
Miejmy to z głowy już na wstępie. „Wiedźmin: Rozdroże kruków” jest udanym i zwyczajnie przyjemnym powrotem do świata stworzonego niemal 40 lat temu na łamach „Fantastyki”. Nie jest to powieść wybitna, ani nawet szczególnie ambitna, ale wciąż bardzo wartościowa dla każdego fana wiedźmińskiej sagi. Na wypadek, gdyby jakiś zaangażowany fan twórczości Andrzeja Sapkowskiej próbował doszukać się w powyższych komplementach zawoalowanej przygany, to śpieszę z wyjaśnieniem – w trakcie lektury „Rozdroża kruków” ani przez moment nie ma się wrażenia, że prequel „Wiedźmina” aspiruje do miana literackiego arcydzieła. Jestem przekonany, że wydana pod koniec listopada ub. roku powieść w pełni realizuje zamierzenia jej autora, a co za tym idzie należy ją uznać za sukces. Nie tylko z powodu swej wartości literackiej i kryjącej się na kolejnych stronach dużej dawki nostalgii i pisarskiego stylu, za którym fani „Wiedźmina” tęsknili od dawna.
Trzeba zresztą powiedzieć sobie szczerze, że po latach zauważalnej posuchy i oczekiwań na powrót Andrzeja Sapkowskiego do pisania wielbiciele Geralta z Rivii są ostatnio zauważalnie rozpieszczani. Oprócz „Rozdroża kruków” do sklepów i księgarni kilka dni później trafił kolejny tom komiksowej serii od CD Projekt RED i Dark Horse Comics (w Polsce wydawanej przez Egmont) pt. „Wiedźmin. Dzikie zwierzęta”, a w grudniu zapowiedziano powstanie następnej historii. W międzyczasie popularni „Redzi” udostępnili też pierwszy zwiastun gry „Wiedźmin 4”, w którym do rangi głównej bohaterki urosła Ciri.
Takie nagromadzenie wiedźmińskich premier i zapowiedzi nie jest oczywiście przypadkiem. Wyczekiwany od lat powrót Andrzeja Sapkowskiego, i to w dodatku powrót do jego najsłynniejszego bohatera, w oczywisty sposób napędził koniunkturę na „Wiedźmina”. CD Projekt RED pozostało kuć żelazo, póki gorące, tym bardziej w sytuacji, gdy „Rozdroże kruków” spotkało się z przeważająco pozytywnym odbiorem, choć studio podkreśla ze swojej strony, że ich plany ujawnienia trailera „nie były w żaden sposób powiązane z premierą książki pana Sapkowskiego”.
To, na ile nowa książka przypadła czytelnikom do gustu, zdaniem znanego propagatora fantasy w Polsce, adiunkta w Katedrze Technologii Informacyjnych i Mediów Wydziału Humanistycznego Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, autora książki „Światotwórstwo w fantastyce. Od przedstawienia do zamieszkiwania” dra Krzysztofa M. Maja zależy głównie od tego, co czytelnik wyżej ceni sobie u 76-latka – opowiadania czy powieści.
– Osobiście uważam, że jest to znaczący sukces, gdyż „Rozdroże kruków” zbliża się wyraźnie do opowiadań, czyli do „Ostatniego życzenia”, do „Miecza przeznaczenia” oraz do nieco zapomnianego zbiorku „Coś się kończy, coś się zaczyna”. Czytelnicy, którzy woleli Sapkowskiego okresu sagi wiedźmińskiej, być może mogą czuć się nieco rozczarowani. Natomiast ci, którzy cenią Sapkowskiego za lapidarny język, cięte dialogi, krótką formę i do tego bardzo charakterystyczny styl tworzenia takich miniatur scenicznych, przedzielanych asteryskami, przechodzeniem do kolejnego wątku, kolejnego rozdziału, będą zachwyceni. Ja czegoś takiego bardzo potrzebowałem – bez ogródek stwierdza Krzysztof M. Maj.
Trzeba przyznać, że aż prosi się o umiejscowienie wielu elementów w „Rozdrożu kruków” w kontekście swoistego „powrotu do początków”. Forma jest bliższa pierwszym opowiadaniom, fabuła kręci się wokół pytania o genezę nienawiści zwykłego ludu wobec wiedźminów, a główny bohater dopiero uczy się swojego fachu i wciąż słabo rozumie reguły rządzące światem poza Kaer Morhen. Nawet fakt, że czytelnicy mieli możliwość zapoznania się z fragmentem prequela na łamach „Nowej Fantastyki” przed oficjalną premierą, budzi oczywiste skojarzenia z pierwszym krokiem na artystycznej ścieżce Andrzeja Sapkowskiego.
Wieloletni redaktor pisma – Marcin Zwierzchowski, obecnie związany z „Wiedźminem” jako Editor/Writer w zespole Franchise w CD Projekt RED, tak tłumaczy pragnienie, by „Rozdroże kruków” objawiło się czytelnikom po raz pierwszy na łamach „NF”:
– Jak tylko pojawiły się jakiekolwiek informacje o „Rozdrożu…”, to dla mnie było oczywiste, że trzeba coś w związku z tym tematem zrobić w „Nowej Fantastyce”. Nie tylko mnie wydawało się to naturalne, więc nie musiałem nikogo namawiać. Zadzwoniłem po prostu do Wojtka Płatka, który zarządza superNową. Na szczęście ich plany dobrze zgrały się z cyklem wydawniczym „NF”. Co więcej, to oni sami wyszli z propozycją: „To u was po raz pierwszy pokażemy okładkę i tytuł”. Ja chciałem tylko fragment i nawet z niego byłbym zadowolony. Bo przecież doskonale wiem, że każde medium w Polsce chciałoby ogłosić nowego „Wiedźmina”.
Człowiek ten nadszedł z handlu detalicznego
O nieliterackich początkach Andrzeja Sapkowskiego powiedziano przez lata naprawdę dużo. Wokół powstania pierwszego opowiadania zatytułowanego po prostu „Wiedźmin” do dziś krąży trochę sprzecznych informacji (dotyczących głównie roli zmarłego w 2019 roku Krzysztofa Sapkowskiego), ale większości fanów pisarza wystarcza tych kilka wątków, które nakładają się na legendę najważniejszej polskiej serii fantasy. Na korzyść „Wiedźmina” działa choćby fakt, że opublikowany w grudniu 1986 roku tekst zajął „dopiero” trzecie miejsce w konkursie organizowanym przez „Fantastykę”. Człowiek, który obecnie jest wymieniany jednym tchem obok najważniejszych twórców światowej fantastyki, nie tylko odniósł swój sukces w wieku dojrzałym, ale w dodatku na starcie nie został tak do końca doceniony. Czyż może być coś bardziej przemawiającego do wyobraźni każdego początkującego artysty?
Inna sprawa, że Andrzej Sapkowski ewidentnie nie obraził się za to trzecie miejsce. Bliska relacja autora „Rozdroża kruków” z „Fantastyką” i (od 1990 roku) „Nową Fantastyką” przetrwała długie lata w stanie nienaruszonym. Marcin Zwierzchowski uznaje to za zasługę w dużej mierze jednej osoby, Macieja Parowskiego, który również zmarł w 2019 roku: – Pierwsza i najważniejsza odpowiedź brzmi: „Maciuś Parowski”. Oni przez lata się przyjaźnili. Maciek był jedynym człowiekiem, który potrafił jakkolwiek wpłynąć na Andrzeja Sapkowskiego. W jednym z wywiadów pan Andrzej przyznał, że to Maciek zasugerował mu, że „dziecko niespodzianka” mogłoby być dziewczynką. I pisarz ewidentnie za tym poszedł. Ponadto Maciej Parowski jako jedyny napisał fabułę na podstawie pomysłu Andrzeja Sapkowskiego. Chodzi o komiks „Wiedźmin. Zdrada”, którego istnienie wiele mówi o pozycji Macieja – tłumaczy były redaktor „NF”.
Przyzwyczajenie Andrzeja Sapkowskiego do stałych relacji i respektowanie ich na przestrzeni lat poskutkowało jeszcze jedną konsekwentną zasadą: jeżeli twórca „Wiedźmina” pisze coś nowego, to zawsze wydaje go superNowa. W rzeczywistości takie przedstawienie sprawy nie jest do końca pełne, bo pierwszy tom opowiadań pt. „Wiedźmin” wydał Reporter (jak przypomina Marcin Zwierzchowski, tamten zbiór niejako „załatwił” Andrzejowi Sapkowskiemu wspomniany Maciej Parowski), ale zarazem nie umniejsza ani odrobinę trwałości związku Sapkowskiego z superNową. Związku nomen omen często krytykowanego, bo zdaniem wielu czytelników seria o takim kalibrze zasługuje na wydawcę prezentującego wyższy poziom. Również przy premierze „Rozdroża kruków” nie obyło się bez kontrowersji, tym razem dotyczących późnego ogłoszenia alternatywnych okładek, wydania w twardej oprawie oraz naprawdę wysokiej ceny. Krzysztof M. Maj posuwa się nawet do tego, by sposób wydania prequela nazwać „skandalicznym” i „niepoważnym”.
– Andrzej Sapkowski jest człowiekiem, przynajmniej z mojej perspektywy, który bardzo ceni sobie dobre relacje i zdaje mi się, że to jest taka dusza handlowca, bo on przez lata pracował w handlu. Ma bardzo mocny kodeks z tym związany, dlatego od lat posiada tego samego wydawcę. Wiem, że były podejmowane wysiłki przez wiele firm i odbywały się rozmaite podchody do pana Andrzeja, by zmienił wydawcę, ale to się nie wydarzy po prostu – wyjaśnia stosunek Andrzeja Sapkowskiego do superNowej Marcin Zwierzchowski.
Pierwsze pisarskie próby wtedy już ponad 30-letniego handlowca okazały się koniec końców na tyle udane i popularne, że naturalnym krokiem było dalsze rozwijanie tego świata. Wyzwanie to podjął Andrzej Sapkowski, a potem kolejne pokolenia twórców zainspirowanych jego dziełami i bohaterami. Były redaktor „Nowej Fantastyki” podkreśla jednak, że nie należy z dzisiejszej perspektywy zapominać o tym, jak wielkim zaskoczeniem dla wszystkich był sukces „Wiedźmina” i naszego własnego, rodzimego fantasy: – „Wiedźmin” powstał w czasach, kiedy wszyscy chcieli nowego Lema. Andrzej Sapkowski nie planował niczego poza jednym opowiadaniem. Kontynuował pisanie, bo ludzie się za nim opowiedzieli. Jeden człowiek, pan Rafał z Poznania, jeśli dobrze pamiętam, wysłał pieniądze na adres redakcji z prośbą o przekazanie Andrzejowi Sapkowskiemu. Na kolejne opowiadania czytelnicy wciąż reagowali entuzjastycznie. Nigdy nie zauważyłem w Andrzeju Sapkowskim niczego innego niż absolutna, pełna świadomość, komu to zawdzięcza i dla kogo pisze – podsumowuje Zwierzchowski.
Od najlepszego polskiego fantasy do globalnej sławy (i z powrotem)
Jest swego rodzaju paradoksem, że pomimo tego, jak istotnym elementem dla rozwoju całej marki jest powieściowa saga wiedźmińska, akurat o niej mówi się zazwyczaj najmniej. Nawet w konwersacjach z moimi rozmówcami nie zaprzątają one tak bardzo ich uwagi jak wcześniejsze opowiadania. Również wśród czytelników Andrzeja Sapkowskiego dominuje pogląd o tym, że krótka forma zwyczajnie lepiej pasuje do tego świata i stylu polskiego pisarza. Powieści są więc fundamentem, na którym zbudowana została siła i trwałość marki (przy całym szacunku dla „Ostatniego życzenia” i „Miecza przeznaczenia”, ale wariacje na temat „Pięknej i bestii”, „Małej syrenki” czy arturiańskich legend były do tego zbyt efemeryczne), lecz najczęściej pamięta się je za sprawą dłużyzn, dzielącego odbiorców rozwoju wątku Ciri oraz odstawienia Geralta na dalszy tor. Osobiście nie do końca zgadzam się z tym umniejszaniem powieści, moim zdaniem Andrzej Sapkowski nie napisał ani wcześniej, ani potem czegoś równie dobrego jak opis bitwy pod Brenną, natomiast rozumiem uwagi powielane przez krytyków sagi.
– Dla mnie saga wiedźmińska im bliżej tomów 4. i 5., tym stała się bardziej rozwlekła i przegadana. Zwłaszcza dla kogoś, kto zna klasykę fantasy i wie, że Sapkowski jest postmodernistą, więc będzie się bawił konwencją. Jeśli ktoś już jest po kilku ważnych lekturach, to będzie widział ciągłe powroty do korpusu arturiańskiego, który Andrzej Sapkowski bardzo sobie upodobał, i po prostu ta gra dla samej gry niejednokrotnie może czytelnika nużyć. Szczerze powiedziawszy, właśnie taka spokojniejsza, ale jednocześnie bardziej lapidarna narracja Sapkowskiego w „Rozdrożu kruków” bardzo mi odpowiadała. Chociaż widziałem recenzentów, którzy krzywili się właśnie na to, że prequel pozostawia z pewnym niedosytem, zwłaszcza jeżeli chodzi o partie kończące, które pędzą ku rozwikłaniu wszystkich wątków. To rzeczywiście dało się odczuć, przyznaję. Natomiast ja i tak wolę narrację krótką, bardziej lapidarną u Sapkowskiego niźli jakieś rozwlekłe próby erudycyjne – ocenia różnice między sagą a nową mikropowieścią Krzysztof M. Maj.
Wraz z wydaniem „Pani Jeziora” w 1999 roku zaczął się wyjątkowo dziwny okres dla fanów „Wiedźmina”. Andrzej Sapkowski wciąż aktywnie tworzył – najpierw skupiony na świetnej trylogii husyckiej, a później na powieści „Żmija”, której fatalny odbiór z czasem ustąpił miejsca całkowitemu zapomnieniu. Nie były to jednak tytuły choćby incydentalnie związane z Geraltem z Rivii. Fani „Wiedźmina” w tamtych latach dostali tylko film fabularny i 13-odcinkowy serial, odpowiednio z 2001 i 2002 roku. Dziś te produkcje cieszą się znacznie lepszą opinią niż w pierwszych latach po debiucie, głównie za sprawą ogromnego zawodu serialem Netfliksa. Nie ma co jednak poddawać się sztucznemu zabarwianiu rzeczywistości i zachwytom służącym głównie za internetowy mem, tudzież będących opinią ludzi, którzy często nawet nie oglądali obu produkcji.
Tylko jeden element polskiej ekranizacji realnie doczekał się nowego, odmienionego odbioru, na co zwraca uwagę Krzysztof M. Maj: – Obawiam się, że mogę być słabym depozytariuszem nadziei na to, że była to niedoceniona, wybitna produkcja. Jako fan gatunku ubolewam mocno nad brakiem budżetu i ograniczeniami technicznymi, które niestety bardzo blokują wiarygodność przedstawienia magicznego świata na ekranie. „Wiedźmin” był wtedy na miarę naszych możliwości, ze wszystkimi możliwymi konotacjami tego wyrażenia. Natomiast na pewno kreacja Michała Żebrowskiego jest lepsza niż kreacja Henry’ego Cavilla, co do tego nie mam wątpliwości.
Pierwsza tak poważna próba wyjścia z „Wiedźminem” poza literacki świat (w latach dziewięćdziesiątych ukazywały się wspomniane wcześniej komiksy ilustrowane przez Bogusława Polcha, lecz ich kulturowy zasięg był ograniczony) okazała się więc gigantyczną klapą. Fanom marzył się sukces na miarę Zachodu, tymczasem „Wiedźmin” znów okazał się wyjątkowo polski, tym razem w znaczeniu negatywnym. Również zagraniczny zasięg samych książek nie był tak rozległy, jak pewnie byśmy chcieli. Andrzej Sapkowski oczywiście bywał tłumaczony na obce języki, grubą przesadą jest przypisywanie pełni zasług w promowaniu „Wiedźmina” na międzynarodowej arenie CD Projektowi, natomiast nad Wisłą czuliśmy wciąż niedosyt. I naprawdę nikt nie oczekiwał, że debiut growego „Wiedźmina” pod koniec 2007 roku coś w tym temacie zmieni. Jakże odległy od dzisiejszych nastrojów jest tamten marazm, a zarazem jak bardzo śmiesznie brzmią ogólnonarodowe zachwyty z 2017 roku, gdy Netflix ogłosił rozpoczęcie prac nad serialem!
Okazało się bowiem, że wbrew powszechnemu przekonaniu z początku XXI wieku ratunek dla „Wiedźmina” wcale nie nadszedł z Zachodu, lecz krył się tuż pod naszym nosem. Wiele osób zapewne przyklaśnie takiemu stawianiu sprawy, inni mogą uznać, że w przypadku CDP piłeczka została podbita zbyt wysoko. Ci drudzy powiedzą zapewne, że to Andrzej Sapkowski był, jest i na zawsze pozostanie jedynym prawdziwym ojcem „Wiedźmina”. Co do zasady można się z tym stwierdzeniem zgodzić, ale diabeł tkwi w szczegółach. Dzisiejsze emocje, wciąż świeże po premierze „Rozdroża kruków”, znajdują się zwyczajnie na innym poziomie niż 20 lat temu. Wtedy nikt nie miał pewności, czy Biały Wilk kiedykolwiek powróci w formie książkowej, a nawet, gdy do tego wreszcie doszło, budzący do dzisiaj gorące dyskusje „Sezon burz” z 2013 roku oraz odrzucona przez wielu czytelników z miejsca jako „fanfiki” antologia „Szpony i kły” z 2017 roku nie wlały nadziei we wszystkie serca.
Długo można by dyskutować o tym, co z postacią Geralta z Rivii i innymi bohaterami sagi zrobili na przestrzeni lat scenarzyści z CD Projekt RED. Wiele dobrego, ale też trochę złego. Jednocześnie nie mam wątpliwości, że gry były tej serii potrzebne, tak jak i Polakom, by na zawsze pogrzebać pewien od dawna tkwiący w nas kompleks. Wreszcie to nie my musieliśmy patrzeć z zazdrością na Zachód, tylko ktoś zaczął zerkać z szacunkiem na naszą popkulturę, naszego bohatera i nasze studio. CD Projekt RED nie zdobyło globalnej sławy od razu, od 2007 roku i premiery „Wiedźmina” stopniowo budowało swoją pozycję: najpierw za sprawą „Zabójców królów” w 2011, a po czterech kolejnych latach – „Dzikiego Gonu”. A sukces na jednym polu pozwolił im też na wysforowanie „Wiedźmina” na kolejnych obszarach artystycznej eksploatacji z komiksową serią na czele. Wszystko to ma swój bardzo wymierny efekt. W 2025 roku naprawdę trzeba by się sporo namęczyć, by znaleźć gracza z Zachodu lub Wschodu, który nigdy nie słyszał o „Redach”, Geralcie i „Cyberpunk 2077”.
Ten proces kulturowej konwergencji w pewnym momencie nabrał też sprzężenia zwrotnego i zabrał nas z powrotem w stronę książek. W pierwszych tygodniach od premiery „Rozdroża kruków” aż roiło się od opinii, w których czytelnicy wprost przyznawali, że nowa powieść Andrzeja Sapkowskiego… przypomina im swoją formą właśnie gry cRPG. Marcin Zwierzchowski dostrzega tu połączenie dwóch mocnych stron polskiego pisarza – jego czytelniczej świadomości i mistrzowskiego opanowania krótkiej formy.
– Jak mówiłem, Andrzej jest zapalonym czytelnikiem. On bardzo dużo czyta. W zakłopotanie wprawia każdego, kto się zawodowo zajmuje fantastyką, bo zawsze jest na bieżąco. Mam wrażenie, że ta książka była pisana z dużą świadomością. Nazywa się to brzydko fanserwisem, ale należy rozgraniczyć fanserwis robiony źle i taki naprawdę udany. Ten akurat jest cholernie dobry. A ta samoświadomość Andrzeja Sapkowskiego objawia się w czymś jeszcze. Chyba w jakimś wywiadzie ostatnio czytałem, jak mówił: „Ja wiem, że wszyscy uważają, że jestem lepszy w krótkiej formie”. Faktycznie, zawsze był. „Rozdroże kruków” ma coś z tej formy opowiadania, ale ona też doskonale pasuje do „Wiedźmina”. Wiedźmin dostaje zlecenie, idzie do roboty albo szuka następnej. To jak questy. Dlatego może ta postać tak pasuje do gier fantasy, bo taka jest natura Wiedźmina, ta fragmentaryczność, to ciągłe spotykanie nowych ludzi, ciągła droga i nowe zadania. To jest Wiedźmin – podsumowuje Zwierzchowski.
– Mam wrażenie i chyba Sapkowski by odpowiedział podobnie, że to gry pożyczyły sobie formułę questu od literatury fantastycznej, a nie na odwrót. Quest jest charakterystyczną cechą pierwszorzędnej, klasycznej narracji fantasy. Zbiera się grupka chwackich bohaterów lub jeden bohater dostaje zlecenie, ma znaleźć artefakt, rusza po niego, gdzieś dociera. Tam sytuacja się komplikuje, rozwija się fabuła, pojawiają się perypetie, ale w którymś momencie artefakt zostaje zdobyty albo problem udaje się rozwiązać.Przy czym, oczywiście, swoje odgrywa tu także talent pisarski. Andrzej Sapkowski lubi pokazać, że zlecenie się nie udało, że coś się nie powiodło. Widzimy u niego postmodernistyczny namysł nad strukturą zadania z klasycznego fantasy. Dlatego pewne analogie są oczywiste, ale to także dlatego, że znowuż patrząc z perspektywy groznawczej, struktura narracyjna questu jest analogiczna względem tradycyjnej piramidy Freytaga w narracji – zwraca z kolei uwagę dr Maj.
Andrzeja Sapkowskiego spory, naśladowcy i kontynuatorzy
W każdej historii obejmującej ponad 20 lat muszą się jednak pojawić pewne zgrzyty. W przypadku „Wiedźmina” wcale ich nie brakowało, by wymienić tylko: spór Andrzeja Sapkowskiego z CD Projekt RED o pieniądze, bardzo mieszany odbiór dwóch książkowych nowości wydanych między zakończeniem sagi a „Rozdrożem kruków”, czy wreszcie postępującą degrengoladę „Wiedźmina” od Netfliksa. Opowieść o fenomenie Białego Wilka, Yennefer, Jaskra, Ciri, Yarpena, Zoltana, Regisa i pozostałych nie byłaby pełna bez dotknięcia również tych kwestii. Ojcem tych postaci, jak to już zostało wspomniane, pozostaje 76-letni pisarz, ale ojczymów, macoch, pociotek i dalekich kuzynów o wątpliwym rodowodzie też im się przez lata nagromadziło.
Truizmem byłoby powiedzieć, że „Wiedźmin” na przestrzeni lat miał duży problem z adaptacjami. Przy całej deklarowanej względem dzieł Sapkowskiego miłości twórcy kolejnych produkcji zmieniali w materiale źródłowym zaskakująco wiele, zresztą robią to do dzisiaj – najświeższym przykładem debiutujący 11 lutego na Netfliksie film animowany „Wiedźmin: Syreny z głębin”. Dopóki jednak te adaptacje odnosiły mniej lub bardziej spektakularną porażkę, dopóty pewien status quo był utrzymywany. Jedną z tego typu porażek, dosyć zasadniczą, poniosło studio Metropolis Software, które w 1997 roku nabyło prawa do growej adaptacji „Wiedźmina” i dostało wolną rękę od pisarza, ale nigdy nie dostarczyło produktu na rynek. Gdy w 2002 roku Andrzej Sapkowski zawarł z CD Projekt RED umowę sprzedaży autorskich praw majątkowych do „Wiedźmina”, mógł więc wątpić w powodzenie projektu. Tym zazwyczaj tłumaczy się fakt wybrania przez niego stosunkowo niewielkiego, ale pewnego wynagrodzenia (w mediach przewija się kwota 35 tys. zł, ale nigdy nie została potwierdzona), zamiast procentu od potencjalnych zysków. Te zaś okazały się całkiem spore i coraz większe z każdą kolejną grą stworzoną przez „Redów”.
W październiku 2018 roku w mediach rozniosła się wiadomość, że pełnomocnicy Andrzeja Sapkowskiego wezwali spółkę do zapłaty należnych mu pieniędzy, powołując się na tzw. klauzulę bestsellerową w prawie autorskim. Głosi ona: „W razie rażącej dysproporcji między wynagrodzeniem twórcy a korzyściami nabywcy autorskich praw majątkowych lub licencjobiorcy, twórca może żądać stosownego podwyższenia wynagrodzenia przez sąd”. Prawnicy Sapkowskiego wyliczyli, że należy mu się 6 proc. zysków ze sprzedaży gier, czyli co najmniej 60 mln zł. Prawny spór był swego rodzaju podsumowaniem coraz bardziej napiętych stosunków między twórcami gier a pisarzem, któremu zdarzało się wypowiadać o ich dziełach i samych graczach w lekceważący sposób.
Wiele lat wcześniej sympatia Polaków w takiej sytuacji znajdowałaby się zdecydowanie po stronie Andrzeja Sapkowskiego, ale w 2018 roku krajobraz fandomu „Wiedźmina” był już skrajnie odmienny od tego z początku wieku. Nałożyły się na to globalny sukces gier, które w różnym stopniu oddawały ducha wiedźmińskiego świata, ale swoją grywalnością zdobyły serca milionów graczy, a także bardzo chłodne przyjęcie „Sezonu burz”. W ciągu całej swojej pisarskiej kariery Sapkowski nie przeżył równie poważnego kryzysu jak między 2009 a 2013 rokiem. Najpierw z fatalnymi recenzjami spotkała się „Żmija”, a następnie czytelnicy wszem wobec kręcili nosem na powieść, która przynajmniej na papierze była spełnieniem ich marzeń – powrotem Geralta z Rivii. Czemu więc doszło do jej odrzucenia?
– „Sezon burz” był dla mnie powieścią pod wieloma względami rozczarowującą, gdyż zlokalizowaną w środku sagi jako interquel. Rozpoczął się i zakończył od takiego schematu fabularnego, który jest moim zdaniem bardzo nieudany, zwłaszcza jeżeli chodzi o opowieści fantasy. To znaczy, jeżeli nasz bohater traci moc, jest oczywiste, że z czasem ją odzyska. Sapkowski zastosował taką pętlę fabularną, która nie mogła niczym zaskoczyć czytelników – zaznacza Krzysztof M. Maj.
Podobnie „Sezon burz” odbiera Marcin Zwierzchowski, choć do pewnego stopnia stara się usprawiedliwić Andrzeja Sapkowskiego i dokonać swoistej rehabilitacji książki z 2013 roku: – Są dyskusje o książkach i są wokół książek. Ja mam wrażenie, że „Sezon burz” jest demonizowany, ponieważ była to jakaś zniżka formy. Tylko trzeba mieć świadomość, że niższa forma u kogoś, kto pisze zwykle astronomicznie dobre rzeczy, wciąż jest kosmiczna i nieosiągalna dla absolutnej większości. „Sezonowi burz” autentycznie chyba lepiej by zrobiło, gdyby wziąć z niego najlepsze fragmenty jako opowiadania. Nie ma osoby, która by kłóciła się z tym, że „Lisiczka” jest jednym z najlepszych kawałków w prozie Andrzeja. Zresztą to jest dosłownie osobne opowiadanie – Andrzej zatrzymuje powieść, żeby zrobić tam epizod, który nie ma nic wspólnego z jej fabułą. Gdyby to wyszło jako osobny tekst w „NF”, to ludzie by stwierdzili: „Ja pierdzielę, Sapkowski wciąż to ma”.
Były redaktor „Nowej Fantastyki” nie ukrywa przy tym, że te najlepsze, najbardziej zwarte fragmenty „Sezonu burz” są niemal zawsze oderwane od głównego wątku, który określa jako „fetch quest” i mało przekonujące „ganianie za mieczami”.
Tak jak czytelników nie przekonał do siebie „Sezon burz”, tak i argumentacja prawników Sapkowskiego odnośnie do pieniędzy przynależnych mu za gry nie trafiła na zbyt podatny grunt. Wielu odbiorców uważało, że po latach odżegnywania się od produkcji studia, pisarz zwyczajnie nie zasługuje na jakiekolwiek profity finansowe. W sieci nie brakowało w dodatku rozmaitych „tytanów biznesu”, którzy wyśmiewali pierwotną decyzję twórcy o wzięciu pieniędzy z góry, kompletnie ignorując przy tym kontekst całej sytuacji. Koniec końców nie przyszło nam się jednak przekonać, do argumentów której ze stron przychyliłby się sąd, bo nieco ponad rok później ogłoszono zawarcie ugody, która „zaspokoiła i w pełni wyjaśniła potrzeby oraz oczekiwania obu stron przy poszanowaniu wcześniej zawartych umów oraz nakreśliła ramy przyszłej współpracy pomiędzy stronami”, a przy okazji zagwarantowała też spółce nowe pola eksploatacji. Tymczasem jednak adaptacyjna karuzela wciąż się kręciła.
Scenarzyści gorsi od twórców fanfików i prawdziwe fanfiki
Trudno bowiem uznać za totalny przypadek, że porozumienie między CD Projekt RED i Sapkowskim zostało ogłoszone 20 grudnia 2019 roku – dokładnie w dzień premiery 1. sezonu „Wiedźmina” na platformie Netflix. Twórcy serialu jeszcze przed jego premierą starali się kreować przed widzami wizję dużej zgodności z fabułą oryginału i przynajmniej częściowej współpracy z jego autorem. W ciągu kolejnych lat stali się wszakże synonimem wszystkiego, co najgorsze w świecie adaptacji fantasy. Dziś ze świecą można szukać obrońców kolejnych produkcji Netfliksa należących do tego uniwersum.
– Jedyny fan serialu wiedźmińskiego w Polsce to Tomasz Bagiński – komentuje zgryźliwie sytuację z „Wiedźminem” Krzysztof M. Maj, po czym dodaje: – A nawet i on zaczyna pękać, łamać się i mówić, że częściowo mu się podoba, częściowo nie jest zadowolony z niektórych rzeczy, co najlepiej pokazuje, że całość nie idzie w dobrym kierunku. Uważam, że kolejne dwa sezony to sezony o dwa za dużo, bo już trzeci był komicznie zły od strony światotwórczej.
Specjalista od literatury fantasy wskazuje na kilka fundamentalnych powodów, czemu „Wiedźmin” w opinii znacznej większości widzów okazał się nieporozumieniem. Jednym z nich jest nazbyt poważne podejście do historii, która w oryginale bawi się konwencją i jest pełna specyficznego humoru. W zasadzie nic z tego po przełożeniu na język hollywoodzkiego kina się nie ostało: – Zagraniczni badacze fantasy z którymi rozmawiałem, bardzo często porównywali Andrzeja Sapkowskiego z Terrym Pratchettem, co jest dla nas nieintuicyjne na początku. Natomiast jak pomyślimy o tym przez chwilę, ma to dużo sensu z perspektywy czytelnika anglosaskiego. I mam wrażenie, że to jest właśnie powód, czemu „Wiedźmin” powinien powstać w Wielkiej Brytanii, a nie w Stanach Zjednoczonych – podkreśla Maj.
Innym istotnym (i podnoszonym często również przez zwykłych fanów) powodem jest całkowite niezrozumienie istotnych bohaterów sagi – począwszy od samego Geralta. Warto w tym miejscu oddzielić kwestię oceny Henry’ego Cavilla i jego udziału w serialu od sprawy wykreowanego przez niego portretu Białego Wilka. Brytyjczyk jest powszechnie uznawany za jedynego prawdziwego fana powieści Sapkowskiego w gronie osób pracujących nad produkcją Netfliksa i jedyną obok Tomasza Bagińskiego osobą, której naprawdę zależało. Wielka sympatia względem samego aktora niekoniecznie idzie jednak w parze z pozytywną oceną jego wersji Geralta, która ma też wielu przeciwników. Wychowanek Vesemira na ekranie wypada bowiem zbyt mrukowato, nazbyt serio, brak mu poczucia humoru, trochę tendencji do narzekania, ale i naiwności wynikającej z niezmiennego poszukiwania dobra w drugiej osobie. Wszystkie te cechy (i to w świadomie zwiększonej dawce) otrzymujemy w „Rozdrożu kruków”.
Można odnieść wrażenie, że swego rodzaju prostota i „zwyczajność” prozy Andrzeja Sapkowskiego, jego ludzcy bohaterowie i ich problemy, stanowią pułapkę na kontynuatorów i ludzi zajmujących się adaptacjami. Powtórzenie sukcesu 76-latka wydaje im się więcej niż możliwe, a w praktyce magię „Wiedźmina” nader łatwo zagubić. Najlepiej z tym wyzwaniem poradzili sobie twórcy trylogii gier, choć oni też natrafiali na rozmaite problemy, z których wychodzili, nadając postaciom często autorski rys i bardziej stawiając na „słowiańskość” w kreacji świata przedstawionego. Na tym tle niejako wybija się „Wiedźmin” z 2007 roku, charakterem i fabułą mocno odstający od pozostałej dwójki, pod pewnymi względami najbardziej wierny wizji Andrzeja Sapkowskiego, a jednocześnie często przypominający odtwórczy fanfik. Wspomniana produkcja ma cechy wspólne z tomem „Wiedźmin. Szpony i kły”, w którym zawarto teksty domorosłych autorów biorących udział w konkursie na opowiadanie zorganizowanym przez „Nową Fantastykę”.
– Po prostu napisałem do pana Andrzeja: „Zbliża się 30-stka Geralta i chcielibyśmy coś w związku z tym zrobić. Padł pomysł otwartego konkursu na opowiadanie, bo dawno nie mieliśmy żadnego w »Nowej Fantastyce«. Bez problemu uzyskaliśmy zgodę pisarza: „Okej, macie moje błogosławieństwo” – powiedział. Potem, gdy się okazało, że wiele z tych opowiadań jest naprawdę dobrych, mogliśmy wydać je w formie książkowej. Antologia absolutnie nie była w planie na starcie, ale byliśmy w stanie uzbierać tomik, a poza tym panu Andrzejowi też się podobały. Pamiętam do dziś, że jego ulubionym tekstem był ten tytułowy – opisuje genezę powstania „Szponów i kłów” Marcin Zwierzchowski.
Tak pozytywny obraz przedsięwzięcia z przełomu 2016 i 2017 roku przedstawiony ze strony byłego pracownika „Nowej Fantastyki” nie dziwi – w końcu mowa o redaktorze tomiku, który włożył w jego stworzenie wiele sił i środków. Odbiór „Szponów i kłów” ze strony szerszego grona czytelników był jednak znacznie bardziej zróżnicowany. Odbiorcy zwracali uwagę na fluktuujący poziom, brak zrozumienia znanych z serii postaci, nie zawsze udane eksperymenty z formą, a także ogólną odtwórczość dzieła. Oberwało się także wydawnictwu superNowa, tym razem za projekt okładki próbujący zamaskować brak autorskiego zaangażowania Andrzeja Sapkowskiego w tom. Z perspektywy czasu Marcin Zwierzchowski dziwi się jednak, że ktokolwiek odebrał „Szpony i kły” jako coś kontrowersyjnego.
– To nigdy nie miało być dzieło Andrzeja Sapkowskiego. Zrobiliśmy konkurs, do którego zgłosiło się naprawdę dużo ludzi – zarówno amatorów, jak i profesjonalistów. Konkurs wygrał Piotr Jedliński ze swoim tekstem, a pewnie ze trzy inne mogłyby wygrać, łącznie z faworytem pana Andrzeja, i nikt by na to nie narzekał. Swoją drogą to pokazuje, że konkurs był totalnie obiektywny, niezależny od wpływów zewnętrznych, nawet ze strony Andrzeja Sapkowskiego. A jeśli chodzi o odbiór książki, to zawsze są dwie narracje. Jedna dotyczy książki, a druga wszystkiego dookoła. Wiem, jak wygląda dyskusja w internecie. Człowiek by zwariował, gdyby miał to wszystko brać do siebie. Mnie interesowały recenzje od ludzi, którzy wiedzą, co czytają, od rzetelnych dziennikarzy, recenzentów. I pamiętam, że te były bardzo okej, więc dla mnie to było super doświadczenie. Do tomu trafiło wiele osób, które wówczas były amatorami, a dzisiaj często zajmują się pisaniem zawodowo. Przynajmniej dwoje z nich pracuje teraz w CD Projekt RED przy różnych projektach, więc chyba mieliśmy nosa, publikując ich pierwsze teksty. Ja zresztą z niektórymi z nich potem pracowałem, gdy byłem zatrudniony w Storytel. Piotr Jedliński zrobił dla nas serial audio, który był olbrzymim hitem. Tam naprawdę znalazło się wiele fajnych tekstów i z mojej perspektywy to był olbrzymi sukces. Wiem, że „Szpony i kły” miały bardzo dobrą sprzedaż. Zresztą to dzięki nim zaliczyłem swój pierwszy i jedyny raz na gali Bestsellerów Empiku – wspomina Zwierzchowski.
Biały Wilk kroczy pewnie ku przyszłości
Jednym z negocjowanych w 2019 roku pól eksploatacji przynależnych CD Projekt RED były zapewne komiksy, które studio regularnie wydaje we współpracy z wydawnictwem Dark Horse od 2014 roku. Na przestrzeni 11 lat w języku polskim ukazało się osiem tomów, część została tworzona przy udziale rodzimych twórców – Aleksandry Motyki, Bartosza Sztybora (scenariusze) oraz Piotra Kowalskiego i Marianny Strychowskiej (rysunki). Wejście w tę działkę ze strony „Redów” było krokiem dosyć oczywistym nie tylko ze względu na już istniejący precedens pośród wiedźmińskich adaptacji, ale także globalny potencjał komiksowego rynku. Dzieła należące do tego medium pozwalają podtrzymać zainteresowanie marką między kolejnymi projektami growymi, bo choć stworzenie komiksu wymaga miesięcy pracy, to i tak zabiera nieporównywalnie mniej czasu od wypuszczenia na rynek gry z segmentu AAA czy serialu animowanego, co firma również zrobiła w kontekście uniwersum „Cyberpunk 2077”.
– CD Projekt RED bardzo chce rozwijać różne projekty, wspierając franczyzę, nie tylko gry. Najbardziej oczywistym przykładem jest anime „Cyberpunk: Edgerunners”. Takie dzieła nie tylko napędzają popularność IP, ale też otwierają nas na nową publikę. Będąc w zeszłym roku na New York Comic Conie, co chwilę widziałem kogoś w kurtce Davida Martineza. To pokazuje, jak ogromny potencjał tkwi w dodatkowych projektach rozwijających i wzbogacających ulubione przez fanów uniwersa. Komiksy są tu jedną z bardzo wielu odnóg opowiadania tych historii na innych płaszczyznach. Nowe tomy ukazują się regularnie, co na rynku komiksowym absolutnie nie jest czymś powszechnym. Chciałbym myśleć, że to zasługa ich jakości. Po prostu muszą się podobać, bo jakby ludzie tego nie czytali, to nikt by nie wydawał. To proste – zaznacza Marcin Zwierzchowski.
W trakcie naszej rozmowy pracownik CD Projekt RED wyjaśnia, że ich pierwszym i nadrzędnym wydawcą komiksów jest Dark Horse Comics, z którym „ściśle współpracują nad warstwą fabularną”. CD Projekt RED jest ponadto zaangażowany w przygotowanie komiksów po polsku, wraz z Egmontem. Jak zaznacza Zwierzchowski, to on obecnie pilnuje tekstów polskich oraz sprawdza liternictwo. Pracownik polskiej firmy określa ich komiksy jako dzieła bardzo autorskie, gdyż pomysły na nie wychodzą od samych scenarzystów – tyczy się to zarówno autorów działających wewnątrz CD Projekt RED, jak i twórców z zewnątrz: – Z propozycją przychodzi autor i jeżeli jego pomysł wydaje się nam ciekawy, wtedy zaczynamy działać. To jest w zasadzie nasza jedyna wytyczna – ma to być coś ciekawego. Nigdy nie narzucamy z góry tematów, nie mówimy: „Napisz nam taką i taką historię”. Zamiast tego pytamy: „Czy chcesz napisać »Wiedźmina«? Tak? To czekamy na propozycję”. I może dlatego te historie osiągają taki wysoki poziom. Jeżeli autor wkłada w to całe serce i pisze coś naprawdę swojego, czego nikt mu nie dyktuje, to wychodzi to po prostu lepiej.
Kolejny tom komiksu zatytułowany „The Witcher: The Bear and the Butterfly” zostanie napisany przez docenianego brytyjskiego twórcę Si Spurriera, co oznacza spory przeskok po kilku latach, w ciągu których za serię odpowiadał Bartosz Sztybor. Zmianę osoby scenarzysty Zwierzchowski określa jako „naturalny krok w rozwoju Bartka i jego działu”, po czym dodaje, że autor ten jest obecnie zajęty pracami nad kolejnym serialem animowanym rozgrywającym się w Night City.
– To oczywiście nie są zmiany na stałe. Jeżeli Bartek stwierdzi, że ma pomysł na nowy komiks wiedźmiński, to napisze komiks wiedźmiński – dodaje Marcin Zwierzchowski, po czym przechodzi do kwestii zaangażowania w projekt Si Spurriera. – Od początku był on bardzo entuzjastyczny. Znał dobrze markę, grał w „Wiedźmina 3: Dziki Gon”. Powiedział, że ma bardzo napięty kalendarz, ale „Wiedźminowi” nie może odmówić. Wymyślił ciekawą fabułę, w której eksplorował rzeczy, jakich wcześniej w komiksach nie dotykaliśmy. Znał dobrze markę. Na drodze Geralta pojawia się inny wiedźmin, z czego wynikają różne kwestie – więcej nie zdradzę, bo to na razie tajemnica. Si miał też pomysł na wykorzystanie pewnej legendy z europejskich obszarów i to w zasadzie wystarczyło, żeby nas zaintrygować.
Zanim polscy czytelnicy będą mogli przekonać się, czym faktycznie Brytyjczyk zaciekawił osoby odpowiedzialne za komiksową serię, upłynie wszakże trochę czasu. Pierwszy zeszyt anglojęzycznej wersji zaplanowano na 23 kwietnia, co wynika z długiego cyklu wydawniczego w tej branży. W międzyczasie na rynku pojawiają się też jednak komiksowe adaptacje opowiadań Andrzeja Sapkowskiego: – Absolutnie utrzymujemy tempo – dział jest większy, więc wszystkie prace idą sprawnie. Kontynuujemy nasze główne serie oraz planujemy naprzód kolejne tomy. To właśnie pozwala nam angażować świetnych twórców, czy to do pisania, czy do rysowania. Mnie osobiście cieszy, że adaptacje opowiadań weszły w taki stały rytm i będą się ukazywać mniej więcej co pół roku. Bardzo lubię pracę nad taką wierną adaptacją i wczytywanie się w tekst w poszukiwaniu szczegółów. Mogę powiedzieć, że w przyszłości zdecydowanie będzie tego więcej, a komiksy będą ukazywać się regularnie – podsumowuje pracownik CDPR.
Z oczywistych względów zdecydowanie dłużej przyjdzie nam poczekać na kolejne gry od polskiego studia i różnych współpracujących z nim podmiotów. Nie oznacza to jednak, że po tym nagłym wybuchu wiedźmińskich treści czeka nas teraz długi okres posuchy. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że po 4. sezon serialu Netfliksa (niemający wciąż dokładnej daty premiery, lecz zapowiedziany na 2025 rok) sięgnie zdecydowanie mniej odbiorców niż do tej pory. Przede wszystkim dlatego, że Andrzej Sapkowski coraz wyraźniej sygnalizuje chęć dalszego pisania dzieł należących do tego świata.
– Gdybym był Andrzejem Sapkowskim, pisałbym teraz zbiory opowiadań albo zacząłbym nową sagę z zupełnie innymi bohaterami. To byłoby bardzo dobre posunięcie marketingowe. Ale nie wiem, na ile Sapkowskiemu będzie się chciało pójść w tym kierunku, bo on już nic nie musi. Może sobie pisać 10 lat nową mikropowieść. I tak wszyscy ją kupią, a w dodatku będą zadowoleni. Dlatego też nie dziwię się Sapkowskiemu, że zwleka, pracuje w swoim tempie, ale cały czas pisze. To nie jest casus George’a R.R. Martina, który po prostu przestał pisać „Pieśń Lodu i Ognia” i nie może się sam przyznać przed sobą, że woli tworzyć scenariusze telewizyjne aniżeli powieści. A Sapkowski woli pisać książki. Nie lubi się z adaptacjami, co zawsze podkreśla. Co nie znaczy, że ich nie śledzi. Spodziewam się, że raczej utrzyma ten swój własny styl pisania, styl twórczy i nie będzie się poddawał presji otoczenia – dywaguje pracownik naukowy AGH w Krakowie.
Krzysztof M. Maj nie ma zarazem wątpliwości, że w przyszłości ciężar rozwijania wiedźmińskiej marki spocznie na barkach CD Projekt RED. Do czego skłania również bliższa niż przed laty zażyłość Andrzeja Sapkowskiego z producentem gier, co poskutkowało choćby wizytą w studiu motion capture w 2023 roku.
– Osobiście cieszę się z tego, że Sapkowski bliżej współpracuje z CD Projekt RED. Był widziany na planie, jeśli można tak to ująć, „Wiedźmina 4”, ponieważ robiono sesję motion capture z jego udziałem. Istnieje szansa, że w następnej części pojawi się ktoś grany przez Andrzeja Sapkowskiego [firma twierdzi, że była to wizyta grzecznościowa i nie prowadzono wtedy żadnych nagrań motion capture – przyp. red.]. A uniwersum Netfliksa po prostu sobie dociągnie do końca, z czasem prawdopodobnie umrze i nie będzie jakoś szczególnie wspominane. Co stanie się dalej? Dekada to jest bezpieczny okres karencji, mam wrażenie, zanim ktokolwiek zabierze się za kolejną adaptację na ekranie. Trochę czasu musi minąć, ale nie wierzę w kolejny serial, bo jest małe prawdopodobieństwo, że ktoś będzie chciał znów działać w obrębie tego samego medium. Zwłaszcza mając przeświadczenie, że Netflix zrobił serial, wpompował w to pieniądze i się nie udało. Ale dużo też zależy od sukcesu gry. Prawda jest taka, że na barkach CD Projektu spoczywa duży ciężar oczekiwań. Wydaje mi się, że jeżeli rzeczywiście uda im się zrobić coś na miarę takiego globalnego sukcesu, jakim był „Wiedźmin 3”, to znów uczynią go marką powszechnie pożądaną – zaznacza ekspert.
Wszyscy adepci sztuk wiedźmińskich, bez względu na to, czy są ze szkoły Książki, Gier czy Komiksów, mogą więc być dosyć spokojni o przyszłość. Jeszcze nieraz przyjdzie im bowiem ruszyć na polowanie wraz z Białym Wilkiem, po drodze napotykając na rozmaite moralne dylematy i ekscentryczne postaci. To naprawdę jest świat „Wiedźmina”, a my w nim tylko (z dużą przyjemnością) żyjemy. Co do tego nikt nie ma dziś żadnych wątpliwości, a nie zawsze tak było.











