
Któż z nas nigdy nie obawiał się nadejścia nagłej choroby lub wypadku, który pozbawiłby możliwości normalnego funkcjonowania? Jak duża jest jednak różnica między racjonalnym lękiem o zdrowie a przejawem toksycznej hipochondrii? Odpowiedzieć na to pytanie spróbowała Caroline Crampton – mająca za sobą zarówno długotrwałe leczenie rzadkiego nowotworu krwi, jak i lata zmagań z własną hipochondrią.
W wydanej przez wydawnictwo Czarne książce Crampton pochyla się nad udokumentowaną historią tego medycznego zjawiska, które do dzisiaj w dużej mierze wymyka się klasycznemu pojmowaniu chorób. Brytyjska dziennikarka z dużą swadą opowiada o pochodzących z antyku i opartych na teorii humoralnej wyobrażeniach o hipochondrii jako schorzeniu w całości fizycznym, ale potrafi też z empatią pochylić się nad relacjami znanych z historii hipochondryków: od Virginii Woolf, przez Karola Darwina, aż po Susan Sontag. Całość zaś wieńczy własnymi przemyśleniami i traumatycznymi przeżyciami, które doprowadziły ją do stałej obawy o własne zdrowie.
Autobiograficzna warstwa reportażu Crampton stanowi jego najmocniejszą stronę, choć luźne przemyślenia autorki niekiedy zmierzają w stronę chaotycznego meandrowania. Sama autorka najwyraźniej zdaje sobie z tego sprawę, gdyż na ostatnich kartach książki wprost stwierdza, że ta opowieść nie może doczekać się w pełni satysfakcjonującego końca. Nadal jesteśmy bowiem daleko od zrozumienia zjawiska hipochondrii i znalezienia w pełni skutecznych metod jej leczenia.
Czasem jednak satysfakcjonująca podróż bywa ważniejsza od łatwego dotarcia do celu. A czas spędzony z „Ciałem ze szkła” mogę ocenić jako w większości satysfakcjonujący. Nawet jeśli w mojej pamięci po książce Caroline Crampton zostaną głównie jedna czy druga anegdota o słynnej hipochondryczce, niesławnym medycznym hochsztaplerze czy zirytowanym lekarzu narzekającym na pacjentów „guglujących” symptomy przed wizytą w jego gabinecie.













