Jakie okoliczności wpłynęły na twoją drogę zawodową?
Zacznę od poczęcia. Moi rodzice poznali się dzięki temu, że mój ojciec był kierownikiem księgarni Domu Książki w trudnych latach siedemdziesiątych. A moja mama, będąc samotną mamą dwójki dzieci, czyli mojego starszego rodzeństwa, szukała podręczników do szkoły. I kuzynka pokierowała ją do księgarni; podpowiedziała, że tam jest taki Mackiewicz, on jest kierownikiem, na pewno spod lady coś wykombinuje. A ponieważ oboje byli po rozwodach i wolnego stanu, to spotkali się, pokochali i po pięciu latach urodziłam się ja. Potem po przełomie 1989 roku mój ojciec, który zawsze miał miłość do książek w sobie, założył własne przedsiębiorstwo, bo można było już wtedy je zakładać. Trochę jeszcze potrwało, nim rozpoczął sprzedaż, bo dopiero w 1994 roku znalazł lokal, ale towar już miał zgromadzony. To były kolorowe czasy dla wszystkich antykwariuszy, kiedy likwidowały się biblioteki zakładowe i był boom wydawniczy na pierwsze kolorowe okładki. Czasami nakłady były przeszacowane, więc książek do wtórnego obiegu trafiało mnóstwo i to przeróżnych. Powstawać zaczęły pierwsze księgarnie z tanią książką, a tata miał do tego nosa jeszcze z czasów Domu Książki.
To były czasy pierwszych wyprzedaży końcówek nakładów…
W Toruniu działała jedna z większych księgarń taniej książki. Mój ojciec tam chodził i patrzył. Jak była na przykład paczka jakiejś książki, która w danej chwili niespecjalnie rokowała, to ją brał, bo była skrajnie tania. Chował na dwa lata, po dwóch latach – bestseller! I w końcu otworzył w Toruniu antykwariat.
O nazwie?
Jego antykwariat nie miał specjalnej nazwy. Postanowił nazwać go od swojego nazwiska – i mojego – czyli Mackiewicz. Nazwał go Mats, pisane przez „ts”, żeby nie było skojarzenia z angielskim Mac. Nazwa zaginęła w pomroce dziejów i dzisiaj jest tylko na pierwszym zaproszeniu, które wydrukował dla kolegów i koleżanek. Potem już każdy wiedział, że to chodzi o ten antykwariat na pięterku, przy ul. Podmurnej, u starszego pana w niebieskim fartuchu, bo mój ojciec cały czas chodził po księgarsku w niebieskim fartuchu.
Jaki był dokładny adres?
Ul. Podmurna 13.
I co teraz mieści się w tym miejscu?
W tym miejscu jest stary spichlerz. Ktoś mówił, że pokrzyżacki, ale nie jest pokrzyżacki, bo to spichlerz z XIX wieku. Został wyremontowany, ma prywatnego właściciela, ale póki co nic się tam nie dzieje. Budynek jest ładnie odnowiony, ale stoi pusty.
I właśnie tam prowadził firmę twój tata?
Mój ojciec pracował tam do samej śmierci, do roku 2002. Bardzo szybko zachorował i zmarł. To się stało w ciągu trzech miesięcy i w ciągu tych trzech miesięcy z moją mamą musiałyśmy podjąć decyzję, czy jej i moje życie zmieniamy nagle i przejmujemy firmę. Formalnie przejęła ją moja mama, założyła działalność gospodarczą, a ja, jako osoba z know-how, przyuczyłam moją mamę i we dwie prowadzimy antykwariat.
Twoje know-how było wyuczone u taty, czy jeszcze gdzie indziej?
Wtedy wyłącznie zdobyte u taty. Kończyłam wówczas 20 lat i byłam świeżo upieczoną studentką pierwszego roku biotechnologii na toruńskim uniwersytecie, kiedy ta tragiczna rzecz się stała. A moja mama była z zawodu krawcową, technikiem i technologiem odzieżowym, pracowała w firmie odzieżowej. Ja od 14. roku życia pomagałam ojcu w antykwariacie, a w każde wakacje byłam w nim prawie codziennie. Tata stopniowo powierzał mi proste prace: ułóż książki według alfabetu, pozamiataj, idź na pocztę, idź do banku. Potem, jak już wiedział, że jest chory, to mówił: słuchaj, muszę cię nauczyć tego, tego i tego, i to szybko. Pytałam go wtedy, jak mam wyceniać książki, bo tego nigdy wcześniej nie robiłam. Odpowiadał, że mam patrzeć, w jakim stanie jest książka, jaką ma okładkę, czy jest rzadka, czy popularna. To wszystko trzeba brać pod uwagę. Jakoś to się udało i antykwariat trwa dalej!
Czyli wiedzę antykwaryczną otrzymałaś od taty?
Tego nie można zdobyć inaczej. Wtedy, w czasach przedinternetowych, jedyną naszą pomocą były katalogi aukcyjne innych antykwariatów, między innymi znanych antykwariatów warszawskich, Bydgoskiego Antykwariatu Naukowego i antykwariatu Żupańskiego z Poznania. Trzeba oddać honor, że w Toruniu wówczas już funkcjonował antykwariat naukowy pani Marleny Hałas, która najpierw prowadziła go z ciotką, a gdy ciotka zmarła, to prowadziła go już sama. Antykwariat w swojej historii zorganizował cztery aukcje w latach dziewięćdziesiątych. Więc pomocne były katalogi innych antykwariatów, a do tego zaczęłam jeździć na targi książki do Warszawy, na aukcje warszawskich słynnych antykwariatów Lamus i Logos. I tak zaczęłam odkrywać ten świat.
Na aukcjach byłaś obserwatorem czy uczestnikiem?
Uczestnikiem nie byłam. Kupowałam zawsze katalog, żeby mieć później źródło wiedzy, i tylko się przypatrywałam, po ile jaka książka „chodzi”, co kolekcjonerzy kupują, co to są za ludzie i tak chłonęłam tę atmosferę. Na targach książki w Warszawie zobaczyłam, jakie książki się sprzedają, o co ludzie pytają, jakie na rynku funkcjonują wydawnictwa. W 2003 czy 2004 roku stwierdziłam, że skoro w Toruniu jest fantastyczny Instytut Informacji Naukowej i Bibliologii z kierunkiem bibliotekoznawstwo, to dlaczego nie spróbować. Kontynuowałam moje pierwsze studia dziennie, biotechnologię, a bibliotekoznawstwo zaczęłam studiować zaocznie.
I jesteś magistrem biotechnologii?
Jestem magistrem jednego i drugiego. Biotechnologii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i bibliotekoznawstwa – też na UMK. Mój kierunek, jak go zaczynałam, nazywał się „bibliotekoznawstwo i informacja naukowa”, a jak go kończyłam, nazywał się „informacja naukowa i bibliotekoznawstwo”, bo wtedy już ta druga gałąź zaczęła przeważać.
To było na pewno bardzo pouczające, ale dalekie od księgarstwa…
Stanowczo tak, chociaż to na studiach pierwszy raz usłyszałam o Polskiej Izbie Książki, o Stowarzyszeniu Księgarzy Polskich, tam się dowiedziałam, co to jest bibliografia i poznałam historię książki. Czytałam, pisałam pracę licencjacką i magisterską na podstawie artykułów publikowanych w czasopiśmie „Księgarz” czy „Przegląd Księgarski” przez twoich kolegów.
Wracając do pracy w antykwariacie, z pewnością najtrudniejszą sprawą jest właściwa wycena książek…
To zawsze było najtrudniejsze i nadal jest, chociaż teraz ogromnie ułatwia to internet, Allegro, OneBid i inne serwisy, gdzie możemy czasem znaleźć identyczny egzemplarz jak nasz i stwierdzić, czy został sprzedany, czy nie został. Czy cena wywoławcza była za wysoka, czy została przebita? Ważny jest też czas. Jeśli to było dwa-trzy lata temu, to jest jeszcze głód na rynku za tą pozycją i wtedy można zaproponować wyższą cenę. Teraz o wycenie książek mogłabym autentycznie napisać książkę – od czego to zależy i co się bierze pod uwagę. Poznaliśmy się na inauguracji pierwszej edycji Polskiej Akademii Księgarstwa… Od tego czasu minęło już ponad 10 lat! To był 2015 rok. O studiach podyplomowych na Uniwersytecie Warszawskim dowiedziałam się z serwisu Rynek-ksiazki.pl i z „Biblioteki Analiz”, bo to były moje podstawowe narzędzia pracy już od czasu studiów.
Mam taki zwyczaj, że wstaję nawet nie o świcie, ale jeszcze w nocy. Robię to od czasu, gdy miałam małe dzieci. Zanim one wstały, chciałam mieć dwie godziny na pracę umysłową i dlatego zawsze o piątej rano uruchamiam komputer.
Codziennie zaglądałam do waszego newslettera i pewnego dnia trafiłam na informację o studiach podyplomowych – i co najważniejsze, darmowych. Wiedziałam, że w Warszawie, przy Uniwersytecie, od dawna są podyplomowe studia Polityka Wydawnicza i Księgarstwo, ale są płatne, więc dla mnie były nieosiągalne.
Obudziłam wtedy męża o tej piątej rano i powiedziałam, że od poniedziałku do piątku wezmę na siebie więcej obowiązków domowych, ale w weekendy będę wyjeżdżać na studia i zapytałam, czy się zgadza. Był jeszcze zaspany i na szczęście powiedział „tak”.
Od razu wysłałam zgłoszenie na podany adres mailowy, choć trochę się bałam, czy w ogóle przyjmą antykwariuszkę na takie studia. W uzasadnieniu napisałam, że antykwariat to jedna ze specjalizacji księgarstwa. Kiedy dostałam od ciebie bardzo pozytywną odpowiedź, byłam przeszczęśliwa!
Zapamiętałem, że na studiach w Polskiej Akademii Księgarstwa byłaś jedną z najlepszych słuchaczek. Jak oceniasz zorganizowany w ramach PAK wyjazd na najważniejsze targi branżowe we Frankfurcie?
Mogę powiedzieć śmiało, że nasz wyjazd do Frankfurtu i potem mój drugi dwa lata później, to były kamienie milowe w mojej karierze! Na drugi wyjazd „załapałam się” dlatego, że przyszło zawiadomienie, że są wolne miejsca i trzeba opłacić tylko przejazd autokarem, bo jedzie druga edycja PAK-u i kto chce, może dołączyć. Więc znowu telefon do teściowej, do męża, czy jest ich zgoda. I pojechałam. Ile wtedy zobaczyłam, ile zdjęć zrobiłam! O tym dzisiaj uczę studentów na kierunku Animator rynku książki w szkole Cosinus w Warszawie. Zdobyta podczas wyjazdu wiedza jest ciągle cenna, ciągle aktualna, ukazuje nowe trendy. Gdybym dzisiaj projektowała kolejne studia podyplomowe dla księgarzy, to wyjazd do Frankfurtu na pewno powtórzyłabym „co do joty”. Z wizytą w każdej z księgarń, w których wówczas byliśmy, z rozmową z każdym z tamtejszych księgarzy – dokładnie to samo bym im pokazała. Ważne jest też, że na tych studiach poznałam swoich rówieśników – księgarki i księgarzy, chociaż najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że być może na palcach jednej ręki można policzyć osoby, które nadal są w księgarstwie i pracują. Większość osób musiała z tego zawodu jednak odejść.
Na twoje pokolenie bardzo liczymy, że przejmie – a już przejmuje – stery w branży. Jest w księgarstwie coraz więcej młodych ludzi i z tego bardzo się cieszę. Ale wracając do twojej księgarni, rozszerzyłaś działalność poza książki antykwaryczne…
Tak, ponieważ to też było widać na rynku. Uważam, że zmierzamy do modelu anglosaskiego, chociaż nigdy nie byłam w Wielkiej Brytanii, znam to tylko z książek i ze śledzenia trendów w internecie. Tam bookstore funkcjonuje jako sklep z książkami, w którym są dostępne książki nowe i książki używane. Jak ktoś szuka tytułu lub autora, to nie ma znaczenia, czy jest to książka nowa, czy używana, bo bardziej liczy się sama treść. Zawsze ciągnęło mnie w stronę książek nowych, zwłaszcza po wyjazdach do Frankfurtu i po studiach, więc rozszerzyłam działalność o książki nowe. Musiałam się też tego nauczyć, bo drogi pozyskiwania książek używanych i nowych są zupełnie inne. Ponieważ mam sklep internetowy, w którym te książki tylko różni parametr „nowe” i „używane”, to rozszerzenie oferty łatwo mi było zrobić. A klienci antykwariatu przyjęli tę zmianę z entuzjazmem.
Jak to było z lokalem, musiałaś się wyprowadzić z miejsca, w którym był antykwariat twojego taty?
Mój tata zmarł w 2002 roku, a w 2005 dostałyśmy z mamą wypowiedzenie umowy, ponieważ właściciel się zmieniał i miał inne plany. Siłami rodziny, za co zawsze będę wdzięczna mojej siostrze i jej mężowi, osobowym samochodem cały antykwariat przewieźliśmy. Co prawda to tylko dwie uliczki dalej na toruńskiej Starówce, ale jednak był to wyczyn. Wynajęłyśmy wtedy lokal przy ul. Łaziennej. To było zwykłe mieszkanie na pierwszym piętrze, dość duże, trzypokojowe, opalane piecami kaflowymi na węgiel, co także miało swój urok. Ale trzy lata później, w 2008 roku, zdarzyła się ta sama sytuacja. Wypowiedzenie umowy, zmiana właściciela, zmiana koncepcji budynku i znowuż ten sam problem.
Pomimo że antykwariat był na piętrze, to nie było problemu z klientelą?
Nie było, ponieważ to było ścisłe centrum Torunia. Antykwariat miał tak wyrobioną renomę, że przyjeżdżali do nas ludzie nie dość, że z regionu, to też z drugiego końca Polski. Wchodzili po schodach i nas znajdowali.
A co było na dole?
Na dole był szyld i domofon oraz informacja, jak do nas wejść. I nasza renoma!
I znowu wypowiedzenie…
I wypowiedzenie! To był rok 2008 i wtedy zaczęłam sprzedawać książki używane na Allegro. Widziałam, że to jest trend wznoszący. Po latach uważam, że to była bardzo zła decyzja. Ale wtedy stwierdziłam, że skoro to dobrze idzie, to będę mieć sprzedaż już tylko w internecie i wynajęłyśmy najgorszy lokal świata. Na starym mieście w Toruniu, ale na obrzeżach, w podwórzu kamienicy, czyli trzeba było wejść z ul. św. Katarzyny, przejść korytarz, wyjść na podwórze, na podwórzu wejść w jeszcze inny korytarz, krętymi schodkami wejść na pięterko i trafić do malutkiej kliteczki, nawet nie 20-metrowej, gdzie miałyśmy biuro do pakowania książek. Zawsze korzystałyśmy też z zasobów mieszkaniowych naszych sąsiadów i piwnic, gdzie książki były zgromadzone. Ale regałów dla klientów było mało, sześć czy osiem, a mimo wszystko ludzie tam przychodzili. To było fascynujące!
Miałeś konkurencję?
Wtedy miałam, bo Antykwariat Naukowy pani Marleny jeszcze funkcjonował. Minęły trzy lata i w 2011 roku stwierdziłam, że ci biedni ludzie, którzy usiłują do nas trafić, mają bardzo mały wybór na tej małej skromnej powierzchni. Handel internetowy szedł tak jak szedł, ale nasi klienci oczekiwali, że książek na miejscu będzie więcej, żeby móc je przejrzeć, i narzekali, dlaczego jest ich tak mało, chociaż można je zobaczyć na Allegro. Wtedy nadarzyła się okazja – szacowna kamienica również na toruńskiej Starówce, w której jest siedziba Towarzystwa Naukowego w Toruniu. W jej sekretariacie pracuje moja koleżanka z podstawówki, rówieśniczka, która jest sekretarką. Kupowałam od niej książki wydawane przez Towarzystwo, ponieważ zaczęłam docierać po nowe książki właśnie bezpośrednio do wydawnictw. Przychodziłam więc do niej po kolejne dostawy i kolejne faktury. Pracowała tam wówczas bardzo obrotna osoba, pani Iwona Plitta, więc we trzy wytłumaczyłyśmy ówczesnemu panu dyrektorowi, że byłoby warto, aby wynajął lokal na antykwariat w budynku Towarzystwa. Tam zlokalizowane były biura adwokatów, psychologów, księgowych, ale antykwariatu czy księgarni nie było.
Czyli sprzedajesz też książki Towarzystwa Naukowego w Toruniu?
Książki Towarzystwa Naukowego w Toruniu sprzedają różne księgarnie i antykwariaty z całej Polski, w tym nasz antykwariat. Można je też kupić bezpośrednio ze strony internetowej Towarzystwa lub na miejscu, w biurze.
Czyli twoja księgarnia stała się księgarnią też Towarzystwa?
Tak, oczywiście. Czyli mam księgarnię naukową, można tak powiedzieć. Każdą ich premierę świętuję!
Jaka jest dzisiaj w twoim antykwariacie relacja między książką nową a książką używaną?
Powiedziałabym, że może nawet 20 proc. stanowią książki nowe. I to się sprawdza. Antykwariat nie jest przy głównej ulicy toruńskiej Starówki, ale przy ulicy całkowicie pobocznej, a jednak ludzie tamtędy przechodzą i widzą w witrynie nowe książki na przykład o tematyce toruńskiej czy na takie ciekawe tematy jak sztuka, architektura, życie społeczne w XIX wieku. Wtedy wchodzą i kupują książki wydawnictw toruńskich i regionalnych.
Czyli masz stałą klientelę, która tworzyła się chyba jeszcze od czasów twojego taty…
Tak jest. Naszym najstarszym i najstalszym klientem jest pan Antoni z Płocka. Na pewno ma skończone 90 lat, ale potrafi wsiąść w autobus w Płocku, wysiąść na dworcu w Toruniu (na szczęście dworzec jest blisko antykwariatu), przydreptać i miło z nami gawędzić, a potem kupować książki. Kiedyś miałam taki pomysł marketingowy, prawdopodobnie też po wyjeździe do Frankfurtu i po naszych studiach, na karty stałego klienta. I pan Antoni dostał kartę numer jeden i wiem, że jest to dla niego karta ważna. Dzwoni do mnie, rozmawia, próbuje zdobyć książki. Dla niego jestem w stanie zawsze wydobyć tytuły, o jakie prosi. Zamawiałam dla niego książki z niemieckich antykwariatów czy z Biblioteki Jagiellońskiej. Wyprosiłam wypożyczenie międzybiblioteczne do toruńskiej książnicy, gdzie skserowałam fragmenty, których potrzebował. Oprawiłam mu to ładnie u introligatora. Dla niego zrobię wszystko. To jest cudowny człowiek, a nasza przyjaźń jeszcze się w taki sposób objawiła, że pewnego dnia pan Antoni stwierdził, że jest już niewątpliwie człowiekiem starym, czas coś zrobić z księgozbiorem. Jego jedyna córka nie jest zainteresowana, w ogóle w Płocku nikt nie jest zainteresowany. Zadzwonił do mnie pewnego dnia z pytaniem: dziewczyno, czy przyjechałabyś po te książki? I rzeczywiście był taki jeden dzień, sobota, kiedy pojechaliśmy do niego prawie całą rodziną z kartonami i z torbami. Spakowaliśmy jego księgozbiór, zamówiliśmy firmę kurierską, która to przewiozła z Płocka do Torunia, a pan Antoni stwierdził, że jedyną jego zapłatą i uciechą jest to, że jego księgozbiór – zbierany przez całe życie – trafił do pięknego miejsca. Przyjechał z bratem zobaczyć te książki, jak stoją na półkach. I był bardzo zadowolony.
Jak długo przechowuje się książki antykwaryczne i ile to kosztuje?
Przechowywanie książek to jest duży problem. Czasami książka już ma dawno ujemną cenę, bo przy zakupie zapłaciłam jakąś kwotę, a potem co miesiąc płacę czynsz, podatek, składki ZUS, wynagrodzenia pracowników i tak dalej. Przeliczam to sobie na metry, ile mnie kosztuje miesięczne utrzymanie metra powierzchni antykwariatu, ile na tym metrze jest książek, więc niektóre z nich mają już u mnie dług, czyli po prostu za długo stoją, trzeba je spieniężyć.
Mój tata zmarł w 2002 roku, czyli ponad 23 lata temu, a w antykwariacie nadal zdarzają się książki, które mają jego ręką wpisaną cenę. Już nie wspomnę o tym, że czasem to jest cena w tysiącach. Na przykład jest napisane „4 tys. zł”, co równe jest teraz 40 gr, bo to się tak przeliczało. Dopóki w antykwariacie wiążemy koniec z końcem i nie ma jakiegoś zagrożenia bezpośredniego dla firmy, nie ma potrzeby utylizowania ani wyrzucania tej książki. Prawda jest taka, że wcześniej czy później każda książka się sprzedaje! I teraz, gdy dochodzi do sytuacji, że klient kupuje taką książkę, to mówię, żeby pamiętała, że to jest cena sprzed 23 lat! A tę cenę napisał mój tata. Gdy natknę się na taką książkę, to robię zdjęcie i wstawiam na media społecznościowe, a stali klienci w komentarzach wstawiają zdjęcia swoich książek z cenami mojego ojca.
Musisz mieć duży magazyn…
Tak, mam magazyn. Na szczęście nasz dom rodzinny, dom mojej mamy, jest dosyć dużym mieszkaniem z piwnicą. Piwnica jest od podłogi do sufitu wypełniona książkami. Póki co w mieszkaniu już jest coraz mniej książek, bo jednak cudownie się sprzedają. W antykwariacie każdy wolny centymetr jest wypełniony książkami.
Nie musisz więc wynajmować magazynu?
Jedyne co za pieniądze wynajmuję, to jest lokal użytkowy, w którym mieści się antykwariat.
Niedawno w „Bibliotece Analiz” pisaliśmy o tym, że we Francji wzrasta sprzedaż książek używanych…
W Polsce też sprzedaje się coraz więcej książek używanych. Młode pokolenie, które z jednej strony sięga po literaturę Young Adult i ustawia się w tych horrendalnych kolejkach na targach książki, sięga też czasami po książki używane – i to o wiele bardziej niż 30-40-latkowie. Być może dla nich jest to taki totalny oldskool i vintage i tak to traktują, ale rzeczywiście przychodzą i kupują. Zawsze jest tak, że każdy młody człowiek w swoim życiu przychodzi etap, w którym musi przeczytać „Buszującego w zbożu”, „Zbrodnie i karę”, dzieła Gombrowicza, trochę Witkacego. To jednak cały czas rezonuje. W pewnym momencie zaczynają się interesować historią i idą tą drogą. A dziewczyny dla przykładu zaczynają interesować się szyciem czy krawiectwem. Nie wiem, czy są dzisiaj współczesne podręczniki do krawiectwa, ale antykwarycznych jest mnóstwo.
Toruń jest dużym ośrodkiem akademickim. Czy studenci też u ciebie kupują?
Muszę powiedzieć, że tutaj jest porażka. Kiedyś, przed erą internetu, przed erą plików PDF, co roku w październiku z moją mamą przygotowywałyśmy się jak na oblężenie, bo był wyż demograficzny i studentów w Toruniu było kilkadziesiąt tysięcy. Szykowałyśmy podręczniki na pierwszy czy na drugi rok studiów. Zbierałyśmy je przez całe wakacje, skrzętnie chowałyśmy, bo wiedziałyśmy, że po wstęp do matematyki, czy wstęp do badań historycznych, po wszystkie wstępy do wszystkiego będziemy miały klientów.
To były nowe podręczniki czy używane?
Używane, które przynosili studenci z poprzednich roczników. Taki to był wtórny obieg. Ale to się zmieniło i od pewnego czasu podręczniki stanowią margines. Mam wrażenie, że studenci bardziej może szukają literatury pięknej, żeby się zrelaksować od tych plików w komputerze, które mają do nauki.
Czyli jest luka pokoleniowa…
Tak, stanowczo tak.
Jesteś jedną z najlepiej wykształconych osób w branży. I jesteś aktywna również społecznie. Uczestniczysz w działaniach dwóch najważniejszych organizacji branżowych – jesteś członkinią Rady Polskiej Izby Książki, a także wiceprezeską zarządu Stowarzyszenia Księgarzy Polskich…
Tak, jest to mój nieustanny powód do dumy i też do zdziwienia. Jakby mi ktoś powiedział 20 lat temu, gdy studiowałam bibliotekoznawstwo, że te organizacje, o których się uczę, będą moim ważnym elementem życia, to bym w to nie uwierzyła.
Jestem osobą, która jak widzi, że jest coś do zrobienia, a nawet nie do końca czuję, że może powinnam to robić, ale nikt inny się nie kwapi, to nie ma nic, co mnie zatrzyma. Gdy zaczęłam jeździć do Warszawy na studia w Polskiej Akademii Księgarstwa, to poznałam wielu księgarzy, poznałam ich problemy, zobaczyłam, że te problemy nas łączą i że reprezentacji potrzebują zarówno wydawcy, jak i księgarze. Obecnie to się bardzo miesza, ponieważ wydawcy są jednocześnie księgarzami. Skoro jest organizacja na tym naszym słabym, biednym rynku, jedna, silna, sprawna, to nie ma sensu robienia organizacji konkurencyjnej, tylko trzeba działać z tą silną i utworzyć w niej swoją reprezentację jako Sekcja Księgarska PIK. I to się udało.
Potrzeba jest zmiany pokoleniowej…
Nie ukrywam, że stan Stowarzyszenia Księgarzy Polskich pokazuje i odzwierciedla stan polskiego księgarstwa. Aktywnych księgarzy i księgarek jest w Polsce garstka. Większość z tej garstki zapisana jest do SKP. Ale niestety stowarzyszenie nie działa prężnie, czego przyczyną jest masowe wymieranie księgarń w Polsce. Księgarz najczęściej w księgarni pracuje sam lub z pomocą rodziny. W tych księgarniach, które jeszcze przetrwały do tych trudnych czasów, jedna lub kilka osób robi wszystko, od A do Z, od podłogi do sufitu, od otwarcia do zamknięcia. Czasu na działalność społeczną dla dobra zawodu księgarskiego nie ma lub jest jedna albo dwie godziny raz na kilka miesięcy. Teraz mamy możliwość zdalnych kontaktów, co na pewno ułatwia działanie, ale wciąż bardzo odczuwamy słabość naszych firm i bezsilność w próbach odwrócenia trendu spadkowego. Nadzieja umiera ostatnia i ja wciąż mam nadzieję, że ustawa honorująca cenę okładkową przez 12 miesięcy po premierze książki powstanie przed upadkiem ostatniej polskiej księgarni.
Jak wspomniałaś, uczysz też młodych ludzi, przyszłych animatorów rynku książki…
To są zajęcia, jakie prowadzę w warszawskiej szkole Cosinus dla młodzieży policealnej od półtora roku. Teraz kończymy trzeci semestr. To jest niesamowite. W obliczu kryzysu na rynku książki jest jakaś iskierka nadziei, jak świeża trawka wychodząca na wiosnę. Cosinus ten kierunek uruchomił z przekonaniem, że młodzi ludzie się zgłoszą. I mieli rację! Na pierwszy semestr półtora roku temu zgłosiło się aż tylu chętnych, że uruchomiono cztery grupy po 40 osób. Ponieważ rekrutacja jest co pół roku, co semestr, więc druga rekrutacja była w semestrze zimowym – w styczniu i lutym zeszłego roku. Zgłosiło się znowu tylu chętnych, że utworzono cztery grupy po 40 osób. W tym semestrze mamy pięć grup po 40 osób. Te grupy po egzaminach semestralnych weryfikują się, wtedy wiemy, kto rzeczywiście chce zostać i kontynuować naukę, a kto przyszedł tylko z jakichś sobie znanych powodów, po legitymację czy po zniżkę w podatku, którą otrzymują osoby uczące się do 26. roku życia. I są jeszcze zniżki na komunikację miejską czy na pociągi.
Ale zostają?
Niektórzy. Jedni zapisali się na ten kierunek, bo zobaczyli, że to jest o książkach, a oni lubią książki. Inni mieli motywacje przeróżne, ale nieksiążkowe. Na pewno jednak jest silna i aktywna grupa ludzi książki, którzy czują pasję do księgarstwa i mają wszelkie predyspozycje do zarobienia na nim pieniędzy. Szkoła policealna dla słuchaczy jest bezpłatna i trwa dwa lata – przez cztery semestry. Teraz najstarsi stażem są słuchacze kończący trzeci semestr, więc pierwsi absolwenci będą za pół roku.
Czy ktoś z nich trafi do księgarstwa?
Zdecydowanie tak, pierwsze osoby już pracują. Spotkałam ich m.in. na Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie na stoiskach. Muszę koniecznie podkreślić, że to dzisiejsze księgarstwo się zmieniło. Jedna z naszych słuchaczek jest symbolem nowego księgarstwa. Pracuje w stacjonarnej księgarni na warszawskim Żoliborzu jako księgarka, ale też pracuje na zlecenie dla wydawnictwa Agora, projektuje i redaguje książki, projektuje też okładki dla wydawnictwa Officyna w Łodzi. Te dwie rzeczy wykonuje na umowy zlecenia, na stałe pracuje w księgarni. I te trzy prace pozwalają jej się utrzymać.
A ty?
Nie patrząc daleko, sama robię dokładnie to samo. Prowadzę firmę – antykwariat, który, co prawda z wielkim trudem, ale utrzymuje sam siebie. Ze sprzedaży książek w antykwariacie nie wystarcza jednak na moją wypłatę. Żebym mogła utrzymać siebie, mam dwie dodatkowe prace: prowadzę zajęcia w szkole Cosinus, gdzie uczę słuchaczy w każdy weekend, przez dwa dni w tygodniu. Do Warszawy przyjeżdżam pociągiem albo w sobotę wczesnym rankiem albo piątkowym popołudniem. Przez całą sobotę i niedzielę prowadzę zajęcia i wracam do domu. Mam też trzecią pracę – dorywczo pracę w kancelarii, gdzie wykonuję pracę biurową, ona przynosi pieniądze niezależnie od tego, czy klient przyjdzie, czy nie przyjdzie.
Czyli jesteś multiinstrumentalistką…
Wydaje mi się, że dzisiaj księgarstwo należy rozumieć w ten sposób, że jeśli chcesz się tylko z tego utrzymać, musisz dywersyfikować, bo praca tylko w księgarni z marzeń nie zapewni utrzymania. Chociaż przypuszczam, że są księgarnie w Polsce, które się utrzymują tylko z księgarstwa. Są w dobrych punktach w centrach dużych miast. Przy okazji targów w Krakowie zajrzałam do antykwariatu Rara Avis i to jest niebo a ziemia! Na stanowisku pracy byli antykwariuszka i antykwariusz i już o godz. 10, tuż po otwarciu, mieli klientów. Widać, że to są kulturalni, dobrze ubrani, obyci w kulturze ludzie, którzy o godz. 10 rano mają czas na to, żeby sobie wybierać wiersze Baudelaire’a. Wpadła nagle aktorka, bo tam jest teatr niedaleko, zaznajomiona z antykwariuszką, mówiły do siebie po imieniu. I ona potrzebowała wierszy. W Toruniu to jest nie do pomyślenia, żeby o godz. 10.30 wpadła do antykwariatu taka osoba po wiersze.
Jak z twojej perspektywy i doświadczenia oceniasz dzisiaj rynek książki w Polsce?
Oceniam tak samo jak i 10 czy 20 lat temu, czyli bardzo źle. Ale dla ludzi z energią, potrafiących się odnaleźć i dostrzegać okazje, czasem tam, gdzie ich nie ma, to jest do przeżycia. Mam wciąż koleżanki księgarki, które prowadzą księgarnię z sukcesem, utrzymują się z tego, opłacają składki ZUS, działają i są w dobrym humorze. Jest ich niewiele, ale są.
W dużych miastach, czy może w małych?
Zarówno duże miasta, jak i małe. Czasami to jest tak, że wystarczy, że w małym mieście nie ma Empiku i już taka księgarnia daje radę.
Ale są wojny cenowe na rynku…
Do wojen cenowych zdążyliśmy przywyknąć. Trochę jest mi przykro, ponieważ przez to, że te wojny cenowe trwają od 30 lat, to nowe pokolenie 25-latków, których dzisiaj uczę w szkole Cosinus, w ogóle nie wiedzą, że może być inaczej. Tłumaczę im ideę stałej ceny okładkowej i opowiadam, co widzieliśmy w księgarniach w Niemczech. Odbierają to, jakbym opowiadała historię z czasów dinozaurów. Nie rozumieją, że coś takiego funkcjonuje. Nie rozumieją, że można książkę traktować inaczej niż inne łatwo przeceniane towary.
Nie ma innych towarów tak przecenianych jak książka i to już w dniu premiery…
Staram się im to uświadomić i pokazywać przykłady z Francji, z Niemiec, z Włoch, z tych wszystkich krajów, w których regulacja się sprawdza. Więc kondycję rynku oceniam źle, aczkolwiek wciąż widzę w niej wydawnictwa i księgarnie, które działają z sukcesem i sobie radzą. Podobnie księgarzy, którzy nawet nie są właścicielami księgarni, ale tak jak ta jedna z moich słuchaczek, łączą trzy różne role, pracują z książkami, ale w trzech różnych miejscach.
Część twoich słuchaczy, za chwilę absolwentów, nie będzie jednak pracować w księgarniach. Szykują się pewnie na inne miejsca pracy…
Tworząc ten kierunek i nazywając go „animator rynku książki”, chcieliśmy pokazać tę energię i animację, że księgarstwo dzisiaj to już nie jest statyczne siedzenie za ladą i czekanie na klienta z nosem w książce, tylko konieczność wyjścia do ludzi. Dzisiaj księgarstwo to jest jeżdżenie z książkami na konferencje, gdzie tam się je sprzedaje. Nawet nie wyobrażasz sobie, ile sprzedaliśmy książek na różnych konferencjach. I to jest miejsce, gdzie jest potrzebny księgarz – z kasą fiskalną, z terminalem do kart płatniczych, z ciekawą ofertą książek dobranych pod tematykę konferencji. Robi to księgarz, który zna rynek, który zna ofertę wydawców i wie, które wydawnictwo wydaje tytuły z danej dziedziny. Te książki potrafi sprowadzić, dostarczyć na miejsce i sprzedać, a przy tym o każdym tytule coś powiedzieć. Do tego dochodzi prowadzenie stoisk na targach książki czy prowadzenie spotkań autorskich, a także cała zabawa z mediami społecznościowymi, bo księgarz też musi nakręcać rolki.
Słyszałem opinię, że jesteś mistrzynią w tym obszarze…
Nie mam pojęcia, czy jestem mistrzynią. Kiedyś przyszedł do antykwariatu pan i powiedział otwarcie, że jest z firmy marketingowej i chciał zobaczyć, jak wygląda na żywo to, co ja pokazuję w internecie. Tak jak z większością rzeczy w moim życiu, idę w to z energią, z zapałem i niczym się nie przejmuję. Trochę musiałam się na początku przełamać, żeby gadać do przedmiotu, nie do człowieka, bo gadanie do telefonu jest jednak dla osoby wychowanej w latach osiemdziesiątych rzeczą co najmniej dziwną. Ale okazało się, że po drugiej stronie są też ludzie, oni to oglądają, ich to cieszy i bawi. Chcą zobaczyć codziennie rano, czy antykwariat jest otwarty, czy w Toruniu pada, czy świeci słońce i jakie tam nowe książki się pojawiły. Robię to i bez skrępowania pokazuję. Jak jadę na targi książki, to też relacjonuję, jak się dzieją ciekawe rzeczy, to o tym opowiadam. I ma to sens.
Warto być księgarzem?
Stanowczo warto. Ale to nie jest tak, jak pokazuje się teraz w książkach. Szczególnie japońskich. Tam jet trochę przesłodzony, cukierkowy obraz. Tak to nie wygląda. Tam nigdy nie jest napisane, skąd główny bohater, księgarz, ma pieniądze na swoją księgarnię. Jednak musi je zarobić. Natomiast wyobrażam sobie, że łącząc różne działania na polu literackim, na rynku książki, da się to zrobić, i wtedy warto!
Aldona Mackiewicz (ur. 1982), w 1996 roku, w wieku 14 lat zaczęła pomagać w rodzinnej firmie – antykwariacie założonym przez ojca – Mieczysława Mackiewicza. Od tamtej pory w każde wakacje pracowała w antykwariacie, jednak nie planowała związać się z księgarstwem zawodowo. W 2001 roku rozpoczęła studia na kierunku biotechnologia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Gdy ojciec zachorował, stopniowo przejmowała jego obowiązki, a po śmierci ojca w 2002 roku antykwariat prowadzi wraz z mamą – Henriette Dekowską-Mackiewicz. W 2004 roku rozpoczęła studia na drugim kierunku – bibliotekoznawstwo i informacja naukowa na UMK, żeby prowadzić antykwariat z większym rozeznaniem. Pomoc mamy umożliwia jej ukończenie studiów i uzyskanie tytułu magistra biotechnologii w roku 2006 oraz magistra bibliotekoznawstwa i informacji naukowej w 2009 roku. Prowadzenie antykwariatu stało się pracą i pasją rozwijaną stałym dokształcaniem: wyjazdami na targi książki, aukcjami antykwarycznymi, czytaniem prasy fachowej i serwisów branżowych. W 2015 roku dostała się na studia podyplomowe w Polskiej Akademii Księgarstwa, co spowodowało jeszcze większe zaangażowanie w sprawy księgarstwa, rynku książki i czytelnictwa w Polsce. Dzięki kontaktom zawartym na PAK-u zaangażowała się w inicjatywę Książki Kupuję Kameralnie i społeczność księgarzy niezależnych. W Toruniu organizuje spotkania i weekendy Toruńskich Księgarń Kameralnych. W 2017 roku uzyskała dyplom ukończenia studiów na PAK. Dzięki szkoleniom dla księgarzy, programom wsparcia i wyjazdom stale się dokształca i działa aktywnie na rzecz polskich księgarń i księgarzy. Firma Toruński Antykwariat Księgarski jest członkiem Polskiej Izby Książki od 2016 roku. W 2020 roku Aldona Mackiewicz została wybrana do Rady PIK. W 2023 roku została wiceprezeską Stowarzyszenia Księgarzy Polskich. Od 2024 roku pracuje jako nauczycielka księgarskich przedmiotów zawodowych na kierunku Animator rynku książki w Studium Policealnym Cosinus.
(s. 4-9)














