Wtorek, 21 lipca 2015
Rozmowa z Maciejem Czechowiczem i Michałem Steckim, członkami zarządu Publicat S.A.
CzasopismoBiblioteka Analiz
Tekst pochodzi z numeru412
Czy to prawda, że początek waszego wydawnictwa to wspólna zabawa czterech przyjaciół?Maciej Czechowicz: Znamy się z Michałem od liceum, a Piotr z Krzysztofem poznali się na bieżni, trenując biegi średniodystansowe. Zupełnie niezależnie myśleliśmy o własnej działalności gospodarczej. Sprzyjała nam atmosfera tamtych lat – końcówka lat osiemdziesiątych, początek przemian. Właśnie w 1989 roku, na samym końcu rządu Mieczysława Rakowskiego, gdy trwał Okrągły Stół i pojawiała się nowa rzeczywistość, kończyliśmy studia, założyliśmy rodziny i trzeba było się brać do pracy.W tym czasie Piotr Podsiedlik i Krzysztof Raniowski założyli wydawnictwo, które nazwali Podsiedlik-Raniowski. Uruchomili publikację poradników prawniczych takich jak „Akcje, obligacje, weksle” czy „Pożyczka w sektorze prywatnym”. Krzysztof był już prawnikiem, Piotr wcześniej studiował medycynę.Michał Stecki: A my we dwóch z Maćkiem w 1988 roku, jeszcze jako studenci założyliśmy spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, która rozpoczęła działalność w zupełnie innej branży.Czyli wasze związki były towarzyskie?MS: Towarzyskie i biznesowe – Piotr z Krzysztofem, a ja z Maciejem. I jak się razem spotkaliście?MS: Poznałem Piotra kilka lat wcześniej, ale dopiero w 1989 zaczęliśmy rozmawiać o wspólnych projektach I tak, któregoś dnia zaproponował, czy nie przystąpiłbym do spółki. Ponieważ działałem już z Maciejem, chciałem żeby i on się w niej znalazł. Piotr stwierdził wtedy, że będzie tyle roboty, że wystarczy dla wszystkich. Przy czym Piotr i Krzysztof postawili warunek , aby została nazwa Podsiedlik-Raniowski. Wspólnie z Maciejem uznaliśmy, że nie ma o co kopii kruszyć bo nie wiadomo, czy ta firma w ogóle przetrwa! Dodaliśmy więc do nazwy tylko słowo „spółka”. I 25 lat temu powstała firma Podsiedlik, Raniowski i Spółka. Po 25 proc. udziałów dla każdego, uczciwie, solidarnie i równo?MC: Tak jest! Ale takie brzmienie nazwy miało też swoje zalety. Użycie nazwisk dodawało wiarygodności, ponadto odróżniało nas od niezliczonych spółek, których nazwy kończyły się na „ex”. Czyli mamy czterech młodych i przystojnych facetów. Krzysztof Raniowski prawnik, Piotr Podsiedlik niedoszły lekarz…MCz: A my dwaj po studiach rolniczych, ja po chemii rolnej, Michał po ekonomice rolnictwa... Czyli wszyscy świetnie przygotowani do zawodu wydawcy!MS: Absolutnie!MCz: To były takie czasy. Gdy przypomnę sobie moich kolegów i koleżanki ze studiów, to naprawdę nie więcej niż 10-15 proc. z nich po ich ukończeniu była związana z rolnictwem. Większość wykonywała wszelkie możliwe inne zawody. Kiedy spółka została zarejestrowana?MCz: W lutym 1990 roku.Ale rocznicę 25-lecia obchodziliście w maju tego roku?MCz: W rocznicę wydania naszej pierwszej książki. Był to „Stefek Burczymucha”, bo zaczęliśmy od książki dziecięcej.MS: Ciekawostka jest taka, że moja żona, która jest Greczynką, wyciągnęła z szafy swoją grecką książkę z dzieciństwa, z bardzo kolorowymi ilustracjami, na których postacie miały wielkie niebieskie oczy. Bardzo się ta książka różniła od książek wydawanych w czasach komuny. A ponieważ rodziły nam się dzieci, to uznaliśmy, że książka dziecięca będzie dobrym tematem. Krzysztof i Piotr zdecydowali się na odejście od poradników prawniczych i podjęliśmy decyzję o wydawaniu książek dziecięcych. Zaczęliśmy się więc zastanawiać od czego rozpocząć naszą działalność i podczas spotkania w małym mieszkanku Piotra Podsiedlika gospodarz zaproponował, „Tytusa, Tomka i A’tomka”. Natychmiast uznaliśmy, że jest to świetny pomysł, więc Piotr chwycił za książkę telefoniczną i zadzwonił do Papcia Chmiela. Dowiedział się jednak, że … kilka dni wcześniej przyszli do niego jacyś faceci z firmy o nazwie Kant, czyli późniejszego Wydawnictwa Proszyński S-ka, i kupili od niego prawa. Kto wie jak potoczyłyby się losy naszych firm, gdybyśmy trochę wcześniej wpadli na ten pomysł. A „Stefek Burczymucha” był do kupienia?MS: Był wolny! Zaczęło się jednak od tego, że daliśmy ogłoszenie, że poszukujemy plastyków i zgłosiła się ilustratorka z gotową koncepcją książki i to był właśnie „Stefek Burczymucha”. Pierwszy nakład wynosił 50 tys. egz. i sprzedaliśmy go w całości do jednej księgarni! Była to księgarnia Bestseller Mariana Piaseckiego, taki mały kiosk przy ul. Strzeleckiej w Poznaniu. Ale sam tego wszystkiego nie sprzedał?MS: Wtedy jak grzyby po deszczu powstawały różnego typu hurtownie, tworzyła się sieć powiązań między nimi a detalem, dlatego zapewne liczył na to, że bez problemu upora się z całością.Ile wyniósł wasz przychód w pierwszym roku?MCz: Pamiętam kwotę 1,1 mln (przed denominacja) co na dzisiejsze warunki oznacza 110 tys. zł. I dalej już poszło?MS: No nie tak łatwo... Dopiero w kolejnym roku wydaliśmy dwie serie książek licencyjnych – siedem tytułów w całkowitym nakładzie 350 tys. egz. które w ciągu miesiąca w całości sprzedaliśmy i odzyskaliśmy gotówkę, co w tamtych czasach wcale nie było takie oczywiste. Te dwie serie dały nam tak naprawdę „paliwo”, aby prowadzić eksperymenty wydawniczo-biznesowe przez kolejne lata. Na następny duży sukces komercyjny musieliśmy bowiem czekać aż cztery lata do roku 1995, kiedy to wydaliśmy „Ilustrowane dzieje Polski”.MCz: Właśnie dzięki tym eksperymentom, doszliśmy do wniosku, że powinniśmy wydawać przede wszystkim książki własne, bo przestało nam odpowiadać przepłacanie za tytuły licencyjne. Wówczas podjęliśmy decyzję o utworzeniu własnego studia graficznego, opartego na komputerach Macintosh. Były to naprawdę pionierskie czasy, bo trzeba sobie zdawać sprawę, że ludzi, którzy potrafiliby na nich pracować było bardzo mało.. Więc de facto sami, na własnych błędach, przy pomocy garstki grafików, których zatrudnialiśmy w studiu, wypracowywaliśmy zasady przygotowywania takich książek w oparciu o rozwiązania zagraniczne. Nazywaliśmy je „rozkładówkowe” – bogato ilustrowane, z ilustracjami bezpośrednio powiązanymi, „oblanymi” tekstem, gdzie jednostką była właśnie rozkładówka, czyli dwie strony. „Ilustrowane dzieje Polski” były pierwszą próbką naszego myślenia o nowoczesnej formie edytorskiej książek popularnonaukowych z przeznaczeniem dla dzieci i młodzieży. W ślad za serią „Ilustrowane…” pojawiły się kolejne, takie jak: „Pytania i odpowiedzi”, „Sławni Polacy”, „Klucz do ojczyzny” czy seria „Cuda Polski”. która wykorzystywała ten sam sprawdzony już model przygotowania książek. Z perspektywy obserwatora było wówczas widać, że podejmujecie próbę stworzenia nowoczesnego programu edytorskiego w oparciu o własne możliwości i korzystny zbieg okoliczności, a wasza determinacja pokazała, że warto było w tą stronę iść…MS: Z perspektywy lat widać, że praca na własnych pomysłach dała nam dużą swobodę w …
Wyświetlono 25% materiału - 938 słów. Całość materiału zawiera 3753 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
Dostęp czasowy
Płatność za pośrednictwem usługi SMS
Aby otrzymać kod dostępu, należy wysłać SMS o treści koddm1 pod numer: 79880. Otrzymany kod zwotny wpisz w pole poniżej.
Opłata za SMS wynosi 9.00 zł netto (10.98 PLN brutto) i pozwala na dostęp przez 15 minut (bądź do czasu zamknięcia okna przeglądarki). Przeglądarka musi mieć włączoną obsługę plików "Cookie".
Dostęp terminowy
Płatność kartą płatniczą lub przelewem
Dostęp terminowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail.
Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeżeli jesteś już abonentem Rynku Książki