Piątek, 25 października 2019
Rozmowa z Danutą Cirlić-Straszyńską

– Jest pani znaną tłumaczką poezji i prozy z literatur południowosłowiańskich. Czym się pani kierowała i kieruje, proponując w Polsce wydanie przekładu jakiegoś utworu z tego kręgu kulturowego?

– Początkowo spotkania z tą literaturą ułatwiały mi trochę kontakty rodzinne. Dość często z moim mężem Brankiem Ćirliciem wyjeżdżałam do Jugosławii. Miałam wtedy okazję do spotkań choćby z fascynującą i przemawiającą do każdego poezją serbską. Tłumaczyłam utwory, które w Jugosławii, a teraz w osobnych już krajach, były znane i dyskutowane, o których się mówiło. O Bulatoviciu mówili wszyscy, również o Danilu Kišu. To, że pewne utwory wzbudzały moją ciekawość, nie było kwestią tego, że znajdowały w języku oryginału uznanie swoich czytelników, że odnosili się do nich krytycy czy tłumaczono je na inne języki. Skądinąd dzięki temu w przekładzie na serbski po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Živka Činga. Dla mnie był to po prostu ważny kontakt z dobrą literaturą.

– To pani zawsze decydowała się na przekład konkretnego dzieła wybranego autora?

– Tłumacz na szczęście ciągle jeszcze ma wolność wyboru, może poszukiwać i wybierać utwory, które chciałby zaproponować wydawcy. A wybiera takie, które odpowiadają jego sposobowi pojmowania świata, poczuciu estetyki, które mają wartości artystyczne. Tłumaczem nie może być każdy, kto zna języki obce. Do przekładów trzeba bez wątpienia mieć „iskrę twórczą”, a także wyobraźnię i, co bardzo ważne, kreatywny stosunek do własnego języka. Poza tym tłumacz, znając literaturę danego
kraju i wybierając z niej to, co warto przetłumaczyć, staje się też krytykiem literackim.

– W jednym ze swych wystąpień na konferencji poświęconej sztuce translatorskiej zwróciła pani uwagę na znaczenie języka przekładu. Stwierdziła też pani, że coś takiego jak krytyka przekładu nie istnieje.

– Krytyka przekładu pojawia się jedynie w czasopismach specjalistycznych, prawie nie istnieje w mediach popularnych. Wydaje mi się, że jest to m.in. wynikiem niedoceniania pracy tłumacza. Jego pozycja ostatnimi czasy uległa zmianie. Jeszcze niedawno wydawcy liczyli się ze zdaniem tłumacza… Teraz decyduje nie wartość utworu i jakość przekładu, ale powodzenie książki, inaczej mówiąc zysk. Nadal twierdzę, że wydawcy na ogół najbardziej zainteresowani są zyskiem z przetłumaczonego dzieła, a tłumacz bywa niedoceniany jako pośrednik w przyswajaniu dobrej literatury. To już nie tylko kwestia tego, że nazwisko tłumacza niekiedy nawet się pomija w polskich wydaniach czy w recenzjach, których zresztą niewiele…

– Jaka w istocie jest rola tłumacza?

– Tłumacz pełni rolę szczególną. Paradoksalnie mógłby być autorem utworu, bo najlepszy przekład to taki, który czyta się jak utwór oryginalny, a najlepszy tłumacz to taki, którego się nie zauważa. Można by powiedzieć, że zajmowana przez niego pozycja to… nieistnienie. W większości przypadków o tłumaczu wspomina się dopiero wtedy, gdy przekład jest słaby. Może byłoby lepiej, gdyby tłumacz pogodził się ze swoim nieistnieniem? Bo proces translacji jest procesem mimikry, tłumacz przede wszystkim powinien doskonale rozumieć autora. W procesie tłumaczenia jego utworu w pewnym sensie musi się z nim utożsamiać. A prawdziwy sukces przychodzi w chwili, gdy obcy autor w środowisku językowym tłumacza zostanie przyjęty, zauważony przez czytelnika, który poszukuje dobrej książki. Tak więc prawdziwym sukcesem tłumacza jest powodzenie przetłumaczonego dzieła. Rola tłumacza… Czy mam tu przypominać o wielkich zasługach doskonałych tłumaczy w rozwoju i wzbogacaniu kultur i ich zbliżaniu?

– W zbiorze wywiadów Justyny Dąbrowskiej „Miłość jest warta starania. Rozmowy z mistrzami” opowiada pani m.in. o perypetiach związanych z poszukiwaniem wydawcy. Mówi pani o pewnym wydawnictwie, które nie było zainteresowane książką, ponieważ „literatura z Bałkanów nie sprzedaje się dobrze”. Czy nie jest to ciągle stereotypowe postrzeganie tego regionu?

– Być może wpływa na to ów ciążący stereotyp kotła bałkańskiego, który ożył w latach wojny w Jugosławii i stąd postrzeganie Półwyspu jako „gorszej” części kontynentu. Jednocześnie dominujące jest poczucie wartości przypisywane literaturom zachodnim i niedocenianie małych literatur, w których powstają dobre utwory.

– Mówi pani o kontakcie z dobrą literaturą małych narodów; czy ta literatura naprawdę ma coś do zaproponowania światu?

– Każda literatura ma coś do zaproponowania. Każda wyrasta z własnej tradycji, a w tym przypadku sprawdza się powiedzenie, że małe jest piękne. Poza tym moje doświadczenia jako redaktora czasopisma „Literatura na Świecie” niejednokrotnie pokazały, że w numerach tematycznych lepsze bywały utwory małych, niekoniecznie zachodnich, literatur. Wieloletnie nawyki kulturalne i hołdowniczy stosunek do Zachodu, a skądinąd wydawanie książek na zasadzie kryteriów pozaliterackich w czasach PRL-u, wszystko to powodowało nieufność zwłaszcza wobec małych literatur. Dzisiaj ryzyko wydania prozy czy poezji podejmują głównie miłośnicy, żeby nie powiedzieć fanatycy Bałkanów, przekonani o wartości i atrakcyjności tamtejszej literatury, kaskaderzy, tacy jak wydawnictwo Biblioteka Słów, które w tym roku opublikowało w moim przekładzie powieść Lidiji Dimkovskiej „Non-Oui”.

– To druga po „Ukrytej kamerze” powieść tej autorki, którą się pani zainteresowała. Ale polski rynek wydawniczy bardzo ostrożnie podszedł do jej książki „Zapasowe życie”.

– Niestety nie udało się wzbudzić zainteresowania tą pozycją. Być może potencjalnym wydawcom drugiej powieści Dimkovskiej niewiarygodnym pomysłem fabularnym wydawały się perypetie zrośniętych głowami sióstr syjamskich w federacyjnej Jugosławii i po jej rozpadzie? Szkoda, bo Lidija Dimkovska umie pisać, może nie zaczarowuje, ale pisze jasno i przejrzyście, tworzy niewydumane historie, jest dobrą autorką XXI wieku. Jej trzecia powieść „Non-Oui” przenosi czytelnika m.in. do chorwackiego Splitu w okresie poprzedzającym II wojnę światową, do czasów tej wojny, do titowskiej Jugosławii oraz na mafijną Sycylię, i pokazuje, że w życiu każdego człowieka bywają sytuacje, kiedy możliwe są tylko dwie odpowiedzi – tak lub nie.

– Ma pani w swoim dorobku translatorskim ponad 80 książek pisarzy z krajów byłej Jugosławii. Czy przekład któregoś z autorów tego kręgu kulturowego stanowił dla pani wyzwanie?

– Każdy przekład to wyzwanie. Czytając utwór, który chciałby przełożyć, tłumacz musi go jednocześnie czuć, „usłyszeć” w swoim języku. Chodzi tu o szczególny rodzaj czytania, gdy tłumaczony tekst poddawany jest swoistemu prześwietlaniu jakby promieniami rentgenowskimi, tak, by zobaczyć go w sposób, w jaki widzi to autor. Najszczęśliwsze są przypadki, kiedy tłumaczone zdanie pokrywa się ze zdaniem oryginału i jego konstrukcja zostaje zachowana. Mogłabym wskazać przykład macedońskiego prozaika Živka Činga, którego tłumaczenie było wielkim wyzwaniem, ale też dawało niezwykłą radość i satysfakcję. Przełożyłam jego książkę „Wielka woda”, powieść o trudnym życiu w domu dziecka tuż po wojnie, w roku 1946, gdzie naprawdę ważne są nie wydarzenia, ale uczucia dzieci. Przetłumaczyłam też wspaniałe opowiadania z cyklu paskvelskiego, które choć odnoszą się do dramatycznych wydarzeń, to epatują radością życia. A prozę Činga cechuje specyficzny urok ludowej narracji z jej „poetycznością” i niezwykłą, świeżą metaforyką. Ten rodzaj opowiadania w polskiej literaturze nie pojawia się tak często i udatnie jak w literaturze serbskiej czy macedońskiej. Tłumacz musi więc stworzyć wersję takiej narracji, zgodną z naturą języka polskiego, pamiętając, by nie zatracić rytmu oryginału. Mnie się to może udało i dlatego chciałabym opublikować wybór jeszcze innych opowiadań tego, nieżyjącego już, autora.

Autor: RozmawIała Lilla Moroz-Grzelak, fot. Marytka Czarnocka
Źródło: Magazyn Literacki KSIĄŻKI 10/2019