
„O tempora, o mores” – powiedziałaby bohaterka. Nie bez racji, za jej czasów obyczaje były inne, zaryzykować można opinię, że nie tak swobodne, wręcz rozluźnione, jak dziś. W przypadku bohaterki książki Mariusza Wilka, Karoliny Lanckorońskiej, wiązało się to z surowymi zasadami wychowania, jakim podlegała w rodzinnym domu.
Aż dziw, że dopiero teraz pojawiła się biografia tej naprawdę nietuzinkowej postaci. Owszem, przekazanie bogatych darów przez Fundację Lanckorońskich do zbiorów wawelskich i Zamku Królewskiego w Warszawie odbiło się w mediach, rozpisywały się o tym gazety krajowe i polonijne. Bibliografia tego starannie przygotowanego tomu wymienia wiele materiałów autorstwa bohaterki, takoż tekstów jej dotyczących, zamieszczanych w katalogach, księgach pamiątkowych, zbiorach korespondencji czy wspomnieniach. Nikt jednak nie pokusił się dotąd na całościowe przedstawienie postaci hrabiny i jej zasług. Czy dlatego, że jej życie – obfitujące w wydarzenia istotne dla historyków sztuki i dziejopisów – pozbawione było „smaczków”, tak istotnych wszak dla dzisiejszych czytelników?…
Karolina Lanckorońska urodziła się w 1898 roku, zmarła w 2002 – 104 lata aktywnego niemal do końca, skromnego, oddanego innym życia. Nie przesadzam, rodzina osadzona w Wiedniu, stanowiąca część społeczności Austro-Węgier – tu nawet nie ma co mówić o „doskonałej integracji”, arystokrację cesarstwa konstytuowały rody z różnych jego krańców – zawsze pamiętała o polskich korzeniach. Kształcona w domu, „wpisana” w nauki humanistyczne przez ojca, erudytę, znawcę kultury europejskiej i chrześcijańskiej, poważanego kolekcjonera sztuki, dziewczyna poznała dogłębnie kilka języków, dzieje nieistniejącej wówczas Polski, historię sztuki. Uprawiała sporty, zwłaszcza pływanie, opanowała rachunki, co przydało się w czasie prowadzenia fundacji. Miała „dębowe ucho”, to bodaj jedyny jej mankament. Była „chowana w duchu umiarkowania”, jak pisze Wilk, czyli skromnie i bez przepychu, choć familia do biednych nie należała.
Zostało jej to na zawsze. Nie związała się z nikim, nie wiadomo nic o jakichś romansach, poświęciła życie działalności charytatywnej, można by to tak określić. Ani przejścia wojenne (w tym działalność w konspiracji i uwięzienie w obozie w Ravensbrück), ani decyzja o przerwaniu dobrze się rysującej kariery badaczki sztuki renesansu, dzieł jej wybranego Michała Anioła, dla pracy w wojskowych lazaretach, a zatem żadne z owych niedogodności („przejściowych”, tak je traktowała) nie miały wpływu na raz wybrany cel: pomoc potrzebującym, stypendia dla zdolnych polskich badaczy, odbudowa kulturowego bogactwa Polski.
Poprzez swoich współpracowników i ludzi, którym ufała, wybierała stypendystów. Program założonej przez nią Fundacji był rygorystycznie przestrzegany, dzięki czemu skorzystać z grantów mogło tak wiele osób i tak wiele dobrego polskiej nauce i kulturze owo wsparcie przyniosło. Była osobą prawą – tak należy ją określić. Przypominam sobie wieczór u Stefanii i Adama Kossowskich w ich londyńskim domu, z Karoliną Lanckorońską w gronie gości – nie chciała za nic być osobą specjalnie wyróżnioną, powiedziała mi potem gospodyni. Była świadoma swej wartości, ale do głowy jej nigdy nie przyszło, by tę wartość w jakikolwiek sposób podkreślać.













