Czwartek, 30 kwietnia 2026
WydawcaCzuły Barbarzyńca
AutorMichał Komar
RecenzentTadeusz Lewandowski
Miejsce publikacjiWarszawa
Rok publikacji2025
Liczba stron418
Tekst pochodzi z numeru MLKMagazyn Literacki KSIĄŻKI 3/2026

Proza Michała Komara posiada i tym razem, jak u tego autora zawsze, wyrazistą stylistykę: długie, kunsztowne zdania, toczone w intensywnym rytmie akapity, fabuła o strukturze kolistej – wątki się przenikają, tematy łowią tematy, aby łapać chwilowo zacieraną harmonię, bynajmniej nie oczywistą. Mnóstwo aforystycznych, błyskotliwych obserwacji, a całość podszyta jest sarkazmem i ironią.

W pierwszej warstwie tekst może przywoływać na myśl czytelnikowi skojarzenia z narracją w typie prozy sokratejskiej. Główny bohater, emerytowany siedemdziesięciodziewięcioletni perypatetyk, reżyser teatru marionetek Pinocchio, starający się na finał życiowych perypetii wystawić lalkową wersję „Burzy” Szekspira, krąży po centrum Warszawy, wpada na znajomych i do znajomych, zwłaszcza łącząc swe biograficzne tropy z uosabiającą żywioł żeński przyjaciółką od dekad, panią Florą, aktualnie wdową po amerykańskim multimilionerze. Czasami Józef nawiedza inne rejony Polski i pogrąża się w rozlicznych, zwłaszcza mających polityczny podkład, awanturach. Niby żwawych, lecz pogrążonych w bezsilnym marazmie.

Celowo poprzedni akapit sam zbudowałem w nieco złożonej postaci, aby dać podgląd, czym mniej więcej charakteryzuje się proza Michała Komara. Wymaga skupienia uwagi, umiejętności czytania aluzji kulturowych, chwytania skojarzeń, od których roi się w tekście, a bez znajomości tradycji, zwłaszcza antycznej, wiele w lekturze można stracić. Bo nie jest „Józef, czyli…” prostą, linearną powieścią, mamy do czynienia z prozą sylwiczną, czyli utworem o strukturze specyficznie rozbudowanej. Czytamy niby luźną, ale zdyscyplinowaną gawędę, starannie kontrolowaną w układzie kolejnych scen. Rzecz apelującą do wspólnoty inteligenckich kodów, jakimi bardzo chętnie operuje kultura. No i oczywiście wymaga nie lada sprawności w inteligenckiej deszyfracji. Proponuję lekturę bez pośpiechu, w przeciwnym razie złożona opowieść może się w pamięci słabiej poodkładać; wszystko tu wynika ze wszystkiego i ze wszystkim się łączy. Przyczyna rodzi skutek, skutek kolejną przyczynę.

Co do zasadniczego konceptu – chodzi o prozę na czas kryzysu. Zwłaszcza dotyczącą zapaści tradycyjnych struktur społecznych i kolapsu politycznej rzeczywistości. Od samego początku właśnie z tego powodu nasuwało mi się skojarzenie z „Małą apokalipsą”. Bohater Konwickiego również przemieszcza się w nasyconej absurdem towarzyskim światku „warszawki”, przemierza pogrążoną w chaosie politycznym stolicę. Józef u Komara na tożsamej zasadzie obija się bezładnie wewnątrz cywilizacyjnej groteski epoki rozpadu.

Bogactwo skojarzeń prowadzi na pozór od razu do Kafki i jego pana K., lecz trop wyznaczałbym inaczej. Bohater Komara jest w moim mniemaniu przede wszystkim kimś jakby wyjętym z Tomasza Manna („Józef i jego bracia”), czyli stanowi reinterpretację biblijnej tragicznej figury, której dotyczą wirujące w rozpaczliwym napięciu – łagodzonym przez sceptycyzm doprowadzany do cynizmu – stany skrajne: zazdrość, wina, rozpięcie emocji między pychą a pokorą itd. Przy czym, to bardzo ważne!, całość perypetii podbita jest swoistą postawą obronną. Józef u Komara spogląda na panoptikum społeczne z ironicznego dystansu. Stosuje przy tym pierwszoosobowy narrator chwyt rodem z teatru brechtowskiego, więc posługuje się z upodobaniem tak zwanym efektem obcości. Przerywa od czasu do czasu ciągłość akcji, aby odsłonić jej złudność i pozory. Bo za postaciami ukrywa się lalkarz, oddający kolejnym pacynkom głos. Ich zapalczywość kwituje melancholijnym uśmiechem. Plus westchnieniem: wszystko marność.

Rzeczywistość okazuje się karykaturą, opisywana jest z satyrycznymi odniesieniami do realnych person z teatrum polskiego życia społecznego; krajem naprawdę rządzi za pomocą groteskowych marionetek Patron Państwa, starzec traktujący fobie i sprzeciwy Józefa z pewną wyrozumiałością, gdyż okazuje się, że obaj chodzili do jednej klasy, znają się więc jak stare, pozbawione złudzeń konie. Patronowi podlega cała oficjalna pompierska absolutnie menażeria, rzadko komu udaje się zauważyć pozór jej sztafażu.

W gruncie rzeczy powieść groźna w diagnozie, „łagodzona” co najwyżej groteskowym znieczuleniem.

[buybox-widget category=”book” ean=”9788397681347″/]

Podaj dalej
OCEŃ KSIĄŻKĘ