
Książka Agnieszki Kosińskiej opowiada
tyleż o Czesławie Miłoszu, ile o autorce,
sekretarce noblisty, która była przy nim
przez osiem ostatnich lat jego życia, aż do
momentu gdy poeta pożegnał się ze światem
i przeszedł w „drugą przestrzeń”.
Miłosz wrócił do Polski w 1993 roku
i po 43 latach emigracji osiadł w Krakowie.
Agnieszka Kosińska pracę jako sekretarka
Miłosza rozpoczęła w 1996 roku. Zajmowała
się całym, jak pisze „gospodarstwem
Miłosza”. Planowała i umawiała spotkania,
prowadziła kalendarz, czytała listy, pisała
okolicznościowe życzenia i podziękowania,
odszukiwała potrzebne poecie w danym
momencie książki i fragmenty tekstów.
Przygotowywała umowy z wydawnictwami,
umowy z tłumaczami, zajmowała się
prawami autorskimi poety, rozliczała podatek
dochodowy, ubezpieczała mieszkanie,
samochód. Gdy zepsuł się piec CO czy
kaloryfer wzywała fachowców, a gdy brakowało
mebli, jechała z Miłoszem do Ikei.
Pod koniec życia, gdy Miłosz był słaby
i nie wychodził już z domu, głównie czytała
mu. Chciał słuchać między innymi Gombrowicza
i Iwaszkiewicza. Dyktował też
wspomnienia, które utworzyły cykl „Spiżarnia
Literacka”. Dziś, po 11 latach od
śmierci noblisty, autorka żyje dalej – jak pisze
– w „zakonie miłoszowym”.
„Miłosz w Krakowie” nie jest biografią,
ale dziennikiem retrospektywnym, zapisem
ośmiu lat spędzonych z poetą.
Chciała pokazać „jak Miłosz robił życie,
czyli jak je znosił i jak znosił samego
siebie”. Widziała jego złożoność: „Miłosz
bywał jowialnym raptusem Cześnikiem
i surowym milczkiem Rejentem; mędrcem,
którym targa święty gniew i chytrym mędrkiem,
bywał świętoszkiem i rozpustnikiem,
niemiłosiernym skąpcem i niespodziewanie,
ku własnemu zdumieniu, szczodrobliwym
mecenasem; wielkim miłośnikiem
Abelarda i Tristana u kresu rozpaczy; dzikim
niedźwiedziem grizzly o brawurowej
odwadze i pokojowym Kubusiem Puchatkiem
o małym rozumku”.
Według Kosińskiej Miłosz był przez
75 lat pracy w pokornej służbie dajmoniona,
czyli głosu wewnętrznego. Podobnie jak
romantyczni poeci słyszał Głos, był poetą
natchnienia. Wstawał rano
i pisał wiersz. Po czym odkładał go. Jeśli po
drobnych korektach, dalej był dobry i dobrze
wypadało jego głośne czytanie, oznaczało,
że jest coś wart.
Miłosz „miał swój wewnętrzny rytm
oraz niezachwianą świadomość formy, którą
uwalniał tylko wtedy, kiedy była nieodparta.
Można rzec, że kiedy był gotowy, był
gotowy na pewno”. I wtedy pytał: „Komu
to damy?” (gdzie opublikujemy).
Ostatni raz Głos dał znać w grudniu
2003 roku. Był to wiersz „Dobroć” poświecony
Oskarowi Miłoszowi, w którym
pisał o ograniczeniach swojej wiary.
Kosińska odnalazła go w ostatnim kajecie
poety. Ręcznie, chybotliwym pismem
zapisane zdania stanowiły projekt tego
wiersza. A wśród nich był zapis: „Wędrującemu
człowiekowi nie da zrobić krzywdy
Bóg wszechmogący”. Natomiast na zdaniu
„Siedzieliśmy po uszy w palącej się smole,
wywieszając ozory spragnione choć kropli
wody” – kończy się zapis. Było to ostatnie,
ręką Miłosza, napisane zdanie w zeszycie.










