Poniedziałek, 15 czerwca 2009
Rynek książki
CzasopismoWiadomości Księgarskie
Tekst pochodzi z numeru59
Dzisiaj, kiedy mija okrągłe dwadzieścia lat wolnego i nowoczesnego rynku książki w naszym kraju, warto cofnąć się do jego początków i prześledzić niełatwe mechanizmy, jakim musieli podporządkować się ludzie z branży książkowej, żeby kontynuować swoją działalność. Nawet dzisiejsi wielcy księgarze i hurtownicy mieli problemy i chwile zwątpienia, które dzielili z innymi, mniejszymi dystrybutorami słowa drukowanego. Trudne początki W okresie Polski Ludowej książka była towarem podlegającym sztywnym nakazom wydawniczym i dystrybucyjnym. Nad wydawanymi tytułami „troskliwą” pieczę sprawowała cenzura, ale był to tylko wierzchołek góry lodowej kłopotów dotyczących edycji, bo zaakceptowanie do druku określonej pozycji nie rozwiązywało problemów związanych z jej wypuszczeniem na rynek. Aparat państwowy reglamentował papier, decydował o szybkości tzw. ścieżki druku, wreszcie sprawował pieczę nad systemem dystrybucyjnym. Ten ostatni był w zasadzie nieskomplikowany, rzekłbym nawet, że prosty aż do bólu. Głównym monopolistą w zakresie sprzedaży detalicznej były Państwowe Przedsiębiorstwa Domu Książki, natomiast sprzedażą hurtową zajmowała się Składnica Księgarska. Niewielką swobodę pozostawiono innym formom dystrybucji. Niektóre tytuły rozprowadzano za pośrednictwem kiosków RUCH-u oraz sieci Klubów Międzynarodowej Książki i Prasy. Istniały bardzo nieliczne księgarnie należące do stowarzyszeń i związków religijnych oraz świeckich, a także kioski przyzakładowe oraz przykościelne, sprzedające oprócz dewocjonaliów także literaturę religijną. Pierwsza spółka prywatna Pierwszym krokiem w kierunku wolnego rynku książki było utworzenie w 1988 roku Spółki Wydawniczo-Księgarskiej przez przedsiębiorstwa Domu Książki. Była to spółka kapitalistyczna z prawdziwego zdarzenia, w socjalistycznym jeszcze państwie, która posiadała zarząd, radę nadzorczą, a udziałowcami byli jej członkowie. Mogła powstać na bazie wprowadzonej wówczas nowej ustawy gospodarczej uwalniającej ceny, w tym ceny papieru. Bez tego podstawowego surowca, reglamentowanego wcześniej z odgórnego rozdzielnika, spółka nie mogłaby, rzecz jasna, zaistnieć. Jej żywot nie był długi, bo na początku lat 90. została zlikwidowana, ale mało kto wie, o tej pionierskiej i powołanej w przededniu zmiany ustroju, firmie. Wszystko na głowie Natomiast dokonana rok później transformacja ustrojowa postawiła początkowo wszystko na głowie. Wprowadzenie w 1989 roku zmian do ustawy o przydziale lokali sprawiło, że zarządy domów komunalnych masowo wypowiadały umowy najmu przedsiębiorstwom państwowym działającym w danych budynkach, w tym księgarniom przedsiębiorstw Domów Książki. Ich pracownicy rozpaczliwie szukali ratunku. Alternatywa była prosta: albo iść na bruk, albo kontynuować to, co się robiło dotychczas, tym razem jednak na nowych zasadach i w nowej rzeczywistości społeczno-gospodarczej. Wielu kierowników księgarń, kompetentnych przecież w sprawach sprzedaży książek i ich merytorycznej wartości, próbowało przystosować się do nowej sytuacji. Podejmowali więc działania w celu przekształcenia księgarń w spółki pracownicze. Nie była to jednak prosta sprawa. Najpierw Dom Książki musiał wycofać z zajmowanego dotąd lokalu wszystkie meble wraz z towarem. Potem zrzeszeni w spółkę pracownicy występowali do zarządu domów komunalnych o sporządzenie nowej umowy najmu. Korzystali przy tym z przywileju pierwszeństwa dotychczasowego najemcy w kontynuowaniu działalności na nowych zasadach. Kiedy już umowa taka została podpisana, spółka zwracała się do Domu Książki o odsprzedanie mebli oraz towaru po odpowiednio niższej cenie. Meble i książki wracały więc ponownie do lokalu (w międzyczasie gruntownie wyremontowanego), nie będącego już własnością Domu Książki, i interes ruszał znowu, ale tym razem już na własne ryzyko zaangażowanych w niego osób. Ale to był dopiero początek problemów. Przejęcie bowiem księgarni w prywatne ręce wymagało spełniania szeregu żmudnych czynności wynikających z prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Szturm na GUS Aby zaktywizować rozwój przedsiębiorczości prywatnej, młode państwo – już kapitalistyczne – wprowadziło przepis, że każdy, kto zarejestruje działalność gospodarczą do końca 1990 roku, będzie zwolniony z podatku na okres dwóch lat. Efekt był, i to jaki! Nastąpił szturm na urzędy dzielnicowe i gminne, w których rejestrowano nowe firmy. Doszło także do istnego oblężenia Głównego Urzędu Statystycznego, pod którym kandydaci na przedsiębiorców koczowali dniami i nocami, żeby uzyskać numer REGON. Chwytano się najrozmaitszych sposobów, żeby złożyć w urzędzie stosowne dokumenty, najczęściej za załatwienie sprawy poza kolejnością dawano łapówki. Kto miał szczęście, zdążył przed 1 stycznia 1991 roku, kto nie miał – musiał płacić podatek. Na łasce fiskusa Pozorni szczęśliwcy szybko przekonywali się, że owo zwolnienie z opodatkowania okazywało się niebezpieczną pułapką. Myśleli bowiem, że skoro nie muszą …
Wyświetlono 25% materiału - 650 słów. Całość materiału zawiera 2600 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
Dostęp czasowy
Płatność za pośrednictwem usługi SMS
Aby otrzymać kod dostępu, należy wysłać SMS o treści koddm1 pod numer: 79880. Otrzymany kod zwotny wpisz w pole poniżej.
Opłata za SMS wynosi 9.00 zł netto (10.98 PLN brutto) i pozwala na dostęp przez 15 minut (bądź do czasu zamknięcia okna przeglądarki). Przeglądarka musi mieć włączoną obsługę plików "Cookie".
Dostęp terminowy
Płatność kartą płatniczą lub przelewem
Dostęp terminowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail.
Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeżeli jesteś już abonentem Rynku Książki