Piątek, 20 września 2024

Pisać mądrze i czytelnie o świecie – rzecz trudna. Wykorzystać do tego historie swoich bliskich – arcytrudna, ba, może prowadzić do klęski. Człowieka albo literata, no niech będzie – pisarki/pisarza. Co ciekawe, porywa się na to coraz więcej osób, przyznając się otwarcie do autofikcji; wielu nie umie lub nie chce, niechybnie pod wpływem mody na ekshibicjonizm, szukać literackich parawanów, osłaniających bolesne (bezwstydnie) miejsca. Swoje lub bliskich właśnie. Jest pytanie, czy publice się godzi przy takich operacjach bawić.

Różne wątki i  tematy się przy tym rozwija, czasem filozoficzno-psychologiczne treści wychodzą na pierwszy plan, co sprzyja osiąganiu dobrego poziomu literackiego, czasem schlebia się zamówieniom politycznym bądź społecznym, dzięki czemu łatwiej osiągnąć rozgłos, jak każdej mainstreamowej publicystyce. Dwie książki, które chcę dziś pokazać, na różne sposoby unikają niebezpieczeństw; pytanie, czy osadzą się nie tylko w  emocjach znajomych?

Eliza Kącka porwała się na próbę ekstremalnie trudną – przedstawić świat swojej autystycznej córki, nie szczędząc szczegółów związanych z  załamywaniem się relacji, własnymi potknięciami czy błędami; musiała mieć przy tym świadomość, że opis jest wtargnięciem w ten świat, ingerencją, która zawsze zostawia ślady, nawet jeśli bardzo jest on zamknięty. Jarosław Maślanek 2 miał pod wieloma względami zadanie łatwiejsze – matka, która jest ważną bohaterką, już nie żyje i nie zostanie zraniona rozdźwiękiem między własnym wyobrażeniem siebie i obrazem wykreowanym przez syna.

I autorka, i autor szukają nieoczywistych środków wyrazu, a te sprawiają, że obie książki trudno wpisać w jednorodną konwencję. Kącka porusza się między reportażem-obrazkiem a  esejem, dowiodła zresztą dotychczasowymi tekstami, że poszukiwania formalne (mam na myśli choćby „Strefę zgniotu”) to jej żywioł, a eseistyka zawsze jest najwyższej próby (że wspomnę opisywane tu „Idiomy”). Maślanek uwodzi nie tylko niezwykłą świadomością warsztatową, ale też rzetelnością i mądrością. Każdy detal i scena są funkcjonalne, co jest rzadkością u polskich pisarzy i pisarek, zwłaszcza tych młodszych, zwiedzionych nadzieją, że w chaosie można ukryć nieklarowność myśli. Tekst mówi nie tyle o matce i jej relacji z synem, ile o związkach miasta Pionki i  ludzi, ich wzroście i  upadku, o determinacji, która wynika z urodzenia i pochodzenia, o degenerowaniu się materii, manipulowaniu pamięcią mimo istnienia szczątkowych źródeł, wiarygodnie przytaczanych (są nawet zdjęcia).

Wydaje się, że Kącka i Maślanek w odmienny sposób postrzegają i przedstawiają ludzką samotność. W obu książkach jest ona tematem zasadniczym, wielkim, co może zaskakiwać, skoro są w nich portrety bliskich. U pisarki nacisk został położony na blokady komunikacji, które wynikają z odmienności światów i języków, a zbliżenie czy więź mają szansę rodzić się poza słowem, w  próbach jednoczesnego odbierania rzeczywistości intuicją, emocjami i  zmysłami, w jednoczeniu się z naturą, prostych gestach, aktywnościach ruchowych, tak często przez rodziców niedocenianych. W jakimś sensie tekst „Wczoraj byłaś zła na zielono” staje się swego rodzaju poradnikiem, konstruktywnym przekazem społecznym, choć nie był pisany z taką intencją. A  szansa wzajemnego zrozumienia wiąże się z  balastem, odradzaniem się u  matki myśli z dzieciństwa o własnym skazaniu na inność (scena walki ze splątanymi sznurowadłami urasta do rangi symbolu), ale i o tym, że świat jest zawsze „przeciw takim fajtłapom” jak ona, a  „ludzie bywają tylko podwykonawcami” jego sprawczej niechęci.

Podobnie jak Kącka, tkwiąca w relacji z osobą ze spektrum autyzmu, autor „Klekotu…” nie ma złudzeń, że może życie wewnętrzne matki poznać i pokazać, zdaje się też nie wierzyć w jakiekolwiek zbliżenie między nią i synem. Dla przedstawienia jej sytuacji egzystencjalnej wybiera rodzaj paraboli. Opis ciągnącej się przez całą książkę wędrówki ze sklepu do domu jest rodzajem peregrynacji symbolicznej, drogi krzyżowej, i dominuje znaczeniowo nad całością. Myśli matki – przedstawiane w narracji trzecioosobowej z wykorzystaniem mowy pozornie zależnej – są skupione na narastającym zwątpieniu – po pierwsze – w  siły fizyczne, których z  każdym krokiem ubywa, i – po drugie – w  zdolności poznawcze, które u każdego człowieka są wprawdzie ograniczone, ale u  starzejącego się wyraźnie maleją. Ma to swoje konsekwencje w ocenie percepcji, konstrukcji opinii o ludziach, ale i utracie zdolności nazywania, co objawia się nawiasami, oznaczającymi zapominanie potrzebnych słów. Odbiera się to jako figurę losu człowieka – samotnego, kurczącego się fizycznie, mentalnie i duchowo.

Nie zaskakuje, że u Kąckiej najbardziej przekonują fragmenty konfrontacji widzenia i mówienia. Kwiecista, wielce elokwentna mowa matki, „mającej bilet do świata łatwych słów”, nadziewa się na gnomiczne riposty. „Nie mów nic”, cytuje pisarka Rudą w sytuacjach, kiedy w  jej własnej mowie robiło się „zbyt tłoczno”. I  godzi się na jej absolutne milczenie, dłuższe lub krótsze odejścia do Moroufków, czyli krainy wyobraźni córki, do której nie ma wstępu i o której nic nie wie. Tym samym godzi się – być może – i  na niepełność swojej misji „zszywania światów”, a  może też musi zweryfikować swoje młodzieńcze potępienia matek zaprzężonych do wózka albo podzielić część cytowanych obficie (a bulwersujących każdą progresywną humanistkę) opinii, które usłyszała jako matka (są wyodrębnione w  podrozdziały). Wszyscy przecież mamy skłonność do gorszenia się oceniającymi spojrzeniami innych, tak wnikliwie wmontowanymi w filozofię egzystencji przez Sartre’a, co nie znaczy, że dostrzegamy belkę we własnym oku. Osobność każdego spojrzenia na świat jest uznanym faktem psychologicznym. Postrzeganie jabłka jako zielonego, a jagód jako brązowych, nazywanie matki Pingwinem (co ma tarkę na języku i płetwach), a dziadka i babci – Mopsem i Kotem (z sierścią suchą lub mokrą) to tylko ekstremalny przypadek.

Również Maślanek odkrywa w  trakcie pracy (i  zwierza się z  tego już wstępnie), że obok jakiejś prawdy o  świecie czekają na niego „zgrzyty fałszywych wspomnień”, miasto dzieciństwa, młodości – jego i matki, które nie pasują do siebie, „są jak przesunięte o  centymetry widma”, odklejone od rzeczywistości. „Klekot tysięcy patyków”, który rozbrzmiewa w koronach drzew, odbija się jednak echem i w jego głowie, żyjącego poza Pionkami syna, i nie uniemożliwia tego osiągnięty awans społeczno-cywilizacyjny.

Jak widać i matka (w tej roli Eliza Kącka), i syn (w  tej roli Jarosław Maślanek) pokazują, jak „oddawać się fantazjom o ludzkości”, czerpiąc z emocji i obserwacji intymnych. My, publika, musimy je jednak rozumnie i empatycznie, a  nie oceniająco, przeczytać. Wtedy dopiero krok ku światu scalonemu zostanie zrobiony.

1  E. Kącka, „Wczoraj byłaś zła na zielono”, Karakter 2024, s. 288.
2  J. Maślanek, „Klekot tysięcy patyków”, Państwowy Instytut Wydawniczy 2024, s.216.

Autor: Janina Koźbiel