
Zapis ścieżki dźwiękowej filmu dokumentalnego
autora, w którym znana i ceniona w Rosji tłumaczka
pieczołowicie relacjonuje swoje bogate
życie, przypadające na ostatnie trzy ćwiartki XX
wieku. Przy okazji wspomina napotkane osobowości
tj:: Marinę Cwietajewą, Annę Achmatową,
Wiktora Niekrasowa, Dawida Samojłowa, Aleksandra
Twardowskiego, Aleksandra Sołżenicyna,
Warłama Szałamowa, Josifa Brodskiego, Astrid
Lindgren.
Latem 1941 roku w obliczu zagrożenia zajęcia Moskwy przez Niemców
Łungina została ewakuowana do wsi nieopodal Kazania, gdzie znalazła
zatrudnienie w lokalnej gazecie, jako korespondentka terenowa
„Sztandaru Komunizmu”. Na dzień dobry redaktor naczelny poinstruował
ją, że w „gazecie powinny się znajdować wiadomości wyłącznie
podnoszące na duchu, pełne nadziei i optymistycznych perspektyw, zaś
w teren trzeba jeździć tylko po to, żebym zapytany o to przez kierownictwo
mógł potwierdzić, tak, jeździmy po kołchozach. A potem napiszemy,
co należy. I tyle, Tak trzeba pracować? (…) O ile przed wojną
mogliśmy czasami sobie na coś pozwolić – na niewiele, żeby zawsze
przeważał ton optymistyczny – o tyle teraz musimy pisać tylko pozytywnie.
Na zebraniu zakomunikowano nam to wprost”.
Jeżdżąc po licznych wsiach, głównie tatarskich, przekonała się, iż
„nie było chałupy, żeby kogoś nie aresztowali. Wsadzali za bzdury, za
Bóg wiec, co. (…) Dlatego, że istniał plan dla rejonu, ilu więźniów należy
dostarczyć, co miesiąc”.
Po jakimś czasie niepokorna dziennikarka straciła posadę i zatrudniła
się w charakterze laborantki w gorzelni. „Przyjeżdżali kołchoźnicy
z ziemniakami. Brano od nich wiaderko kartofli, by przeprowadzić
różne analizy i zależnie od zawartości skrobi wypłacić pieniądze. Już
pierwszego dnia zauważyłam, że absolutnie nikt nawet nie zamierzał
niczego badać. Mówię: ‘Po co więc zbieracie ziemniaki?’ ‘Jak to po co?
Do jedzenia?’. Na miejscu się je gotowało, albo piekło w piecu, zjadało,
a liczby brano z sufitu”.
Pod koniec wojny Łungina powróciła do Moskwy, a z racji biegłej
znajomości języka francuskiego znalazła pracę w radiu: „Raz w tygodniu
do redakcji przychodził Maurice Thorez, by przez radio przemówić
do narodu francuskiego. Był to widok komiczny; syty, tłusty,
zadowolony z siebie wódz francuskiego proletariatu wygłaszający
płomienne mowy o tym, jak nie szczędząc sił walczyć z faszyzmem,
znosząc wszelkie okropności i niedostatki”.
„Jak kraj długi i szeroki wszyscy pili, bez względu na przynależność
społeczną. Pili wszędzie w urzędach, warsztatach, na klatkach schodowych, na ulicy, na dworcach, w pociągach, o każdej porze dnia i nocy,
przed pracą, w czasie pracy i po pracy” – wspomina marazm rządów
Leonida Ilicza Breżniewa, który „stopniowo stawał się postacią komiczną.
Wyśmiewali się z niego inteligenci i lud. (…) Stał się bohaterem
niezliczonych anegdot: Ktoś dzwoni do drzwi. Breżniew podchodzi do
nich, powoli zakłada okulary, wyciąga z kieszeni kartkę, rozkłada ją, odkasłuje
i czyta: ‘Kto tam?’”.
Pasjonująca lektura!












