Czwartek, 30 kwietnia 2026
Rozmowa z ŁUKASZEM MICHALSKIM, dyrektorem Państwowego Instytutu Wydawniczego
CzasopismoBiblioteka Analiz
Tekst pochodzi z numeruBiblioteka Analiz nr 664 (8/2026)
Mija już blisko 10 lat pana pracy w Państwowym Instytucie Wydawniczym. Przyszedł pan tutaj z radością czy z obawą? Z jednym i drugim oczywiście. Zestaw problemów był gigantyczny. Udało się przejąć spółkę od Ministerstwa Skarbu i przekształcić ją w instytucję kultury. Stan wówczas tworzącej się instytucji kultury był przerażający. Już na poziomie infrastruktury – stropy groziły zawaleniem, biblioteka była tak zagrzybiona, że stanowiła realne zagrożenie dla zdrowia i życia, a w dodatku nie zatrudniano ani jednego pracownika merytorycznego na etacie. Był jeden redaktor, świetny zresztą, ale zatrudniony na umowę „śmieciową”. Oczywiście natychmiast przeniosłem go na etat. Nie zwolniłem żadnego z dawnych pracowników PIW-u. Dwie osoby odeszły, ale to była ich decyzja. Do dzisiaj pracują tutaj osoby, które pracowały przed moim przyjściem. De facto musiałem zbudować wydawnictwo zupełnie od początku, równolegle prowadząc remont i tworząc merytoryczną redakcję. Uważam to za jeden z moich sukcesów, ale dla zespołu i dla mnie było to bardzo trudne. Niestety za poprzednich PIW-owskich szefów utraciliśmy znaczącą część majątku nieruchomego, czyli nieruchomości, które posiadaliśmy. Czyli oficynę budynku przy ul. Foksal 17? Nie tylko. Kiedyś własnością PIW-u była cała kamienica. Rzeczywiście, niektóre z tych przestrzeni trzeba było sprzedać – na spłatę długów, więc pewnie i tak nie uchowałyby się. Fakt pozostaje faktem, że wydawnictwo musiało zostać ulokowane w znacznie mniejszej przestrzeni niż ta, którą dysponowało wcześniej. I wszystko się udało – z grubsza biorąc. To moje przerażenie wynikało ze swoistego onieśmielenia kulturowego. Każdy polski inteligent, jak sądzę, odbiera PIW nie tylko jako wydawnictwo, ale jako pewnego rodzaju przestrzeń formacyjną. Było to wydawnictwo, które wyznaczało pewne normy kulturowe. Dlatego objęcie kierownictwa w Państwowym Instytucie Wydawniczym i odbudowywanie tej oficyny od podstaw oznaczało konfrontację z tradycją stawiającą niezwykle wysokie wymagania. Choć od lat dziewięćdziesiątych tradycja ta została w dużej mierze zdewastowana, w pokoleniu moich rodziców, moim, a nawet nieco młodszym, wciąż pozostaje ona bardzo żywa. Wystarczy wspomnieć choćby kultowe serie PIW-u. Możemy o tym mówić godzinami… Dosyć, że zmierzenie się z takim dziedzictwem było z jednej strony niesłychanie dla mnie inspirujące, a z drugiej strony – onieśmielające z całą pewnością. I wymagało wypracowania całego szeregu rozwiązań koncepcyjnych w sferze merytorycznej, podczas kiedy pierwsze półtora roku zajmowałem się przede wszystkim administracją. Siedzieliśmy wtedy po kilkanaście godzin na dobę z administratorem i z moją zastępczynią. Dziś na szczęście to już przeszłość. Wtedy praca była niewiarygodnie intensywna. Tak zresztą jest zawsze przy budowaniu instytucji. To nie jest pierwsza instytucja, którą buduję… Jakie instytucje tworzył pan wcześniej? Byłem w zespole, który odpowiadał za powstanie Muzeum Powstania Warszawskiego, jeszcze przy Lechu Kaczyńskim. Odpowiadałem za edukację, uczestniczyłem w całym procesie budowy, oczywiście nie z poziomu administracyjnego, ale merytorycznego. Potem zostałem pierwszym szefem edukacji Muzeum Powstania Warszawskiego, wprowadziłem tam sporo nowości, na przykład pierwszą w muzealnictwie polskim salę dziecięcą. To było pierwsze muzeum narracyjne w naszym kraju. Wiele rzeczy było w tym muzeum pierwszych. Jak później śmiał się Jan Ołdakowski, wśród nas nie było – poza Joasią Bojarską, która nam doradzała – żadnego muzealnika, więc nie zdawaliśmy sobie sprawy, że w takim tempie i w takiej formie to przedsięwzięcie właściwie nie powinno się udać. I paradoksalnie właśnie dzięki tej niewiedzy odnieśliśmy sukces. Miałem też krótki epizod w Muzeum Historii Polski. Potem przyszedłem do Instytutu Pamięci Narodowej, gdzie praktycznie przebudowywałem cały dział edukacji, częściowo tamtejsze wydawnictwa i wystawiennictwo. Wystawiennictwo zresztą najmniej, bo ono nie potrzebowało wielkich zmian, ale edukacja IPN-owska leżała całkowicie. Najlepszy dowód: kiedy obejmowałem edukację w IPN-ie, to docierała do mniej więcej 2-4 tys. młodych ludzi w Polsce. Kiedy opuszczałem edukację IPN- -owską, to zasięg był na poziomie 250 tys. Potem był epizod ministerialny… Tak, potem prof. Magdalena Gawin została wiceministrem i zatrudniła mnie. Doskonale się znaliśmy i wiedziała, w czym mogę pomóc. Z jednej strony mam dość duże doświadczenie menadżerskie, zresztą mam je jeszcze w związku z moim ojczymem, śp. Andrzejem Bentkowskim. On był humanistą z krwi i kości, fenomenalnym tłumaczem, ale równocześnie świetnym menadżerem, który właściwie ostatnią część swojego życia spędził w wielkich korporacjach, na bardzo wysokich stanowiskach. Był osobą, od której można było się bardzo dużo nauczyć. Trudno na przykład być dobrym menedżerem bez znajomości przepisów, które regulują funkcjonowanie danej instytucji – to absolutna podstawa. Oprócz tego potrzebne są też pewne naturalne predyspozycje, których nie da się w pełni wyuczyć – przede wszystkim umiejętność tworzenia i zarządzania zespołami ludzkimi. Bez tego nie sposób mówić o skutecznym zarządzaniu. Z drugiej strony wyrastam z rodziny związanej z kulturą, z muzyką przede wszystkim. Mój ojciec jest bardzo znaną postacią w świecie muzycznym. Moja mama także, przez wiele lat była przewodniczącą Zespołu Szkolnictwa Artystycznego przy kolejnych ministrach kultury. Właściwie przekształciła po upadku komunizmu cały system, zgodnie zresztą z kierunkiem, który wyznaczył jeszcze Karol Szymanowski. Jak widać, bardzo silnie jestem związany z kulturą, z kultury wyrastam i kultura jest przestrzenią dla mnie naturalną. Z wykształcenia natomiast jestem historykiem. A dla PIW-u historia akurat jest przestrzenią, poza literaturą piękną, najważniejszą. Możemy naszą ofertę opisać w ten sposób: po pierwsze – literatura piękna, po drugie – historia, po trzecie – analiza dzieła literackiego z najróżniejszych kątów, sposobów i spojrzeń, a po czwarte – humanistyka ogólna, do której można zaliczyć bardzo różne dziedziny. Dodajmy do tego, że funkcjonuję w środowisku literackim również jako autor. Krótko mówiąc – praca w PIW-ie była dla mnie spełnieniem marzeń. Dla prof. Magdaleny Gawin i dla mnie było wówczas absolutnie oczywiste, że dziedzictwo PIW-u trzeba ratować. To, co zrobił wtedy ruch społeczny Ratuj PIW, było oczywiście bezcenne, ale należało dokończyć formalnie proces likwidacji i stworzyć nową instytucję. Mieliśmy środki i możliwości, żeby zmieniać sytuację wydawnictwa i ją zmieniliśmy. Jaki PIW jest dzisiaj? Jak można scharakteryzować wydawnictwo? Dzisiaj PIW jest oczywiście zupełnie inny. Jest przede wszystkim, jak sądzę, jednym z najbardziej prestiżowych wydawnictw w Polsce. To udało nam się zrobić. Co więcej, jest to wydawnictwo, które – moim zdaniem – osiągnęło coś najważniejszego i jednocześnie najtrudniejszego: stworzyło sposób działania oraz zakres prac, które same w sobie uzasadniają istnienie takiej instytucji kultury. A to jest bardzo, bardzo ważne. Od początku byliśmy przekonani o tym, że to jest niezwykle potrzebne, ale nie było to poparte ani głębokim wnioskowaniem czy analizą, ani oczywiście faktami. I to było już moje zadanie – doprowadzić do sytuacji, w której ta koncepcja pokaże, że ma sens. Myślę, że minione 10 lat wyraźnie to potwierdziło. I to jest ten pierwszy aspekt. Drugi jest taki, że PIW niewątpliwie jest wydawnictwem o niesłychanie ciekawym zespole, fascynującym. To są ludzie naprawdę wyjątkowi, szczególni, to jest generalnie grono pozytywnych szaleńców. Jesteśmy w jakimś stopniu ludźmi, łagodnie rzecz ujmując, nietuzinkowymi. Ale chyba panu na tym właśnie zależało? Oczywiście, taki zespół budowałem od początku z pełną świadomością trudności, jakie się z tym będą wiązać. Pracownicy wydawnictwa są w dużej mierze samodzielni. Zawsze przerażała mnie wizja szefa, który próbuje wszystkim sterować ręcznie. To jest kompletny absurd, zwłaszcza w sytuacji wydawnictwa, które wydaje prawie sto książek rocznie. W PIW-ie, statystycznie, wychodzi książka raz na trzy dni. Byłaby to więc całkowicie absurdalna sytuacja, świadcząca ponadto o niesłychanej pysze. Nie sposób, żeby jedna osoba dysponowała stosowną wiedzą, aby od początku do końca pracować nad każdym tytułem. I dlatego trzeba mieć wokół siebie odpowiednich ludzi. Ostateczne decyzje należą do mnie, ale wiele rzeczy wypracowujemy wspólnie. Potrzebny jest zespół, który zajmie się sprawami organizacyjnymi i technicznymi oraz …
Wyświetlono 25% materiału - 1190 słów. Całość materiału zawiera 4760 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
1. Dostęp czasowy 15 minut
Szybkie płatności przez internet
Aby otrzymać dostęp kliknij w przycisk poniżej i wykup produkt dostępu czasowego dla Twojego konta (możesz się zalogować lub zarejestrować).
Koszt 9 zł netto. Dostęp czasowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail. Czas dostępu będzie odliczany od momentu wejścia na stronę płatnego artykułu. Dostęp czasowy wymaga konta w serwisie i logowania.
2. Dostęp terminowy
Szybkie płatności przez internet
Dostęp terminowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail. Dostęp terminowy wymaga konta w serwisie i logowania.
3. Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeśli jesteś już prenumeratorem dwutygodnika Biblioteka Analiz lub masz wykupiony dostęp terminowy.
Zaloguj się