
Wyjątkowo durna książka. Moguncja, XV wiek, Johannes Gutenberg
wraz z dwoma współpracownikami zostaje oskarżony przez kopistów
o czarną magię i konszachty z szatanem. Egzemplarze biblii są
identyczne, a tego przecież nie mogła wykonać niedoskonała ludzka
ręka. Równolegle rozgrywa się drugi, kryminalno-mistyczny wątek;
w luksusowym burdelu zwanym Klasztorem Świętego Kosza,
mordowane są w okrutny sposób kolejne kurtyzany. Sprawy łączą
się w zawiły sposób. Pogańskie wierzenia i mistycyzm stają naprzeciwko
możliwościom techniki i – jak to zwykle bywa – postęp zagraża
interesom pewnych grup, gotowych bronić swoich pozycji za
każdą cenę. Argentyński pisarz nie dba o historyczną wiarygodność
miejsc i postaci, epatuje za to: lubieżnością, upodobaniem do makabry
i okultyzmem. Gdyby autor miał odrobinę humoru, wyszłaby
z tego „Rodzina Addamsów” w wersji porno, ale że traktuje sprawę
serio, wychodzi na to, że sam ma nie po kolei w głowie, albo ma
czytelnika za półgłówka.
Tę beznadziejną książkę w wersji audio czyta Janusz Zadura. To
lektorska wirtuozeria, głos ani razu nie zdradza zażenowania, drętwe
opisy nabierają plastyczności. Wielokrotnie słyszałem jak lektor kładł
dobrą powieść, pierwszy raz jednak muszę przyznać, że dobre czytanie
może dodać blasku najgorszej szmirze. Fabuła jak była głupia,
tak jest głupia, ale Zadura tchnął w te kartonowe scenografie trochę
prawdziwego zaduchu średniowiecza. Po co jednak nagrywać takie
bzdury? Wiem, wiem, na rynku książki w najlepsze trwa moda na zakazane
rozkosze.












