
Namnożyło się nam ostatnio poradników językowych, i nie bez powodu – media drukowane i gadane, a zwłaszcza te pokazywane, dają nieustannie świadectwo degrengolady (słownikowo: „rozkład wartości, demoralizacja i zanik norm”), jaka obecna jest w wypowiedziach. Prywatnych, publicznych, komentarzach w mediach społecznościowych. I nie mówię tu o poziomie argumentów, braku sensu, niedostrzeganiu meritum – chodzi mi o język. Jestem od dekad słuchaczem radia, obserwuję z rozpaczą to, co z polszczyzną wyczyniają ludzie dopuszczeni przed mikrofon – i nie tylko kierowcy raportujący z trasy drogowe korki czy nadmiernie podniecone uczestniczki jakichś spędów, ale sami dziennikarze towarzystwo owo odpytujący.
Czy „współczesny poradnik językowy” Mateusza Adamczyka mógłby im się przydać? O, z pewnością, jeśli tylko znaleźliby czas na lekturę. Uważną, wymagającą głębszego zainteresowania tematem. Bo autor nie podsuwa żadnych gotowych rozwiązań czy choćby wskazówek, jak ten cholerny język stał się giętki na tyle, by mówiącego nim ratował przed bredniami, jakie wymyśla głowa. No, może niezupełnie to prawda, porad i uwag nie brakuje, szczególnie dotyczących codziennego języka (dla przykładu powitanie w sieci czy użycie feminatywów), ale w gruncie rzeczy jest to książka o języku, jego niuansach, pochodzeniu słów i zwrotów, naleciałościach i kalkach, chwastach z zagranicy. Przypomniała mi się tu prastara, bo z 1963 roku, praca Witolda Pawła Cienkowskiego „Z tajemnic języka” – czytałem ją z ogromnym zaciekawieniem, nie stronił od nich Julian Tuwim w swych felietonach zamieszczanych na łamach „Problemów” i zebranych w trzytomowej serii „Cicer cum caule”. Podobne tematy porusza Adamczyk, choć jego wywody dotykają językowej współczesności. Polszczyzna bowiem ulega ciągłym zmianom (może na tym polega jej giętkość), adaptuje się do naszych potrzeb, przyswaja i wchłania obce zwroty – nikt już nie stara się spolszczać angielskich terminów, używanych na całym świecie w bankowości, technice, różnych dziedzinach nauki. I słuszne jest analizowanie współdziałania języka i umysłu (rozdział „Co język robi [w] naszej głowie”), wpływu tej „współpracy” na postrzeganie przez nas świata i reagowanie na rzeczywistość, powiązania języka z budową i funkcjonowaniem ciała (głowa to wzniosłość, stopy – przyziemność). Zaś rozdział „Kim jestem wobec języka” powinien stać się obowiązkową lekturą wszystkich posłów; należałoby odpytywać ich z jego znajomości przed pojawieniem się na sejmowej mównicy czy przed innym mikrofonem.
Nie podoba mi się w tej świetnej pracy jedno – że autor zwraca się do mnie, czytelnika, per „ty”. Język ewoluuje, zgoda, ale odrobina decorum nie zawadzi.














