
Pierwszy rzut oka na okładkę nieuchronnie przywodzi na myśl „Momo” Michaela Ende – te same rozczochrane włosy, podobne imię. Nawet tematyka na pozór podobna – Momo chciała przywrócić ludziom utracony czas, a Mo chce ocalić naturę i środowisko.
Bohaterką książki jest przyroda, zarówno ożywiona, jak i nieożywiona. Pierwsze, co poznajemy, to Góra, ona jest też pośrednio narratorem. Przedstawia zmiany, jakie zachodzą w jej najbliższym otoczeniu. Góra ma o czym opowiadać, bo istnieje bardzo długo. Widzi, że rytm przyrody, od dawna oczywisty, nie jest już taki sam. Jest coraz mniej zwierząt, a tym, które pozostały, coraz trudniej zdobyć pokarm. Dźwięki ptaków są coraz cichsze i mniej różnorodne, gniazda i dziuple – coraz częściej puste. Sarny nie są w stanie pokonać kamiennych rzek, po których mkną warczące, smrodliwe, obce istoty.
Te wszystkie zmiany Góra widzi, jej odczucia ewoluują od rozmyślania, poprzez smutek, wreszcie lęk. Miasto, które kiedyś zajmowało skrawek doliny, obecnie wypełnia ją całą, wydzielając smrodliwe dymy w powietrze i cuchnącą breję do rzeki. Kto stworzył to przedziwne zjawisko? Zrobili to ludzie, dziwni osobnicy, niegdyś tak nieporadni (Góra pamięta, że nawet im współczuła), a teraz panoszą się w lasach i ujeżdżają po kamiennych rzekach dymiące bestie.
Umiera ostatni borsuk i wtedy Góra podejmuje decyzję – trzeba działać. Wprawdzie ona sama przeżyła wiele zmian, ale teraz następują one tak szybko, że natura nie nadąża. Aby działać, Góra potrzebuje wsparcia i dlatego zwołuje radę, gdzie każdy gatunek ma swojego przedstawiciela. Burzliwa debata udowadnia, że tak naprawdę zwierzęta i rośliny nie wiedzą nic o ludzkiej naturze, a nawet nie potrafią się zgodzić co do ich wyglądu i zachowań. Skoro tak, to może ludzie nic nie wiedzą o nas, może krzywdzą nas nieświadomie? Kto i jak może być negocjatorem, kto zbuduje most porozumienia? Musi to być posłaniec łączący w sobie wiele cech, i to tych najlepszych, aby reprezentować całe środowisko. Nie rozwodząc się zbytnio nad atutami stworzenia, które niebawem powstanie, wspomnijmy tylko, że stara mysz daje swoją mądrość, nornica – zapobiegliwość, a kukułka – spryt.
I oto pojawia się ludzka istota, dziewczynka imieniem Mo, która wprawdzie nie umie mówić (niestety w ferworze stwarzania o tym zapomniano i Mo wymawia tylko pojedyncze dźwięki), ale potrafi śpiewać – tę umiejętność dał jej wiatr. Uczestnicy narady liczą na to, że ten śpiew uzmysłowi ludziom błędy postępowania i powstrzyma degradację środowiska.
Pierwsze zetknięcie Mo z miastem jest szokiem kulturowym i poznawczym, ale ten szok działa w obie strony. Pojawienie się nieubranej i niekontaktowej dziewczynki w miejscu publicznym prowokuje interwencję policji, a następnie pogotowia. Żaden przedstawiciel służb nie rozumie języka Mo, a ona błąka się po mieście, szukając kogoś, kto ją zrozumie, coraz bardziej zdezorientowana i zagubiona, zarazem świadoma, że jej czas na Ziemi nie trwa w nieskończoność.
Sytuacja zmienia się, gdy Mo trafia na peryferie miasta, do domu z ogrodem. Tak poznaje swojego rówieśnika, Witosza, i jego przyrodnią siostrę, Myszkę. Szybko okazuje się, że wszyscy troje podobnie patrzą na świat, widzą zagrożenia, jakie niesie ze sobą dewastacja środowiska naturalnego. Widać to choćby w urządzeniu mieszkania – wszystkie sprzęty (no, z wyjątkiem telewizora) pochodzą z recyklingu.
To właśnie z programu informacyjnego, widocznego na ekranie, Mo i jej znajomi dowiadują się o katastrofie tektonicznej w rejonie znajomej nam Góry. Gwałtowna i rabunkowo prowadzona budowa autostrady spowodowała osuwisko i zapadnięcie terenu. Ta wiadomość wywołuje wstrząs w umysłach na szych bohaterów.
Nieuchronnie czas Mo dobiega końca, pora rozstać się z dotychczasowym życiem, pora pożegnać się z przyjaciółmi, z którymi nawiązała nić porozumienia i ma nadzieję na wspólne działania w budowaniu ekologicznej świadomości. Jest już noc, gdy Mo staje na ganku domu z ogrodem i wdycha wieczorne powietrze. Kiedy wbija bose stopy w ziemię, czuje, jak zagłębiają się w gruncie i wypuszczają korzenie. Jej skóra staje się twarda i brązowa, a z ramion wyrastają jasnozielone pędy, i tak stopniowo staje się… drzewem i zapada w sen. Na jak długo? Tego nie wiemy; może na zawsze, a może tylko do wiosny.
Maria Strzelecka to kobieta o wielu twarzach, ale my mówimy o niej jako o cenionej graficzce, która za swoje prace doczekała się uznania krytyki i otrzymała wiele nagród, w tym od Polskiej Sekcji IBBY. Swoje życie dzieli pomiędzy Warszawę i Beskid, gdzie rozgrywa się akcja niektórych książek, a także gdzie kształtuje się jej wrażliwość artystyczna.
Marcin Szczygielski to lubiany i popularny pisarz, który swoimi książkami ciągle zaskakuje czytelników. Mam szczęście śledzić jego twórczość, poczynając od debiutanckiej „Omegi”, poprzez cykl o Monterowej, a skończywszy na nowej serii o Rodomiłach. Autor dobrze się czuje w literaturze fantastycznej, ale nie jest mu obca tematyka historyczna, a teraz przyszła pora na ekologię. Podczas ostatnich targów książki w Warszawie widziałam ko lejkę po autograf pisarza, a wielbiciele jego pisarstwa trzymali stosy książek z domowej biblioteczki – widać, że chętnie do nich wracają. Pozostaje tylko życzyć tandemowi i wydawnictwu dalszych sukcesów i dłuższych kolejek po autografy.
[buybox-widget category=”book” ean=”9788367032438″/]











