środa, 17 września 2025
WydawcaBiblioteka Słów
AutorSusan Hawthorne
TłumaczenieAnna Alochno-Janas
RecenzentEwelina Szyszkowska
Miejsce publikacjiWarszawa
Rok publikacji2025
Liczba stron132
Tekst pochodzi z numeru MLKMagazyn Literacki KSIĄŻKI 9/2025

Czytam polskie wydanie „Biblioróżnorodności” z mieszanymi uczuciami satysfakcji i niepokoju. Jeżeli niezależnie od siebie dochodzimy do podobnych wniosków w Polsce, Australii, Paryżu i Chile, i to od ponad ćwierćwiecza, to czemu tak niewiele się zmienia? Czemu wydawcom niezależnym jest coraz trudniej realizować swój fundamentalny cel głoszenia nowych idei, publikowania rzeczy nowatorskich, oryginalnych, inkluzywnych, inspirujących do zmian?

W klasycznej już dzisiaj komedii romantycznej „Masz wiadomość” (1998, reż. Nora Ephron), którego akcja toczy się w Nowym Jorku, obok kameralnej księgarni z tradycjami, specjalizującej się w książkach dla dzieci, zostaje otwarta, tuż za rogiem, kilkupiętrowa księgarnia sieciowa z książkami, kawą i niezbyt kompetentnym personelem. W obu miejscach sprzedawane jest to samo, tylko że za rogiem dużo taniej, co po wielu perypetiach i staraniach właścicielki prowadzi do zamknięcia księgarni niezależnej. Skupieni na losach pary głównych bohaterów, którzy odtwarzają klasyczny motyw literacki z przywoływanej zresztą w filmie powieści Jane Austen „Duma i uprzedzenie”, przyjmujemy jako oczywistość to, co pokazowo zostało zobrazowane. Wyniszczanie małych podmiotów na rynku książki pozwala wielkim być jeszcze większymi, a niezależni z trudem utrzymują się na powierzchni. Dotyczy to wszystkich: autorów, wydawnictw, księgarni.

Susan Hawthorne w swojej książce przekonuje, że to typowe działanie wielkich sieci na rynku wydawniczym ma określone konsekwencje: po tym, jak księgarnia niezależna znika, księgarnia sieciowa koryguje politykę zatowarowania i po jakimś czasie oferta, którą można było znaleźć w obu miejscach, przestaje być dostępna gdziekolwiek. Można powiedzieć, że niezależni wydawcy są organicznie powiązani z kameralnymi księgarniami i wraz z ich kłopotami oferta niezależnych wydawców traci miejsca, w których była eksponowana i miała publiczność, przez co staje się jeszcze trudniej dostępna i rzadziej rozpoznawana przez nowych czytelników.

Świadomie używam określenia „organicznie” – książka „Biblioróżnorodność. Manifest wydawców niezależnych” jest pełna odniesień do rolnictwa przemysłowego jako źródła wielu współczesnych problemów. Rolnictwo przemysłowe degraduje środowisko, wyniszcza gleby, rzeki, całe ekosystemy, zagraża bioróżnorodności w skali dotąd niespotykanej, jest producentem żywności ograniczonej gatunkowo i odmianowo, zatrutej pestycydami i innymi środkami chemicznymi, żywności nieadekwatnie taniej, zunifikowanej, przy której nie umieszcza się tabliczki „zdrowa żywność”. Dlaczego? No właśnie. Jest wiele badań, które pokazują, jak utrata bioróżnorodności niszczy środowisko naturalne, a wysokoprzetworzona żywność psuje nam zdrowie, jest powodem większości, jeśli nie wszystkich! chorób cywilizacyjnych.

Jakie są więc konsekwencje utraty tytułowej biblioróżnorodności? Przemysł wydawniczy produkujący jednakowe, tanie i powtarzające schematy tytuły, które utrwalają zastany porządek, zamiast zadawać pytania, inspirować i być źródłem zmian. Fabryki książek zazwyczaj słabo płacą swoim pracownikom, marnują papier, mieląc nadwyżki nakładów, są zainteresowane powielaniem bestsellerów, a nie szukaniem oryginalnych głosów, idei czy nowego sposobu opowieści. Proces wydawniczy w fabrykach jest odtwarzany taśmowo, powstają tytuły słabo skomponowane, zawiłe, przegadane lub niedopracowane, nijakie i banalne. Książki z fabryk żyją krótko, kilka tygodni, i natychmiast zastępują je następne, łudząco podobne, w tej masie wyróżnia się dosłownie kilka nazwisk autorów, którzy osiągają milionowe nakłady, reszta nazwisk jest anonimowa niczym plankton w wielkim oceanie. Brzmi znajomo?

„Jeśli nikt już nie będzie publikować poezji, nie chcę być częścią tego rodzaju przemysłu” – pisze Hawthorne w podsumowaniu. Wspaniałe jest to, że zupełnie, ale to zupełnie Susan Hawthorne nie obarcza winą za ten stan rzeczy czytelników i czytelniczki. Nie złorzeczy na ich gusta, nie krytykuje ich dynamiki korzystania z lektur. Nie oczekuje, że to oni uratują księgarnie kameralne ani że odrzucą możliwość kupienia książki o połowę taniej w dyskoncie. To warto podkreślić, w manifeście nie ma miejsca na przerzucanie odpowiedzialności.

Doceniam pracę tłumaczki w polskim wydaniu, to jak uważnie i z zaangażowaniem przybliża polskim czytelnikom tekst manifestu i postać jego autorki. W przedmowie do polskiego wydania otrzymujemy komentarz autorki do tego, co się wydarzyło pomiędzy wydaniem oryginału i polskim przekładem: „Sztuczną inteligencję przyciągają sukces i liczby, a nie oryginalność i wyobraźnia. I w związku z tym nasuwa się ważne pytanie: kto odniesie korzyści z jej działania? Czy będzie promować biblioróżnorodność, czy też będzie odbiciem ilorazu inteligencji społecznej i zainteresowań 20-letniego mężczyzny z Doliny Krzemowej? Sztuczną inteligencję przedstawia się jako »szansę na nowe możliwości«, ale im częściej jej się używa, tym bardziej prawdopodobne jest jej dążenie do ujednolicania”.

Trzeba przyznać, że Susan Hawthorne nie szczypie się w język, pisze wprost, co myśli i do czego doszła jako autorka, wydawczyni i działaczka na rzecz biblioróżnorodności. Wyciąga argumenty niczym łuczniczka, a strzał w kołczanie ma naprawdę dużo. Pojedynczo wiele jej spostrzeżeń można by uznać za fakt czy opinię niezwiązaną z tematem, wszystkie razem splatają się w manifest na rzecz wolności twórczej, swobody dyskusji, odzyskiwania języków i lokalności, społeczeństwa inkluzywnego i sprawiedliwości społecznej.

 

[buybox-widget category=”book” ean=”9788397423008″/]

Podaj dalej
OCEŃ KSIĄŻKĘ