środa, 23 grudnia 2020

Fragment opowiadania „Na zachodzie bez zmian”

Przekład Michał Wirchniański

Po raz pierwszy zobaczył ją siedzącą na pufie przy oknie, z jedną nogą podwiniętą pod siebie. Miała na sobie białą koszulę w małe czarne kropki, ciemne wąskie spodnie i czarną marynarkę. Trzy górne guziki koszuli były rozpięte, kołnierzyk z jednej strony wychodził na marynarkę. Na nogach miała płaskie, skórkowe buty. Zdaje się, że nawet nie pomyślała, że komuś mogłoby przeszkadzać, że podeszwa jednego z nich dotyka siedziska. Plecy miała wyprostowane, ramiona rozluźnione, a głowę pochyloną. Wokół owalnej, pociągłej twarzy opadały gęste, czarno-siwe włosy, od czubka głowy wił się kręty przedziałek. Nie była umalowana, przynajmniej Artur nie potrafił zidentyfikować niczego, co przypominałoby makijaż. W ręce opartej na biodrze trzymała książkę. Czytała.

Obserwację przerwał Arturowi pryszczaty chłopak szukający działu z podręcznikami do programowania. Skierował go w przeciwległy róg, między nauki przyrodnicze a ekonomię. Artura niezmiennie bawiło to, jak wielkie prawdy świata zaszyfrowane są w układzie księgarni. Ekonomowie pasują do prawników, erotyka do wiedzy o zdrowiu, a pomieszczenie z ezoteryką sąsiaduje z działem filozofii. Otworzył zeszyt, żeby zanotować tytuły książek, które należy domówić, kiedy zorientował się, że ktoś przed nim stoi. To była ona, kobieta z pufy. W wyciągniętej ręce trzymała książkę. Z bliska dostrzegł na jej twarzy więcej zmarszczek oraz ciemne worki pod oczami, wyglądała, jakby całą noc czytała. Podała mu eseje “O fotografii” Susan Sontag. Lewą ręką teatralnie podrapał się po brodzie i biorąc od niej książkę, powiedział:

– O, widzę, że kupiła pani nowy aparat. Świetny wybór. Lepszego poradnika dla początkujących fotografów pani nie znajdzie. Z tym kwitkiem uda się pani do kasy i zapłaci, później z paragonem zapraszam do mnie, ja wydam książkę.

– Wiem, znam wasz system.

Wydawało się mu, że uśmiechnęła się, ale naprawdę nieznacznie. Może była zmęczona, a jego żart, trzeba przyznać, nie był szczególnie wyszukany. Odwróciła się i odeszła, w jednej ręce kwitek, druga schowana do kieszeni spodni.

Książkę musiał jej wydać ktoś inny. Artura zawołali do pomocy na dział fizyki, gdzie jakiś nawiedzony klient przewrócił stos książek ułożonych obok regałów w wysoki komin. Sądząc po akcencie, mężczyzna pochodził z Europy Środkowej. Sumitował się, chciał tylko wydobyć wykłady Feynmana dla syna, który zamierza studiować fizykę na uniwersytecie o jakiejś zabawnie brzmiącej nazwie, gdzieś tam u nich. Artur poprosił kolegę, żeby wydał klientowi kwitek, a sam zajął się odbudową przewróconej wieży. Nieźle się przy tym zasapał. Niedługo, powiedział sobie w myślach, będę musiał siadać, żeby zawiązać but.

W nagrodę wybrał się na kawę. Na drugim piętrze znajdowała się kawiarnia, otwarta przestrzeń pełna stolików, krzeseł i ludzi. Przy ladzie Artur nałożył sobie na małą plastikową tackę kawałek tortu czekoladowego i zamówił kawę. Gdy przyszło do płacenia, z kieszeni brązowych, sfatygowanych spodni razem z garścią drobnych wyciągnął klucze, żeton z zestawu pokera dla dzieci, wykałaczkę, napoczęte opakowanie gum do żucia, miętówkę bez papierka oblepioną okruszkami, zmiętą chusteczkę oraz zgniecioną kartkę, na której w poniedziałek rano zapisał plany na nadchodzący tydzień. Rzucił to wszystko na ladę, żeby sprzedawca mógł wybrać żądaną kwotę. To, co zostało, zgarnął na dłoń i wsypał z powrotem do kieszeni. Kawiarnia była pełna, wszystkie stoliki zajęte, tylko przy wąskim długim stole pod oknami było wolnych kilka krzeseł barowych. Na jednym z nich siedziała kobieta w czerni, przed nią leżała świeżo zakupiona książka. Tom był zamknięty. Kobieta nie czytała, obserwowała przez okno ruch na ulicy. Obok książki stała filiżanka herbaty, zużyta czarna torebka ciasno owinięta białą nitką leżała na brzegu porcelanowego talerzyka, z jednym rogiem wystającym poza jego obrys, kilka ciemnych kropli skapnęło na blat.

Artur się dosiadł. Tackę z tortem niedbałym gestem odsunął na bok, jakby nie należała do niego. Przed sobą postawił filiżankę z kawą. Przytrzymał ją oburącz i podniósł do ust. Upił łyk, mlasnął językiem. Odłożył kawę i odwrócił głowę w kierunku kobiety:

– Czasem sobie myślę, że zamiast książek powinniśmy sprzedawać ten widok.

Spojrzała na niego, a kiedy go poznała, lekko skinęła głową.

– Już sprzedajecie, herbata z torebki za trzy funty?

Wskazała w dół, na ulicę. Jej palec, wręcz zaskakująco długi, delikatnie wygięty, w świetle padającym z zewnątrz nie był zupełnie niepodobny do pazura.

– Wszyscy się spieszą. Niech pan zobaczy, jak szybko chodzą. Im większe miasto, tym szybciej ludzie w nim chodzą.

– Musimy zdążyć załatwić wiele spraw, póki…
– Póki możemy?
– Póki nam się jeszcze chce.
– A co, panu już się przestało chcieć? – Taksowała go spojrzeniem, komentując na bieżąco: – Siwa broda, naciągnięty podkoszulek z nadrukiem 42, jakieś dziesięć kilo nadwagi…
– Pani mnie nie docenia, co najmniej piętnaście!

Roześmiała się, krótko i szybko.
– I co z tego. Ambicja to domena idiotów, ale o tym chyba wie pani co nieco.
– Hm, ambicja jako domena idiotów, to miał być cytat? Robienie czegoś, wszystko jedno czego, jest jedynym lekiem na samotność. A coś mi się zdaje, że z kolei pan wie co nieco o samotności.
– Samotność czyni mężczyznę silnym. To był cytat.
– Poważnie? Z „Reader’s Digest”? Ale należy wierzyć w to, co nam pomaga.
– A co pani pomaga? Praca, miłość, a może nienawiść?

Odwróciła się od niego i wpatrzyła w okno.
– Czasem wieczorem, późną wiosną, jak teraz, na ulicę pada taka specyficzna poświata. Jest miękka i płynna jak rozgrzany miód. Wszystko nie tyle zwalnia, co wręcz zamiera, do tego stopnia, że idąc przez miasto, widzę serię obrazów, którą wystarczyłoby wydrukować i oddać zecerowi do złożenia w książkę. I to by była dobra książka. Ale nigdy nie widziałam takiego zdjęcia. Nikt dotąd nie sfotografował tak tego miasta, a ja staram się dociec dlaczego.

– Pani nie fotografuje?
– Nie. Jestem edytorką i od rana do wieczora pracuję ze słowami. Czytam słowa innych ludzi i staram się znaleźć te, które będą się później, także u was, dobrze sprzedawać.

Odwróciła się do niego i spojrzała mu w oczy.
– Nigdy nie ufałam fotografiom. Gdy widzę siebie na zdjęciu, to nie jestem ja. Wierzę słowom, nie obrazom.

Zamilkła. Pochyliła się nad stołem i pogrążona w zadumie zamieszała łyżką, choć filiżanka była już pusta. Spojrzała na zegarek z wielkim złotym cyferblatem i ciemnymi wskazówkami. Nabrała powietrza i wstała.
– Muszę już iść.

Gdy wychodziła, Artur odprowadzał ją wzrokiem. Powinien wstać, mówił sobie, zagadać do niej, poprosić o numer telefonu, zaproponować spotkanie. Zamiast tego siedział na krześle. Uświadomił sobie, że ma spięte plecy i szyję. Pochylił się nad stołem, przyciągnął talerzyk z tortem i zaczął jeść. W tej chwili cały oklapł, jak dętka, której wentyl naciskasz palcem, wypuszczając z niej powietrze.

Następnego dnia znów było słonecznie. Do południa w księgarni panował niespotykany wręcz spokój. Artur stał za ladą i wertował grube katalogi zapowiedzi wydawniczych, które przyszły wczoraj z Penguin Books. Z głośników leciało „World Gone Wrong” z nowego albumu Dylana. Dźwięki leniwie torowały sobie drogę wśród cząsteczek kurzu tańczących w wiosennych promieniach słonecznych. Zaskrzypiał parkiet. Podniósł głowę i zobaczył ją.

– Ta książka jest zła – podeszła do lady, kładąc na niej swój wczorajszy zakup. – To znaczy wybrakowana, nie zła. Jeden arkusz jest wszyty do góry nogami. Mógłby mi pan ją wymienić? Oczywiście da się ją czytać, ale za każdym razem, gdy obracam książkę do góry nogami, kręci mi się w głowie. Wiem, że to głupie, ale boję się, że coś z niej wypadnie. Albo, że ja wypadnę.

– Niektóre rzeczy lepiej, żeby nam się nie przytrafiały, są próby, na które lepiej się nie wystawiać i przeżycia, których lepiej uniknąć. Proszę za mną, poszukamy innego egzemplarza. Takie błędy zdarzają się w seriach – powiedział, podchodząc do regałów z esejami. Wodził palcem po grzbietach, od lewej do prawej, z góry na dół.

– Błędy zawsze zdarzają się w seriach. Kiedy znajdzie pan jedną czerwoną plamę na białym prześcieradle i zacznie śledztwo, zawsze odkryje pan coś jeszcze. O Boże, ależ dziś jestem patetyczna. Nienawidzę wiosny. Wszystkich tych wierszy o wiosennej miłości. Powinno się zamknąć je w klatce, a klucz wydawać tylko tym, którzy nie ukończyli osiemnastego roku życia. Wczoraj pytał pan, co mnie napędza, praca, miłość czy nienawiść? Zapomniał pan, że w stawce jest jeszcze gra.

Artur znalazł książkę, zdjął ją z półki i odwrócił się. Był zaskoczony, jak blisko niego stoi. Jej oczy były niewiele niżej od jego. Podał jej książkę. Zanim się odezwał, musiał odkaszlnąć, krótko, z zamkniętymi ustami. Zabrzmiało to jak nieudana próba odpalenia samochodu na mrozie.

– Nie wybierzemy się na kawę?
– Chętnie, ale nie tutaj.
– Dziś kończę dopiero o siódmej, możemy pójść na kolację. Gdyby pani chciała. Niedaleko jest mała indyjska restauracja. Nic nowoczesnego, ale robią świetne curry, nie ma tam wielu turystów i leją dobre piwo. Indyjskie.

Odgarnęła ręką włosy, odsłaniając ucho bez kolczyka.
– Dobrze. Mam czekać przed głównym wejściem?
– Nie, przed bocznym, od przecznicy.
– A, naprzeciwko sex shopu.

Wymienili porozumiewawcze uśmiechy.
– Tą książkę musi pan znowu wbić na kasę?
– Nie, może ją pani zabrać.
– Dobrze, do zobaczenia wieczorem.
– Do zobaczenia.
– A na imię mam Tara.

Kiedy Artur po pracy wychodził z księgarni, na podkoszulek narzucił krótką czarną kurtkę z delikatnej skórki. Rozejrzał się po ulicy. Wieczór był przyjemny. Górne piętra kamienic oświetlało na czerwono zachodzące słońce, ale na poziomie jezdni zapadała już ciemność. Zobaczył Tarę stojącą kilka metrów dalej, przed witryną z beletrystyką. Pod ciemną marynarką miała koszulę w biało-niebieskie prążki. Gdy odwróciła głowę w jego stronę, jej twarz rozświetliła szarość ulicy. Usta znów miała nieuszminkowane, wąskie wargi podniosły się w przelotnym powitalnym uśmiechu.

– Wie pan, jaką zaliczkę dostał Martin Amis przed wydaniem „Informacji”? Pół miliona funtów. – Wskazała palcem książkę na wystawie. Na żółtym tle pyszniło się nazwisko autora wypisane wielkimi literami rozciągniętej czcionki szeryfowej, poniżej mały czarny czworokąt, tytuł książki mniejszą czcionką na samym dole.

– O tę książkę pokłócił się ze swoim agentem i znalazł sobie nowego. Wszyscy go za to znienawidzili, krytycy i inni autorzy.

Ruszyli w kierunku głównej ulicy.
– U nas nie sprzedaje się aż tak dobrze. Słyszałem, że negocjują z wydawnictwem zwrot części zamówienia. Zalega w magazynie. Tak czy inaczej, pisarz, którego nazwisko wydrukowano na okładce większymi literami niż tytuł książki, musi mieć się niezgorzej. Może wszystko, albo prawie wszystko.

– To rzemiosło samotników. Krąży taka anegdota, podobno zdarzyło się to właśnie tutaj. Dawno temu, jeszcze przed wojną, wszedł do tej księgarni Arnold Bennett. Na półkach pojawiło się właśnie nowe wydanie jego „The Old Wives’ Tale”. Zagaił córkę właścicieli o to, jak się sprzedaje. W trakcie rozmowy wyciągnął z kieszeni portfel i pokazał jej starą, wymiętą pięciofuntówkę. Powiedział, że nosi ją przy sobie od dwudziestu lat. Zamierzał dać ją pierwszemu napotkanemu człowiekowi, którego zobaczy czytającego jego książkę.

KSIĄŻKA POD KONIEC LUTEGO NAKŁADEM WYDAWNICTWA BIBLIOTEKA SŁÓW

 

Autor: Juraj Kováčik
escort bayan trabzon escort bayan yalova escort bayan edirne escort bayan manisa bursa görükle escort