Piątek, 13 marca 2026
Gdyby cofnąć się w czasie i zagadnąć jakiegoś religijnego angielskiego dżentelmena po 1859 roku o Karola Darwina i o jego „O powstawaniu gatunków”, mężczyzna ten zapewne nie odpowiedziałby: „Co za wymysł! Czyste science fiction!”. Głównie dlatego, że argumenty przeciwników Darwina opierały się przeważnie na kreacjonizmie, rzadziej zaś na realnych naukowych wątpliwościach. Opowieść o trwającej miliony lat ewolucji gatunków i zmianach następujących z pokolenia na pokolenie na skutek doboru naturalnego dla wielu osób żyjących w czasach brytyjskiego przyrodnika mogła jednak brzmieć nieprawdopodobnie. Dziś wiemy, że teoria ewolucji, w nieco zmodyfikowanej formie, stanowi podstawowy model wyjaśniający różnorodność organizmów oraz mechanizmy ich zmian od momentu pojawienia się życia na Ziemi. Darwin nie opowiadał fikcji, ale twórcy science fiction (a nawet fantastyki) w zasadzie od początków istnienia gatunku w jego nowożytnej formie korzystali z osiągnięć Brytyjczyka, w mniej lub bardziej świadomy sposób. Czymże jest bowiem „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz”, jeśli nie opowieścią o narodzinach życia? O czym jako pierwsze w historii opowiadają „Nieporównana przygoda niejakiego Hansa Pfaalla” oraz „Wojna światów”, jeśli nie o zetknięciu się naszego gatunku z obcym, budzącym na równi ciekawość i przerażenie, życiem zrodzonym na innej planecie? Wreszcie jaki los czeka bohatera „Wehikułu czasu”, jeśli nie konfrontacja z ponurym wyobrażeniem życia na Ziemi po zniknięciu z niej ludzi? Wszystkie te historie mają swoje nierozerwalne powiązanie z teorią ewolucji, a ich autorzy często jako pierwsi zadawali sobie pytania, które z czasem stały się podstawą ewolucji spekulatywnej – cudownego i niepowtarzalnego mariażu wyobraźni i twardych podstaw naukowych. Uwaga, Marsjanie atakują! Jak czytamy w The Oxford English Dictionary, sam termin „science-fiction” (wówczas jeszcze pisany z łącznikiem) został użyty po raz pierwszy w 1851 roku w książce „A Little Earnest Book Upon A Great Old Subject” autorstwa Williama Wilsona. Istniał więc już w czasach Karola Darwina, ale swój globalny renesans przeżywał w latach dwudziestych XX wieku. To właśnie wtedy Hugo Gernsback zaczyna go używać w odniesieniu do historii publikowanych w swoim pulpowym magazynie „Amazing Stories”. Na upartego można więc powiedzieć, że science fiction wyprzedza teorię ewolucji, takie stanowisko ma zresztą swoje potwierdzenie w dacie wydania pierwszej edycji „Frankensteina”, która przypada na 1818 rok. Kolejne dekady po opublikowaniu przez Darwina jego wiekopomnego dzieła i kolejnych tytułów, spośród których szczególne znaczenia dla naszych rozważań ma jeszcze „O pochodzeniu człowieka” z 1871 roku, zaczęły coraz mocniej wiązać zagadnienie ewolucji z historią sci-fi. Warto wszakże pamiętać, że na tym etapie sam gatunek był jeszcze w powijakach. Widać już było rosnące zainteresowanie naukowymi tematami i zagadnieniami, ale w tekstach z pierwszej połowy XIX wieku opowieść o samej podróży w kosmos była ważniejsza od tego, co bohaterowie tam znajdowali. Mowa o takich dziełach jak powieść „A Voyage to the Moon: With Some Account of the Manners and Customs, Science and Philosophy, of the People of Morosofia, and Other Lunarians” George’a Tuckera i zainspirowane nią opowiadanie „Nieporównana przygoda niejakiego Hansa Pfaalla” Edgara Allana Poego, a nawet o nieco późniejszej książce „Z Ziemi na Księżyc” Juliusza Verne’a. Pierwsze próby wyobrażenia sobie obcego życia, które powstało na obcej planecie bądź na Księżycu, stawały się coraz powszechniejsze, choć nie zawsze nadchodziły ze spodziewanej strony. Edgar Allan Poe nie ukrywał później, że planował swoją satyryczną opowieść o Hansie Pfaallu jako gazetowe oszustwo, które miało przybrać formę rzeczywistej relacji z podróży na Księżyc. Kolejne części ostatecznie nie powstały, bo w tym samym roku nowojorska gazeta „The Sun” opublikowała serię artykułów informujących o odkryciu życia na naturalnym satelicie Ziemi. Według tych doniesień, na Księżycu zaobserwowano między innymi bizony, kozy z pojedynczym rogiem, minizebry, ale też... jednorożce, chodzące na tylnych łapach bobry bez ogonów i humanoidalne istoty będące skrzyżowaniem człowieka z nietoperzem. Oszustwo miało na celu znaczące podwyższenie sprzedaży „The Sun” (co się jak najbardziej udało), ale też wyśmianie coraz powszechniejszej tendencji do rozpowszechniania w prasie oderwanych od rzeczywistości naukowych teorii. Jeszcze w tym samym roku periodyk przyznał się do sfabrykowania artykułów, ale dziś tamta próba stanowi niejako preludium do późniejszych rozważań wywodzących się już bezpośrednio z dzieł Karola Darwina. O krok dalej w swoich rozważaniach na temat życia pozaziemskiego poszedł H.G. Wells. Brytyjskiego pisarza zainspirowały odkrycia włoskiego astronoma Giovanniego Schiaparelliego, który w 1877 roku zauważył na powierzchni Marsa proste linie, które wziął za kanały. Na bazie tych obserwacji (od lat wiemy, że opisany przez Schiaparelliego efekt to złudzenie optyczne) Amerykanin Percival Lowell wysnuł hipotezę o stworzonych przez inteligentne istoty kanałach służących do nawadniania powierzchni w odpowiedzi na trudne warunki panujące na Marsie. Z kolei w 1894 roku francuski astronom zauważył dziwne światło na powierzchni Czerwonej Planety, co Wells wykorzystał bezpośrednio w swojej „Wojnie światów”. W trakcie prac nad „Wojną światów” pisarz podjął się spekulacji na ten temat w publicystycznym tekście „Intelligence on Mars” opublikowanym w 1896 roku na łamach „Saturday Review”. Podjęte przez niego naukowe rozważania na temat wykształcenia się inteligentnego życia na sąsiadującej z Ziemią planecie są wyraźnie powiązane z ideami przedstawionymi w kultowej powieści oraz w napisanym w 1897 roku opowiadaniu „Kryształowe jajko”. Założenia, którymi kierował się Wells w swoich tekstach, dotyczące bliskiego podobieństwa warunków panujących na Ziemi i Marsie, okazały się całkowicie błędne. Inaczej niż sama idea, by myśleć o narodzinach życia na obcej planecie w kontekście selekcji naturalnej i innych założeń teorii Darwina. Pisarz był przy tym świadomy gigantycznej liczby zmiennych, od których zależy wykształcenie się nowego gatunku. Dlatego jego wizja Marsjan jest znacznie odważniejsza niż koncepcje promowane przez dzisiejszych teoretyków ewolucji spekulatywnej czy te serwowane nam później przez popkulturę. Niby dlaczego inteligentne życie miałoby przyjąć postać „małych zielonych ludzików”? Dla autora „Wojny światów” równie dobrze inteligentne życie mogłoby przybrać formy zupełnie dla nas obce. Jak podkreśla w „Intelligence on Mars”, Marsjanie „mogliby słyszeć, a mimo to być głusi na to, co słyszymy my – mówić, a jednak pozostawać dla nas niemi”. To fascynująca i niezwykle współczesna wizja zaprezentowana przez ojca nowoczesnego science fiction, warto więc ją docenić. Co ciekawe jednak, również Edgar Allan Poe nie był od niej daleki, gdy w „Nieporównanej przygodzie niejakiego Hansa Pfaalla” pisał o mieszkańcach Księżyca jako istotach pozbawionych uszu, co wynikało z niezwykle cienkiej atmosfery i specyfiki komunikacji między nimi. Na kartach „Wojny światów” i „Kryształowego jajka” H.G. Wells przedstawia trzy różne rodzaje inteligentnych istot zamieszkujących Marsa. Do pierwszego z nich należą latające osobniki o niewielkich ciałach, parze dużych oczu, skrzydłach o budowie zbliżonej do motylich, a także dwóch parach chwytnych odnóży przypominających macki. Bohater „Kryształowego jajka” zauważa również drugi rodzaj istot – podobnych do ich latających pobratymców, ale o większych głowach i bez skrzydeł. Te stworzenia w dużej mierze przypominają marsjańskich zdobywców z „Wojny światów”, którzy zostają tam opisani jako ośmiornicopodobne istoty o olbrzymich głowach, które posiadają cztery pary macek i ułożony na wzór litery V otwór gębowy. W powieści pojawiają się ponadto przedstawiciele trzeciego gatunku – dwunożni obcy o bardziej humanoidalnej budowie ciała, mierzą około 1,8 metra, mają duże głowy i kruche kości, a ich budowa nie pozwala na przetrwanie w ziemskiej grawitacji. Nie jest natomiast pewne, czy te stworzenia również pochodzą z Marsa, bo wszystkie giną jeszcze przed przybyciem na naszą planetę, w dodatku prawdopodobnie służą Marsjanom za pożywienie. Sami najeźdźcy nie doceniają z kolei zagrożenia związanego z obecnymi na Ziemi (a obcymi dla ich fizjonomii) patogenami i umierają na skutek zarażenia śmiertelną dla nich infekcją bakteryjną. Białe motyle, ohydne kraby i to coś, od czego mdleją światli ludzie Widoczne we wspomnianych dziełach Wellsa ślady teorii ewolucji są nie do przecenienia, lecz nie należy traktować pisarza jako pełnoprawnego przedstawiciela biologii spekulatywnej. Brytyjczyk pisał bądź co bądź fikcję i niekiedy łączył wątki mające swoje oparcie w nauce z czystą wyobraźnią i paranauką. Dość powiedzieć, że tak przecież kompetentnie zarysowani od strony anatomicznej Marsjanie z „Wojny światów” zdaniem narratora powieści porozumiewają się... za pośrednictwem telepatii. Podobnie zresztą jak Coś z „Piekielnego lodu” i z „Kim jesteś?” Johna W. Campbella (istota straciła tę umiejętność we współczesnych filmowych adaptacjach), a także niektórzy Wielcy Przedwieczni z panteonu H.P. Lovecrafta. Jeśli chodzi o Samotnika z Providence, czyli H.P. Lovecrafta, to wykorzystywał on w swoich dziełach niektóre elementy przynależne do teorii ewolucji, ale pojmował całe zagadnienie w sposób daleki od jego współczesnego rozumienia. Nie ma sensu ukrywać, że rasizm Lovecrafta często napędzał tę błędną i sprzeczną z założeniami Karola Darwina interpretację jego teorii. We wczesnych opowiadaniach Amerykanina, takich jak: „Szczury w murach”, „Święto”, „Ustalenia w sprawie zmarłego Arthura Jermyna i jego rodu” czy „Bestia w jaskini”, prym wiedzie mocno naznaczona eugeniką genetyka. Bohaterowie tych tekstów odkrywają tajemne sekrety swoich rodzin, których członkowie wchodzili w konszachty z istotami nieczystymi, nieludzkimi bądź będącymi hybrydą między człowiekiem a zwierzęciem, co z kolei budzi w nich wcześniej ukryty gen „bestii” i/lub wywołuje szok, głębokie obrzydzenie, a nawet szaleństwo. Tego typu historie mogą na pierwszy rzut oka budzić skojarzenia z zagadnieniem ewolucji, ale kryje się w nich błąd w rozumieniu, który często popełniali zwolennicy darwinizmu społecznego i ortogenezy. Teoria Karola Darwina nie zakłada, że ewolucja prowadzi po linii prostej od organizmów bardziej prymitywnych do złożonych i wiedzie życie w stronę jakiegoś długofalowego celu. Dobór naturalny pozwala na zachowanie wewnątrz jednego …
Wyświetlono 25% materiału - 1390 słów. Całość materiału zawiera 5563 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
1. Dostęp czasowy 15 minut
Szybkie płatności przez internet
Aby otrzymać dostęp kliknij w przycisk poniżej i wykup produkt dostępu czasowego dla Twojego konta (możesz się zalogować lub zarejestrować).
Koszt 9 zł netto. Dostęp czasowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail. Czas dostępu będzie odliczany od momentu wejścia na stronę płatnego artykułu. Dostęp czasowy wymaga konta w serwisie i logowania.
2. Dostęp terminowy
Szybkie płatności przez internet
Dostęp terminowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail. Dostęp terminowy wymaga konta w serwisie i logowania.
3. Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeśli jesteś już prenumeratorem dwutygodnika Biblioteka Analiz lub masz wykupiony dostęp terminowy.
Zaloguj się