środa, 3 lipca 2019
CzasopismoBiblioteka Analiz
Tekst pochodzi z numeruBiblioteka Analiz nr 500 (11/2019)
– Zróbmy mały powrót do przeszłości. Pretekstem jest 500. numer dwutygodnika Biblioteka Analiz. Pamiętasz kiedy urodził ci się w głowie pomysł na to czasopismo? – Oczywiście. To było w Krakowie, podczas Targów Książki, w 1999 roku. Rozmawiałem z kilkoma wydawcami podczas wieczornej imprezy integracyjnej, zrozumiałem, że jest w środowisku potrzeba na regularne branżowe informacje biznesowe. To były czasy, kiedy z internetem trzeba było łączyć się przez telefon, wiele firm nie miało swoich domen www, poczta elektroniczna raczkowała. Zapotrzebowanie na szybką informację było dużo większe niż obecnie, kiedy czasami nawet cierpimy na nadmiar źródeł i treści. Można powiedzieć, że to był idealny czas. Podzieliłem się tym pomysłem z kilkoma osobami wówczas aktywnie działającymi w branży i razem stworzyliśmy redakcję, nazwaną Radą Redakcyjną. – Dlaczego właśnie tak? Czemu nie było redaktora naczelnego? I kto był w Radzie? – Pracowałem wtedy w „Rzeczpospolitej”. Miałem wiele rozmów zarówno z moim kierownikiem, jak i redaktorem naczelnym, bo potrzebowałem ich zgody na tego typu działalność, w jakimś sensie konkurencyjną do tego, co robiłem na etacie. Dostałem zgodę, ale z przykazaniem, żeby nie łączyć pracy dziennikarza z biznesem. Nie jest to możliwe, bo w przypadku jednoosobowej działalności gra się na kilku instrumentach, nie można uniknąć konfliktu interesów. Ostatecznie zrezygnowałem z etatu w dziale kultury „Rzeczpospolitej”, ale to było chyba jakieś dwa lata od uruchomienia Biblioteki Analiz, kiedy już wydawałem także „Magazyn Literacki KSIĄŻKI”. A zatem nie bardzo mogłem i nie bardzo chciałem być redaktorem naczelnym, stanowisko, wizytówka, pieczątka to są sprawy trzeciorzędne, albo żadne. Miałem Radę Redakcyjną, byli w niej: Andrzej Chrzanowski, Tadeusz Żochowski i Piotr Dobrołęcki, potem dołączył do nas Andrzej Nowakowski. Spotykaliśmy się regularnie u Andrzeja Chrzanowskiego i rozmawialiśmy przez wiele godzin – bardziej o rynku niż o kolejnych numerach, ale wszyscy mieliśmy poczucie, że robimy coś nowego, ważnego dla branży. – Gdy zaczynałeś, na rynku ukazywały się już branżowe periodyki: „Megaron”, „Notes Wydawniczy”, „Wydawca”. Czym dwutygodnik Biblioteka Analiz miał się od nich odróżniać? – Był także na rynku „Magazyn Literacki”, od maja 2001 roku jako „Magazyn Literacki KSIĄŻKI”. „Biblioteka Analiz” zaś miała być ośmiostronicowym biuletynem, bez ilustracji, bez reklam, bez kolorów, bez okładki. Atutami miała być częstotliwość, szybkość cyklu wydawniczego, a także nastawienie wyłącznie na informacje biznesowe, ekonomiczne, prawne. Bez publicystyki, która doszła później, wraz z rozwojem pisma. Wcześniej taki biuletyn próbował w Polsce wydawać Holger Ehling, ale po angielsku i w ekstremalnie wysokiej cenie. Podobno znalazł dwóch subskrybentów, wydał też chyba tylko dwa numery… – Doświadczenie jako dziennikarz już miałeś. Zaczynałeś w redakcji pisma studenckiego „Enigma”, potem były dzienniki „Nowa Europa”, „Życie Codzienne”. Wreszcie trafiłeś do „Rzeczpospolitej”. Czy miałeś wówczas kogoś, o kim powiedziałbyś, że był twoim wzorem dziennikarza? – Jeśli chodzi o publicystykę o książkach, to moim mistrzem był Krzysztof Masłoń, świetne pióro, poczucie humoru, wielka erudycja. Krzysztof nie był wtedy jeszcze zaangażowany w tematy polityczne, po prostu kochał literaturę i potrafił o niej zajmująco pisać. Po latach nasze drogi zupełnie się rozeszły, gdyż ja zawsze trzymam się z daleka od polityki, traktując ją jako zło konieczne. Uważam, że nie można być dobrym dziennikarzem i jednocześnie zaangażowanym ideowo publicystą, bo ideologia przesłania prawdę, a rolą dziennikarza jest służyć prawdzie, nie partii czy idei. Dzisiaj, kiedy nie zajmuję się już zawodowo książkami, moim wzorem dziennikarza jest Dave Broom, którego cenię za innowacyjność, pomysłowość, nieszablonowe przedstawianie tematów, nawet pod prąd tradycji, a jednocześnie wielka kultura, pokora, wiedza o świecie i o temacie, który porusza. Dziennikarz nie powinien eksponować siebie, jego wielkie ego nic nie obchodzi czytelnika, ważny jest temat i to, jak zostanie przedstawiony. To zresztą dotyczy akurat także literatury – najważniejsza jest narracja, trzeba wciągnąć czytelnika, a zatem dziennikarz musi być bezstronny i musi umieć opowiadać. – W „Rzepie” zajmowałeś się tematyką książkową i branżą wydawniczą, której chyba wcześniej nie znałeś? Zwłaszcza jeśli chodzi o ekonomiczne uwarunkowania procesu wydawania i sprzedaży książek. Jak się odnalazłeś w tym środowisku? – Znałem. Właściwie prawie od początku mojej pracy dziennikarskiej zająłem się rynkiem książki – wydawniczym i księgarskim. Przychodząc do „Rzeczpospolitej” miałem za sobą kilka lat pracy w warszawskich dziennikach, na koncie nagrodę za publicystykę o książce edukacyjnej, redagowałem już wtedy własny dodatek książkowy w „Życiu Codziennym”. Oczywiście, w „Rzeczpospolitej” nauczyłem się bardzo wiele, to była doskonała szkoła rzemiosła pod okiem wymagających kierowników, Jacka Lutomskiego i Elżbiety Sawickiej. Redaktorami naczelnymi byli najpierw Dariusz Fikus, potem nieodżałowany Maciej Łukasiewicz, również nieodżałowany Piotr Aleksandrowicz. Potem Grzegorz Gauden. Odszedłem, kiedy gazeta zaczęła być już nieznośnie polityczna, a redaktorem naczelnym był Paweł Lisicki. Szmat czasu. Wracając jednak do pytania, zdecydowałem się zająć tematyką rynku książki z kilku powodów. Po pierwsze, kończyłem policealne studium księgarskie z profilem technik-księgarz i wtedy rozpoczynałem dopiero zaoczne studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. Co nieco wiedziałem o tzw. ekonomice księgarstwa, jak to wówczas nazywano. Poza tym to był początek lat dziewięćdziesiątych, eksplozja nowych wydawnictw, zniesienie cenzury, przydziałów na papier, w księgarniach pierwsze złocone okładki lub z tłoczonymi tytułami, upadłość Składnicy Księgarskiej i błyskawiczny rozwój wolnego handlu książką. To mnie fascynowało. Ale może najważniejsze było to, że ja byłem bardzo młody, miałem dwadzieścia lat. Recenzentami, publicystami byli dziennikarze znacznie starsi. Z jednej strony pokora, bo co ja miałem wtedy do powiedzenia o literaturze, sprawach społecznych, politycznych, ideowych? A to był przecież czas rozliczenia z komunizmem, uwolnienia wielu tematów, jak choćby zbrodnia katyńska. Nie miałem wiele do powiedzenia ani argumentów, żeby zająć miejsce bardziej doświadczonych i oczytanych kolegów. A rynek książki nikogo nie interesował, było wiele innych bardziej zajmujących spraw, więc znalazłem interesującą mnie niszę. Zresztą tak jest chyba do dzisiaj, rynek książki to malutka nisza dla pasjonatów. – W końcu postanowiłeś „pójść na swoje”. Firmę zarejestrowałeś w październiku 1999 roku. Dwadzieścia lat temu! To był dobry czas na zakładanie firmy? – Z punktu widzenia prowadzenia działalności gospodarczej – bardzo zły. Nie było wtedy żadnych ulg w składkach ZUS, okropna biurokracja, każdy dokument załatwiało się w innymi miejscu – gmina, urząd skarbowy, urząd statystyczny itd, na dodatek wszędzie kolejki, opłaty, buta urzędników… Natomiast z punktu widzenia biznesowego… każdy moment jest dobry, jeśli jest dobry pomysł, wiara w sukces, zaangażowanie. Od najwcześniejszych lat uważałem, że jeśli jesteś przekonany, że coś chcesz osiągnąć, to to osiągniesz. Wystarczą entuzjazm i ciężka praca, kapitał czy talent to już są tylko dodatkowe ułatwienia. Ja nie miałem żadnego kapitału i nic w początkowym okresie w firmę nie zainwestowałem. Sam robiłem redakcję, skład, wysyłkę. Drukowałem na małej cyfrowej maszynie w osiedlowej drukarni BEL Studio, siedząc przez cały czas, kiedy pracowała maszyna, żeby zabrać paczki i od razu je rozesłać. – W jakim otoczeniu wykluwała się Biblioteka Analiz? Pamiętasz jakieś przełomowe wydarzenia na rynku wydawniczym z tego okresu? – Ogromne perturbacje na rynku książki szkolnej, groźba upadłości Wkry, zmiany polityczne, reforma edukacji, polityczna walka o prywatyzację WSiP, upadłość kilku hurtowni i sieci księgarskich, jak MarKa czy Książka Szkolna. Był to bardzo trudny, ale ciekawy okres. Zapotrzebowanie na bieżące informacje, także takie zakulisowe, nieoficjalne, było bardzo duże. – Kto wymyślił nazwę firmy, która stała się jednocześnie nazwą dwutygodnika? – Nazwę wymyśliłem rok wcześniej, w 1998 roku, kiedy razem z Kamilem Witkowskim przygotowywaliśmy pierwsze wydanie „Rynku książki w Polsce”. Kamil dał logo, do dzisiaj będące symbolem firmy, ja nazwę, miał to być znak graficzny serii książek o rynku książki. Zanim założyłem własną firmę o tej nazwie wydaliśmy z Kamilem pod logo Biblioteki Analiz bodaj trzy tytuły. – Przypomnij początki dwutygodnika Biblioteka Analiz. Ile osób nad nim pracowało? Kim byli pierwsi odbiorcy? Prenumeratorzy? – Większość …
Wyświetlono 25% materiału - 1145 słów. Całość materiału zawiera 4581 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
Dostęp czasowy
Płatność za pośrednictwem usługi SMS
Aby otrzymać kod dostępu, należy wysłać SMS o treści koddm1 pod numer: 79880. Otrzymany kod zwotny wpisz w pole poniżej.
Opłata za SMS wynosi 9.00 zł netto (10.98 PLN brutto) i pozwala na dostęp przez 15 minut (bądź do czasu zamknięcia okna przeglądarki). Przeglądarka musi mieć włączoną obsługę plików "Cookie".
Dostęp terminowy
Płatność kartą płatniczą lub przelewem
Dostęp terminowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail.
Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeżeli jesteś już abonentem Rynku Książki