
Craig Mod, amerykański pisarz i wieloletni rezydent Japonii, napisał książkę wyjątkową. Opisuje w niej wędrówkę przez japońską prowincję, ale też cofa się do czasów dzieciństwa. Na kartach książki „Gdzie rosną cedry” wyruszamy więc w podróż w przestrzeni i czasie.
Craig Mod wędruje przez Półwysep Kii, miejsce, gdzie od stuleci człowiek zmaga się z przyrodą i spotyka z bóstwami. Gdzie w pielgrzymki do świętych chramów wyruszali japońscy cesarze, dworzanie, wojownicy, poeci, a także zwykli ludzie. Dreptali szlakami wzdłuż brzegów Oceanu Spokojnego, przez gęste lasy i górskie przełęcze, by spotkać się z kami i prosić o opiekę, przychylność, zdrowie, spokój ducha albo pomyślność w interesach. Wędrówka Moda to nie jednorazowa przygoda. Amerykanin powraca wielokrotnie, niekiedy w towarzystwie starszego kolegi, znawcy Japonii. I chodzi. Przez całe dnie i tygodnie. Odkrywa przed nami japońską prowincję, która – pod wpływem następujących zmian (starzejącego się społeczeństwa i ucieczki młodych do wielkich miast) – dosłownie kurczy się i znika. Prowincję, za którą jednak, jeśli tylko ją poznamy, odczuwamy nostalgię, z jej luzem i dystansem, bliskością ludzi, wspólnotą i ciągłością pokoleń i tradycji. Miejsce, które daje poczucie bezpieczeństwa i stabilności w tym niestabilnym i rozchwianym świecie. I wreszcie miejscem, którego za kilkadziesiąt lat już może nie być. Bo jest to miejsce stworzone przez ludzi, a ci odchodzą już z tego świata.
„Gdzie rosną cedry” to książka wyjątkowa także z innego powodu. Nie jest to prosty dziennik podróży, chronologiczna relacja z przysłowiowej „wyprawy w nieznane”. Tak naprawdę jest to monolog albo list do przyjaciela z dzieciństwa, Bryana (starszego o cztery miesiące, wyższego – jak pisze Mod), dla którego los nie był łaskawy i który już nie żyje. Craig opowiada mu świat, który odkrywa, i próbuje wyjaśnić, dlaczego w Japonii czuje się jak w domu, dlaczego Wyspy (i piesze pielgrzymki) uratowały mu życie. „Gdzie rosną cedry” nie jest bowiem tylko książką o Japonii, jej urokach i zachwytach uroczym spokojem prowincji. To także traktat o dorastaniu i dojrzewaniu, o zmianie, jaką przechodzi człowiek pod wpływem doświadczeń, i o konsekwencjach życiowych decyzji, jak ta, którą w młodości podjął sam Mod, wyjeżdżając ze Stanów Zjednoczonych i osiedlając się w Japonii, co – być może – uratowało mu życie. To książka o odwadze i ciekawości, o poszukiwaniu swojego miejsca, wydeptywaniu życiowej ścieżki.
Słowem kluczem tej książki jest yōyū, japoński zwrot, który nie ma odpowiednika w języku polskim ani angielskim. Oznacza bowiem stan umysłu, w którym człowiek ma dystans i przestrzeń, by się nie martwić, nie złościć ani nie popadać w rozpacz, gdy ma czas i ochotę na rozmowę, na nieśpieszną wędrówkę, na kontemplację i akceptację spraw takimi, jakie są, szczególnie wtedy, gdy nie ma wpływu (jak wtedy, gdy nadchodzi potężne trzęsienie ziemi, fale tsunami albo niszczycielski tajfun). „Mieć yōyū”, jak mówią Japończycy, to mieć w sobie spokój i wrażliwość, a także zdolność do odczuwania emocji innych ludzi. To również gotowość, by porzucić część siebie i oddać ją innym. Mod właśnie w Japonii, w czasie wędrówek, poznaje, czym jest yōyū i jak wielką ma moc.
Czytałem „Gdzie rosną cedry” i od czasu do czasu ukradkiem ocierałem łzę. Tak odzywała się we mnie tęsknota za nieskrępowaną wolnością, którą odczuwamy podczas pieszej włóczęgi. Gdy ani czas, ani przestrzeń nie są naszymi rywalami, gdy nie musimy się z nimi zmagać. Gdy wędrujemy odpowiednio długo, poddajemy się nieśpiesznemu rytmowi i musimy zaakceptować niewiadomą, która raz wywołuje lęk, raz staje się szansą na nowe odkrycia. Craigowi Modowi się to udało, a co jeszcze trudniejsze i warte uznania – zdołał oddać ten stan w słowach.
Choć książka Moda to proza, opisująca często na pozór przyziemne sprawy – gorące źródła, łaźnie publiczne, kawiarnie i salony gier, jest przy tym bardzo poetycka i liryczna. Mógł ją stworzyć tylko piechur, który codzienny świat japońskiej prowincji ogląda z poziomu oczu wędrowca i maszeruje przezeń na własnych nogach.
„Gdzie rosną cedry” to wreszcie doskonały przykład na to, jak różnorodna, nieoczywista i porywająca może być literatura drogi. Jest ona również dowodem na to, że dla tego gatunku jest do dziś miejsce, bo wciąż – obok rozrywki i edukacji – potrafi wzruszać, zaskakiwać i skłaniać do refleksji.
Wspaniałym uzupełnieniem tekstu są nostalgiczne, czarno-białe fotografie autora z Półwyspu Kii.










