
Maciej Miłkowski przygląda się, jak 24 mistrzów literatury zrobiło swoje opowiadania. A dlaczego „zrobiło”, a nie „napisało”, „skomponowało” i tak dalej? Bo język tej publikacji jest tak przejrzysty i pozbawiony specjalistycznych sformułowań, że aż się prosi, by nazywać rzeczy po imieniu. Prostota przekazu wcale nie ociera się o prostactwo, a fakt, że omówienie każdego utworu zamyka się zawsze w kilku stronach, czyni tę publikację genialną – przybliża elitarne treści (bo jakoś nie widzę tłumu plażowiczów w Kołobrzegu czytających dzieła Josepha Conrada lub Alaina Robbe’a-Grilleta…) w egalitarny sposób.
No tak… ale czy Maciej Miłkowski ma uprawnienia, żeby pisać o warsztacie pisarzy? Brakuje mu tytułu naukowego, nie wykłada creative writing, więc na jakiej podstawie mamy mu udzielić kredytu zaufania, że to, co pisze, ma sens i warto wydać kilkadziesiąt złotych na tę książkę? Miłkowski to autor trzech zbiorów opowiadań (i jednej powieści), całkiem dobrze przyjętych przez czytelników. Zakładam, że musi wiedzieć, jak się je pisze. A jeśli nie, to… trzeba zaufać i przeczytać choć jeden rozdział. Czytanie następnych będzie odruchem bezwarunkowym.
Właśnie to w książce jest ciekawe – autor nie interpretuje tekstu, tylko śledzi kompozycję, rekonstruuje pomysł oraz strategie zmierzające do rozwiązania wybranych wątków. Zręcznie kluczy, omijając interpretację samego utworu, jednak próbuje nam pokazać pewne symptomatyczne dla danego twórcy elementy lub rozwiązania, które pojawiają się w innych jego utworach lub są charakterystyczne dla całej twórczości.
Książka o technice pisania ćwiczy też w technice czytania. Tu nie ma żadnego wstępu, żadnego posłowia, żadnego wykładu zerowego, który „musi wprowadzić” w zagadnienia teoretyczne. To zwalnia czytelnika z jakichkolwiek powinności czytelniczych, rachunku sumienia z listy nieprzeczytanych arcydzieł i pozwala się oddać od razu przyjemności lektury. Każdy rozdział jest niezależny od siebie i można rozpocząć czytanie od ulubionego pisarza lub od tego, który nas najbardziej intryguje, a może jeszcze inaczej – od tego, kogo nie rozumiemy, kto nas nudzi.
Miłkowski obnaża też z rozbrajającą szczerością pewną starą jak świat prawdę i nie boi się tego napisać: wielu pisarzy, uznawanych powszechnie za mistrzów, nas, zwykłych czytelników, niepomiernie nudzi lub ich dzieła są dla masowego odbiorcy kompletnie niestrawne. Bardzo spodobało mi się stwierdzenie samego autora, który w szkicu o Dostojewskim mówi wprost, że go nie lubi (s. 118), że część rozdziałów jest przegadana i napisana tylko po to, żeby zmieścić się w rozmiarach narzuconych przez czasopisma, w których pisarz pierwotnie je publikował (s. 116).
I jeszcze o tych mistrzach. Kto zasłużył sobie na ten tytuł? Jak się okazuje, wcale nie tylko ci najpopularniejsi i najwięksi. Obok Nabokova, Borgesa, Zweiga i wyżej już wspomnianych, zaszczytu analizy doznali także mniej znani Yasunari Kawabata, Clarice Lispector czy Giorgio Bassani. Miłkowski nie boi się przewartościowań, szczerych wypowiedzi i odkrywania z cienia tych, którzy są mniej widoczni, a bardzo utalentowani. Lekcje anatomii należy uznać za udane. Pacjenci żyją i mają się dobrze.














