
Autor tej książki w latach 1972-78 piastował stanowisko szefa Komitetu Kinematografii. Tak się złożyło, że był to był to bodaj najlepszy okres polskiego
kina. Dowodem oscarowe nominacje
„Potopu”, „Ziemi obiecanej” oraz „Nocy i dni”. Zdaniem Wojtczaka
dwa ostatnie tytuły przegrały statuetkę
dosłownie o włos. Ekranizacja powieści Marii Dąbrowskiej, autorstwa Jerzego Antczaka uległa „Amarcordowi”
Federico Felliniego, zaś szanse na spektakularny sukces odebrały adaptacji dzieła Władysława Reymonta
insynuacje publikowane na łamach wpływowych mediów amerykańskich,
których autorzy zarzucali twórcom filmu antysemityzm. Ale nie jest to tylko książka traktująca o flircie autora z X Muzą. Wojtczak, pochodzący
z mazowieckiej wsi, wspinał się po szczeblach kariery w stylu charakterystycznym
dla epoki, w której przyszło mu żyć. A więc najpierw działał w ZMP, potem – z jego rekomendacji – podjął studia na wydziale dziennikarstwa UW, następnie wstąpiwszy do PZPR zacumował
na kilkanaście lat w Polskiej Agencji Prasowej, by w latach swego raju na kredyt zasilić szeregi nomenklatury.
Najpierw ministerialnej, potem dyplomatycznej. Nie dziwota zatem, że jego pełna pomyłek lingwistycznych
proza wyraża nostalgię za czasami,
kiedy – jak głosiła propaganda – „Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”. Największym walorem opasłego tomiszcza wydają się przytaczane
in extenso stenogramy kolaudacyjne.
Wojtczak wielokroć uczestniczył w tych swoistych sądach filmowych, zawsze – co mu się chwali – nakłaniając
twórców i urzędników cenzury do kompromisu. I może dlatego w końcu
zwierzchnicy go zdymisjonowali, desygnując na to stanowisko Janusza Wilhelmiego, uchodzącego za bardziej nieustępliwego wobec niepokornych twórców.











