środa, 15 czerwca 2011
CzasopismoBiblioteka Analiz
Tekst pochodzi z numeru302


Urzędnik państwowy bardzo wysokiego szczebla zadał mi pytanie i muszę dodać, że zadał je z nieskrywaną radością w głosie. Otóż zapytał ów urzędnik chytrze i podchwytliwie, w przekonaniu, że nie daje mi szans znalezienia dziury w całym: – Czy sądzi pan, że popełniliśmy jakieś uchybienia lub, co gorsza, winni jesteśmy zaniedbań w kwestii naszych unijnych (miał na myśli Unię Europejską) zobowiązań? Przecież pan wie – świergolił – że na odcinku unijnym jesteśmy w awangardzie i to my możemy proponować oraz dyktować nowoczesne standardy rozwiązań. – Tak się wyraził! I jeszcze dodał: – UE może nam… – No, co może nam UE w opinii rzeczonego urzędnika nie zacytuję, wszak rozmowa była prywatna. Krótko mówiąc, urzędnik emanował doskonałym samopoczuciem i absolutną pewnością, że ministerstwo, które reprezentuje, jest „the best”. Aha!… Zapomniałem dodać, że ów urzędnik reprezentuje Ministerstwo Kultury! Podkreślam raz jeszcze: to bardzo, ale to bardzo ważny urzędnik.
Pomyślałem: a co mi zależy, zepsuję mu humor, a przynajmniej lekko go wkur…, czyli zdenerwuję. A może nawet będę w stanie doprowadzić go do tzw. białej gorączki?… Bardzo by mi się to podobało, ponieważ nie znoszę bufona. – Panie urzędniku – rzekłem z troską w głosie – to jasne i oczywiste, że na odcinku kultury Polska to Himalaje Europy, czego najlepszym dowodem Chopin oraz dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza Paweł Potoroczyn. Jest się kim chwalić, zgadzam się. W zasadzie te dwa nazwiska wystarczą, żeby Ministerstwo Kultury czuło imperialną dumę, niczym Hajle Sellasje onego czasu w Afryce. – Urzędnik może i bufon, ale inteligentny jak najbardziej… Wyczuł, że nie podzielam jego radości ani dobrego samopoczucia, którym emanował na odległość. I dobrze wyczuł!… Kontynuowałem: – Panie urzędniku, przecież nie ma się co spierać o oczywiste oczywistości, że zacytuję klasyka. Przecież wszyscy to wiemy i podzielamy: Mieszko I, Jagiellonowie, Kraków, Wawel i arrasy, Sienkiewicz, Reymont, Miłosz i Szymborska, że już nie wspomnę o JP2 i jego poezji. A przecież Wajda, Polański (no, tu ostrożnie, ale jednak!), Holland, Skolimowski i cała sfora gniewnych i ambitnych przyszłych polskich gwiazd holiłudu, wypromowanych przez Instytut Filmowy pod dyrekcją Agnieszki Odorowicz. No i nie zapominajmy o Pendereckim, Lutosławskim i Dodzie!… Tak można wyliczać do białego rana, prawda?
Ale jest problem: rzecz w tym, panie urzędniku, że Polacy już całkiem przestają czytać. Chociaż może to, że nie czytają, nie jest nawet najważniejsze. Oni, Polacy znaczy, przestają kupować książki, o czym głośno ostatnio. Prasa donosi, że rynek książki na granicy zapaści, VAT na książki poszedł w górę, branża przerażona i co tu robić?… Co na to ministerstwo, że zapytam łagodnie, acz zjadliwie. – A co ma piernik do wiatraka? – spytał ostrożnie urzędnik. – Kto czyta, ilu czyta, co czytają, ile książek się sprzedaje i takie tam?… To przecież sprawa rynku, a nie naszych ministerialnych zobowiązań wobec UE! – Nie wytrzymałem: – Taaak? A co z „lending rights” w Polsce, co z promocją czytelnictwa w Polsce, co z systemem informacji o książce w Polsce, co z nowoczesnym modelem bibliotekarstwa
w Polsce, co z walką z piractwem książkowym w Polsce, a wreszcie: co z promocją czytania czegokolwiek wśród polityków, oczywiście polskich?… No i na koniec: co z ustawą o prawie autorskim, a jakże, też w Polsce?
Naturalnie, wszystko co powyżej to jedynie pretekst do zadania pytania fundamentalnego i niekoniecznie tylko spraw książki dotyczącego. Odnoszę otóż wrażenie, że resort kultury w Polsce jest zainteresowany głównie (by nie rzec: jedynie) dzieleniem kasy oraz inicjatywami inwestycyjnymi związanymi z budowaniem muzeów, odnawianiem dworków, zakładaniem galerii itp. Tak, to konieczne i niezbędne, ale zaledwie… obok. Obok czego? Obok tego, czym przede wszystkim zajmują się ministerstwa kultury w całej nowoczesnej Europie, czyli tworzeniem warunków i rozwiązań prawno-finansowych dla funkcjonowania przemysłu kulturowego.
Kultura, łącznie z książką jako jej symbolem, to nie jakiś kwiatek do kożucha. To taki sam element gry rynkowej, jak każdy inny. Od tej reguły jest jeden wyjątek, który decyduje o wszystkim: autor arcydzieła. Autor arcydzieła to jedyna wartość kultury niepodlegająca żadnym warunkom gry rynkowej. Ale reszta?… Jak najbardziej! W związku z tym proponuję, panie urzędniku, żeby połączyć trud działania Ministerstwa Kultury z wysiłkami Ministerstwa Gospodarki. Wtedy (jest na to szansa!) przestaniemy gaworzyć o wartościach, a pogadamy o interesach, których UE jest areną. Chopin i dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza w czasie polskiej prezydencji będą nam błogosławić z wysokości.

Autor: Andrzej Nowakowski
escort bayan trabzon escort bayan yalova escort bayan edirne escort bayan manisa bursa görükle escort