Czwartek, 3 września 2020
AutorWojciech Przylipiak
RecenzentTomasz Zb. Zapert
Miejsce publikacjiWarszawa
Rok publikacji2020
Liczba stron384
Tekst pochodzi z numeru MLKMagazyn Literacki KSIĄŻKI 7-8/2020

Autor opisuje m.in. podwórkowy symbol Polski Ludowej, czyli… trzepak, stojący wtedy praktycznie na każdym podwórku – szczególnie tym między blokami. Bawiły się przy nim dzieciaki, flirtowała młodzież. Oczywiście teoretycznie służył do trzepania dywanów (w określonych godzinach), ale był to przede wszystkim punkt kontaktowy młodych mieszkańców domu czy osiedla. Można było się na nim pobawić, pogimnastykować, zastępował siatkę w grze w kometkę i siatkówkę, bywał futbolową bramką… Ów kawałek metalu wbito w ziemię albo – częściej – osadzono w betonie, więc nie był zanadto bezpieczny. Wiadomo było, że prawie zawsze spotka się tam jakiegoś kumpla, pozna lokalne plotki, a czasem nawet poderwie koleżankę. Nikomu nie przeszkadzało, że obok zazwyczaj funkcjonował śmietnik. Zwykle też w pobliżu znajdował się plac zabaw z piaskownicą, rozklekotanymi huśtawkami (częstokroć z opon), skrzypiącą i zardzewiałą karuzelą, a zimą ze ślizgawką, wylewaną szlauchem przez miejscowego dozorcę.

A czym się wówczas zajmowała na podwórkach dzieciarnia? Kapsle były bardzo popularne za sprawą fascynacji Wyścigiem Pokoju. Każdy z młokosów chciał być Szurkowskim albo Szozdą. Wycinało się z atlasu flagi Polski, ZSRR, NRD, Czechosłowacji – czyli kolarskich potęg w tych zawodach – i nalepiało na kit, plastelinę albo stearynę we wnętrzu metalowych nasadek, po czym pstrykało po narysowanej kredą na asfalcie trasie. Bywały na niej przeszkody, więc była to raczej imitacja cyklistyki górskiej, wtedy jeszcze konkurencji praktycznie nieznanej. Grano też w piaskownicy, co kojarzyło się z zapomnianym dziś kolarstwem przełajowym, w którym „biało-czerwoni” także pedałowali w czubie peletonu, tudzież biegli na czele przez błotniste bezdroża, taszcząc rower na barku.

Z kolei pikuty to jedna z bardziej niebezpiecznych rozrywek dzieciństwa w Polsce Ludowej. Każdy z chłopaków miał wówczas scyzoryk lub finkę. Nożem rzucało się w ziemię na podwórku, zdobywając „terytorium” przeciwnika. Stosowano rozmaitą technikę. W ferworze emocji dochodziło do skaleczeń. Rany cięte i kłute nie odstraszały od tej zabawy. Przeciwnie, najlepsi zyskiwali uznanie i szacunek.

Książka Wojciecha Przylipiaka to sentymentalna wyprawa retro, przetkana absurdami opisywanych czasów.

OCEŃ KSIĄŻKĘ