobyła wykształcenie humanistyczne jej córka, Emilia, której imię upamiętnia serdeczną przyjaciółkę autorki i znakomitą poetkę, Emilię Waśniowską. Emilia Kiereś uprawia także własną twórczość literacką i translatorską, a omawiana książka jest pierwszym wspólnym dziełem pisarskim obu pań.

Pomysł tego leksykonu (bo taką formę literacką ma publikacja) rodził się stopniowo, podczas spotkań autorskich, zarówno „na żywo”, jak i poprzez autorską stronę internetową. Powtarzały się pytania o pierwowzory literackie, sytuacje (czy zdarzyły się naprawdę), inspiracje własnymi przeżyciami.

Nie sposób wymienić wszystkich pojawiających się w kolejnych tomach motywów, które są zakorzenione w biografii pisarki i jej rodziny. Posługując się cytatem ze wstępu, powiem, że wszystko, co człowiek tworzy, musi wyrastać z gleby, na której on sam wyrósł. Nie sposób wymienić wszystkich elementów tego podłoża, jak balkony, kamienice, biblioteki, o czym piszę w dalszej części recenzji. Dodam jeszcze, że postać wspaniałego pedagoga, zwanego Dmuchawcem, jest kompilacją fizyka i polonisty, nauczycieli autorki, „Heroje” Kingsleya były także i jej ulubioną książką, a zachwyt leśniczówką „Pustelnia” autorka dzieli ze swoimi bohaterkami. Wreszcie fatum ślubne, które zdarza się prawie w każdym tomie cyklu – wszystko zaczęło się od ślubu państwa M!

Jak przystało na opowieść poniekąd biograficzną, nie brak fotografii rodzinnych, nie tylko Mamy i Brata (znakomitego poety i tłumacza, Stanisława Barańczaka), ale też dziadków, nauczycieli i wielu innych, dla których obie autorki żywią wdzięczne uczucia i pamięć. Cały czas na kartach książki przewijają się ciepłe i serdeczne wspomnienia, choć życie pisarki przypadło na trudne lata. Sam fakt przyjścia na świat w 1945 roku podczas ofensywy wojennej i późniejszy niełatwy czas rozwinęły hart ducha i rodzinną solidarność. To, co uderza czytelnika, to afirmacja etosu pracy i szacunek dla dokonań poprzednich pokoleń, w tym wybitnych Wielkopolan – Edwarda Raczyńskiego, założyciela słynnej biblioteki (to tam pracuje Ignacy Borejko, chyba nas to nie dziwi?), Jana Konstantego Żupańskiego, księgarza, Seweryna hrabiego Mielżyńskiego, wielkiego społecznika, i innych.

Cykl powieściowy Małgorzaty Musierowicz poznałam jako osoba dorosła, pracując w bibliotece. Od razu zachwyciłam się fabułą, narracją i budującym przesłaniem, jakie autorka prezentuje swoim odbiorcom. Śledziłam reakcje czytelników i niecierpliwie czekałam na dalsze tomy, ze smutkiem oraz irytacją czytając głosy krytyki, których autorce nie szczędzono. Zarzucano jej naiwny optymizm, nazywano „współczesnym Makuszyńskim”, krytykowano za brak „prawdziwych”, współczesnych problemów. Ja osobiście, mając do literatury i do książki w ogóle stosunek pozytywistyczny, doceniam prymat dobra i świat wartości, jaki odczytuję z fabuły. Zawsze uważałam tę sagę za lekturę formacyjną i wiem, że wiele osób podziela ten pogląd. Znajduję też w tekście wątki autobiograficzne, które są także „moje”; należą tu częste łacińskie cytaty (u mnie w domu była to domena wuja Stefana, wprawdzie inżyniera, ale miłośnika starożytności), liczne kulinaria (gotowanie jako budowanie wspólnoty) i literackie dojrzewanie w bibliotece, miejscu magicznym.

Nie mogę nie docenić oprawy graficznej książki. Małgorzata Musierowicz, jak pamiętamy, sama ilustruje swoje książki (a także niektóre książki córki), jest bowiem absolwentką uczelni artystycznej. W tej publikacji przypomina niektóre z ilustracji znanych z poprzednich tomów cyklu, ale dodaje też portrety bohaterów, których wizerunki na razie nie były znane, jak portret Gizeli Kalemby. Osobnym smaczkiem są fotografie dzielnicy Jeżyce, wykonane przez Emilię Kiereś; dzięki nim poznajemy poznańską secesję, jej cudowne balkony (każdy inny!), lokalizujemy kamienice Dmuchawca i Noelki. Pisząc o balkonach, nie sposób nie wspomnieć, że i one mają swoje miejsce w Jeżycjadzie; to na jednym z nich Gabrysia kołysze w wózku swojego synka. Kamienica na Słowackiego, mieszkanie pp. Musierowiczów, „zagrała” wielokrotnie jako lokum różnych rodzin z cyklu powieściowego. Nawet częste w tym wiekowym budynku katastrofy budowlane zostały przez autorkę wykorzystane w akcji powieści. Wisienką na torcie jest wyklejka, przedstawiająca miejsca Jeżycjadowe, nie tylko autentyczne, czyli Most Teatralny, Rynek Jeżycki i kino Rialto, ale też wykreowane przez MM – willę Matyldy Stągiewki, bloki Hajduka i Dziuby, czy kamienicę Żeromskich.

Nie sposób w siedmiuset wyrazach zawrzeć recenzję z tekstu liczącego ponad trzysta stron. Najwyższy czas na podsumowanie, czyli rekomendację. Dla kogo jest ta książka? Czyli, wracając do pytania ankietowego, kto najbardziej na książkę czekał? Moim zdaniem – wszyscy, choć nie każdy ma tego świadomość. Przede wszystkim ci, którzy się wychowali na tej rodzinnej sadze. Ci, którzy dotąd nie czytali – oby ich ta historia zaintrygowała. Czy władze miasta organizują już spacery „Śladami bohaterów Jeżycjady”? Czy jest przyznawana nagroda miasta Poznania? Oto świetna kandydatka!

Autor: Maria Kulik