Sobota, 1 listopada 2025
WydawcaCzuły Barbarzyńca-Press
AutorKristof Zorde
RecenzentMarytka Czarnocka
Miejsce publikacjiWarszawa
Rok publikacji2025
Liczba stron94
Tekst pochodzi z numeru MLKMagazyn Literacki KSIĄŻKI 10/2025

Kiedy sięga się po książkę Kristofa Zorde, trudno nie mieć poczucia, że spotyka się nie tylko z dziełem literackim, lecz także z losem człowieka, który wszedł w literaturę późno, ale z pełną świadomością jej ciężaru. Zorde jest doktorem filozofii, znawcą myśli, a zarazem praktykiem życia książki – to on stworzył sieć księgarń, broniąc w Polsce miejsca, gdzie literatura mogła trwać wbrew rynkowym wiatrom. Ale dopiero w prozie, a zwłaszcza w „Fenicjanach”, objawia się w całej pełni jego głos: osobny, rozpoznawalny, zrodzony z doświadczenia i namysłu.

„Fenicjanie” to trzeci zbiór opowiadań autora, dwadzieścia jeden miniatur, które można czytać jak mozaikę – każda błyszczy osobno, lecz dopiero w całości układa się w obraz. Na pierwszy rzut oka to opowieści o starożytnym ludzie, który przetrwał w naszych głowach, a nawet – jak mówi autor – w naszych ciałach. Ale już po kilku stronach rodzi się w czytelniku inne podejrzenie: że owi Fenicjanie to maska, metafora, pod którą ukrywa się los narodu żydowskiego. Narodu, który w Polsce przez stulecia był obecny, a dziś istnieje raczej jako echo, pamięć, cień nie do zatarcia.

Nie jest przypadkiem, że książkę omawiano m.in. w Żydowskim Salonie Literackim w Warszawie. W opowieściach Zorde pobrzmiewa bowiem doświadczenie „innego” – tego, który przybywa z daleka, handluje, osiedla się, ale i bywa odtrącany, wymazywany. Tytułowi Fenicjanie stają się figurą pamięci o Żydach w Polsce: obecności nieobecnej, dziedzictwa, którego nie da się zagłuszyć. Autor używa maski, by mówić o rzeczach trudnych, a jednocześnie fundamentalnych – o historii wpisanej w ciało narodu, o pamięci, która powraca nawet wtedy, gdy oficjalne narracje próbują ją zagłuszyć.

Zorde nie poprzestaje na prostym alegorycznym geście. Jego styl oscyluje między groteską a powagą, między sacrum a ironią. Potrafi na kartach książki ożywić Konrada Mazowieckiego, zapraszającego fenickich kupców, i uczynić tę scenę zarazem absurdalną i liturgicznie poważną. To właśnie w tym napięciu tkwi siła jego prozy – czytelnik nie wie, czy się uśmiechać, czy milczeć z namysłem, ale wie, że ma do czynienia z literaturą żywą, z językiem, który oddycha i rani.

W tej książce odczuwalny jest duch filozofa – każde opowiadanie jest pytaniem o istotę bytu, o to, co trwa, a co przemija, o to, jak pamięć zapisuje się w człowieku. Ale nie jest to filozofia hermetyczna. To raczej mądrość ubrana w przypowieść, w obraz, w krótką anegdotę, która zostaje w pamięci dłużej niż rozwlekłe traktaty.

Znam autora osobiście. Powiedział mi kiedyś, że zamierza do końca życia wydawać jedną książkę rocznie. Już wtedy miał przygotowane dwie kolejne. Usłyszałam w tym zdaniu coś więcej niż plan – usłyszałam zobowiązanie, rytm życia, który podporządkował literaturze. To nie jest postawa efemeryczna. To nie jest gra z czytelnikiem. To świadectwo pisarza, który postanowił żyć w rytmie słowa, być stale obecnym w literaturze, tak jak oddech jest obecny w ciele.

„Fenicjanie” są więc nie tylko książką, lecz także znakiem drogi. To opowieść o pamięci ukrytej i wydobytej, o narodzie nazwanym innym imieniem, by móc mówić o nim w pełni wolności. To również świadectwo pisarza, który nie boi się sięgać po maski, ironię i metaforę, by uderzyć w samo serce rzeczywistości.

W prozie Zorde pobrzmiewa melancholia, nuta niespokojna – jakby każde opowiadanie było rozmową z tym, co zostało utracone, a co mimo to trwa. I może właśnie to czyni tę książkę najważniejszą ze wszystkich jego dotychczasowych: jest bowiem nie tylko literaturą, ale i próbą ocalenia pamięci.

Czytajmy ją uważnie. Bo pod opowieścią o dawnych kupcach kryje się historia, która jest nasza, najbliższa, bolesna i niezbywalna.

Podaj dalej
OCEŃ KSIĄŻKĘ