środa, 16 kwietnia 2008
Krzysztof Karasek - Wywiad
Czasopismo"Magazyn Literacki Książki"
Tekst pochodzi z numeru4/2008
Co sprawiło, że ponad czterdzieści lat temu po raz pierwszy zadał pan w wierszu pytanie: „Co ja tu robię”? Takie pytanie rewiduje świat. Zadajesz je sobie, a potem ono ciebie rewiduje. Zbigniew Bieńkowski napisał kiedyś, że to było pytanie pokoleniowe. Wydarzenia marca 1968 roku wyczuwało się w tamtej atmosferze, w tym, co Tadeusz Różewicz nazwał „naszą małą stabilizacją”. Młody człowiek rozglądał się wtedy i mówił: „Nie. Nie o takiej przyszłości myślałem, nie w takim kraju chciałem dojrzewać i żyć”. I narastało w nim poczucie nieswojości swojskości. Dochodziły też sprawy osobiste, problemy, z którymi trzeba było się zmierzyć. Mój przyjaciel, Jarek Markiewicz, gdy na wieczorach autorskich pytano go, dlaczego pisze smutne wiersze, odpowiadał: „Wie pani, nie mam domu, żona mnie rzuciła, nie mam powodu być wesołym”. Jak zapamiętał pan same wydarzenia marcowe? Tak jak opisałem je w „Warszawiance”. Ja swoją inicjację historyczną przeżyłem dużo wcześniej, w październiku 1956 roku. Akurat przyjechałem do Warszawy na studia czy raczej wróciłem do Warszawy, bo jestem warszawianinem od trzech pokoleń, a moja córka to już czwarta stołeczna generacja – i trafiłem w sam środek wydarzeń. Byłem pod Komitetem Centralnym gdy wywoływano Gomułkę, na wiecu w Politechnice, szedłem w pochodach krzycząc na zmianę: „Precz z Rokossowskim” i „Wypuścić Wyszyńskiego”. Widziałem przewrócony tramwaj na Marszałkowskiej i walkę milicji z warszawskimi żulami, którzy odrzucali wystrzeliwane w ich stronę petardy. To było koło dawnego kina „Metro” na wysokości Wilczej. A w pierwszą rocznicę tej „rewolucji październikowej”, już po zamknięciu „Po Prostu”, w Alejach Jerozolimskich co pięć metrów stał milicjant, który kazał podnosić ręce do góry, macał cię i na do widzenia dawał kopniaka w tyłek. Słowem, rzeczywistość sprzyjała pisaniu wierszy społecznie zaangażowanych, tyle że szczególnych. Na pewno nie takich, jakich życzyły sobie ówczesne władze. Ale dla mnie było to zawsze ubocze poezji, choć – oczywiście – w pewnych momentach rzeczywistość cię dopada i, chcesz czy nie chcesz, wdajesz się z nią w dialog. W 1974 roku Julian Kornhauser i Adam Zagajewski wydali głośną książkę „Świat nie przedstawiony”, zarzucając literaturze polskiej, że nie przedstawia rzeczywistości. Ja w swojej „Godzinie jastrzębi” i „Droździe” przedstawiałem tamten świat, tak jak go widziałem i odczuwałem. I tak znalazłem się wśród najważniejszych poetów Nowej Fali wymienionych przez Stanisława Barańczaka w „Nieufnych i zadufanych”: obok Ryszarda Krynickiego, Jarosława Markiewicza i właśnie Stasia Barańczaka. Dopiero później dołączyli poeci krakowskiej grupy „Teraz” z Kornhauserem i Zagajewskim na czele. Ale wierszy, które od biedy zaliczyć można do utworów społecznie zaangażowanych czy obywatelskich, znajduje się w moich tomach niewiele: jeden, dwa w każdym zbiorze, nie więcej. Tak jak u Herberta, którego bez sensu nazywa się poetą politycznym. Dlatego, że napisał „Tren Fortynbrasa” czy „Przesłanie Pana Cogito”? Jaka to część jego dorobku? Kiedyś Maria Dąbrowska mówiąc o problemie chłopskim w „Martwych duszach” Gogola – powszechnie uchodzących za panoramę warstw społecznych carskiej Rosji, zwłaszcza szczególnie wnikliwy obraz ziemiaństwa i chłopstwa – stwierdziła, że w powieści tej chłop pojawia się raptem trzy razy, a mamy wrażenie, że połowa książki dotyczy chłopów właśnie. Tak samo jest u Herberta. Służba Bezpieczeństwa opisała pana następująco: „współpracuje ze wszystkimi poetami z kręgów opozycyjnych i stara się ich lansować, mimo stałych kłopotów z cenzurą, na którą sam często narzeka” i „nie włącza się w działalność grup antysocjalistycznych chociaż jego postawa i kontakty w tym środowisku wskazują na to, że tę działalność akceptuje”. Przyjaźniłem się z Tomkiem Burkiem i Stasiem Barańczakiem, Jarkiem Markiewiczem i Rysiem Krynickim – to byli ludzie, którzy w literaturze robili coś nowego i innego. Mieliśmy absolutną pewność, że nie chcemy mieć nic wspólnego z tymi wszystkimi Orientacjami „Hybrydy”, „Nowymi Romantyzmami”, z produkowaniem literackich cekinów, nic nie znaczących metafor. Ci Hybrydowcy zaraz też do partii się zapisali. Barańczak też był w PZPR. W 1975 roku go wyrzucili. A Zagajewski nauczał marksizmu. W Akademii Górniczo-Hutniczej, tak było, ale bardzo szybko wszyscy z nas wyraźnie określili się, po której są stronie. Władza też zorientowała się, że naszym rewolucjonistom – moim, „przy kiosku z piwem” czy Kornhausera („W fabrykach udajemy smutnych rewolucjonistów”) nie po drodze z komuną. A ja poznałem starszych poetów: Woroszylskiego, Wirpszę, który mi pożyczył Borgesa i czytałem jego opowiadania po niemiecku. Z Miszą Komarem chodziliśmy na Międzynarodowe Targi Książki, gdzie na koniec można …
Wyświetlono 25% materiału - 687 słów. Całość materiału zawiera 2751 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
Dostęp czasowy
Płatność za pośrednictwem usługi SMS
Aby otrzymać kod dostępu, należy wysłać SMS o treści koddm1 pod numer: 79880. Otrzymany kod zwotny wpisz w pole poniżej.
Opłata za SMS wynosi 9.00 zł netto (10.98 PLN brutto) i pozwala na dostęp przez 15 minut (bądź do czasu zamknięcia okna przeglądarki). Przeglądarka musi mieć włączoną obsługę plików "Cookie".
Dostęp terminowy
Płatność kartą płatniczą lub przelewem
Dostęp terminowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail.
Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeżeli jesteś już abonentem Rynku Książki