
Pozostały po nim niezapomniane role
w szlagierach kina międzywojnia takich
jak: „Ada! To nie wypada”, „Pani minister
tańczy”, „Manewry miłosne”, „Zapomniana
melodia”, „Sportowiec mimo
woli”, „Dzieje grzechu” oraz muzyczne
evergreeny: „Nie kochać w taką noc”, „Jadzia”,
„Piosnkę znam tylko jedną”, „Jak
cudne są wspomnienia”, „Przyjdzie dzień”
czy „Już nie zapomnisz mnie”. Monografię
pierwszego amanta międzywojennego
filmu polskiego pochłania się łapczywie
nie tylko z uwagi na pieczołowitą rekonstrukcję
czasów artystycznej prosperity
Aleksandra Żabczyńskiego. Autor, który
po wyczerpujących biografiach Eugeniusza
Bodo i Toli Mankiewiczówny nie
wymaga rekomendacji, odkrywa też nieznane
karty życiorysu swego kolejnego
bohatera.
Ten potomek rodziny z tradycjami
wojskowymi przebył imponujący szlak
bojowy. Jako dyplomowany oficer artylerii
przeciwlotniczej walczył w Kampanii
Wrześniowej. Internowany na Węgrzech,
zbiegł – via Jugosławia i Włochy
– do Francji. Ta jednak akurat kapitulowała
przed Niemcami, toteż trafił na Wyspy
Brytyjskie, a następnie na Bliski Wschód,
gdzie szkolił polskich żołnierzy. Ukoronowaniem
wojaczki był udział w bitwie
o Monte Cassino.
Po zakończeniu II wojny światowej nie
zamierzał wracać do ojczyzny rządzonej
przez komunistów. Chciał sprowadzić na
Zachód żonę, lecz ta nie zgodziła się pozostawić
w kraju matki. To zadecydowało,
że w grudniu 1946 roku artysta wysiadł ze
statku w gdyńskim porcie. Od razu przydzielono
mu agenturalny ogon. W próbie
udowodnienia aktorowi działalności
szpiegowskiej na rzecz amerykańskiego
wywiadu uczestniczyli „bezpieczniacy”,
interesowni donosiciele i bezinteresowni
złośliwcy. Ryszard Wolański przytacza
ich raporty zarchiwizowane w Instytucie
Pamięci Narodowej. Kopiuje ubecki
raport o zaniechaniu inwigilacji – w maju
1955 roku – prowadzonej pod kryptonimem
„Wisła”.
W kinematografii Polski Ludowej nie
było dlań miejsca, ponieważ postacie,
które tak chętnie i wiarygodnie odtwarzał:
utracjusze, arystokraci, przemysłowcy,
dziedzice, dyplomaci trafili do lamusa.
A w charakterystyczne figury nowej epoki:
stachanowców, kułaków, bumelantów,
bikiniarzy, dywersantów, sabotażystów
wcielać się nie zamierzał. Nie uniknął jednak
wprzęgnięcia w socrealizm sceniczny.
Zarówno „Dobry człowiek” Krzysztofa
Gruszczyńskiego z 1950 roku, jak i „Juliusz
i Ethel” Leona Kruczkowskiego, wystawiony
cztery lata później, reprezentują ten niesławny
gatunek.














