Piątek, 25 lipca 2025
WydawcaWydawnictwo Literackie
AutorRenata Lis
RecenzentMirosława Łomnicka
Miejsce publikacjiKraków
Rok publikacji2025
Liczba stron254
Tekst pochodzi z numeru MLKMagazyn Literacki KSIĄŻKI 7-8/2025

Dwa lata temu Renata Lis wstrząsnęła światem, a przynajmniej jego czytelniczą cząstką, czyli tymi, którzy przeczytali jej osobistą książkę „Moja ukochana i ja”. Pomijając formę – miks reportażu, eseju z intymnym pamiętnikiem – takich treści w polskiej literaturze tyle, co kot napłakał. Można szukać zwierzeń lesbijskich choćby w pamiętnikach Kowalskiej i Dąbrowskiej. Ale daleko im do głębi, różnorodności, wielowątkowości rebeliantki Renaty Lis. Wprowadziła mnie do osobistego świata, którego nie znam, a wiem, że istnieje obok mnie. Znam świat hetero, a świat par homoseksualnych, obciążony potężnymi stereotypami, nie miał u mnie klarownego obrazu. Dlatego potraktowałam jej książkę jako możliwość szerszego spojrzenia na nieznany mi ląd. No właśnie, czy taki bardzo nieznany? Pamiętam, że jednym z wniosków z jej poprzedniej książki była myśl, że pary homoseksualne wcale nie są kochające inaczej, one kochają tak samo jak heteroseksualni, tylko okoliczności tej miłości są inne.

Dlatego z wielkim zainteresowaniem rzuciłam się na ciąg dalszy historii Renaty Lis. Opisuje w najnowszej książce realizację swoich planów osobistych, a mianowicie poślubienie Elżbiety Czerwińskiej, jej partnerki życiowej od 30 lat. Wydarzenie miało miejsce w Danii, w Kopenhadze. Śluby par jednopłciowych są dziś legalne w 26 krajach na świecie. Polska nadal do nich nie należy. To niby wiemy, ale zastanawia inny fakt: dlaczego zatem osoba wyzwolona, żyjąca od 30 lat w związku partnerskim, domagała się dla siebie i swojej partnerki instytucji małżeństwa, która, jak sama autorka przyznaje, jest z gruntu instytucją konserwatywną?

W książce dokładnie tłumaczy, dlaczego stała się orędowniczką tej instytucji i, co podkreśla, nie jest to jej odosobniony głos. Innym parom jednopłciowym też bardzo zależy na legalizacji ich związków. To ciekawe. Związki nieheteronormatywne są w Polsce tematem dyskusji bardziej lub mniej publicznej od lat, dyskusji czczych i nie prowadzących do żadnych konkluzji. Osoby tej samej płci mogą wziąć ślub za granicą, ale taki związek nie jest uznawany w Polsce – tyle informacji każdy może sobie wygooglować, a to, co opisuje Renata Lis w tomie, jest rodzajem rozszerzonego aneksu do tego zdania – opisem kontekstu zalegalizowania prawnego związku pary jednopłciowej. Autorka maluje nam prawne zakłamanie i zaplątanie wynikające z różnicy pomiędzy nogami, z której, jak się okazuje, wykluwa się świat udręki. Jeden związek jest legalny, drugi nie, jeden zgodny z prawem, drugi nie, a każdy, przynajmniej w intencjach, szczery i uczciwy. Czytelnik zastanawia się: dlaczego? Co takiego powoduje, że miłość dwóch kobiet jest inna, nielegalna, a przez to przez wielu traktowana jako gorsza?

Książka miejscami wzrusza, ale tak do trzewi, a to wzruszenie z przeżytej i doświadczonej ceremonii ślubnej, legalnej, stało się źródłem jej powstania. Pierwszy rozdział analizuje tajemny, duchowy udział nieżyjącej matki Renaty Lis w jej ślubie, ona zaś wspomina ukochane baśnie Andersena, które stanowią swoisty archetyp snutych refleksji. Lis wbrew oku i szkiełku naukowczyni romantyzuje swoje uczucia, co zresztą jest kolejnym argumentem za lekturą książki. Lis oprócz romantycznych uniesień uwodzi czytelnika bezwzględną uczciwością wyznań. Każdy detal, o którym pisze, ma swoje rzetelne udokumentowanie.

Z kolei zwierzenia Elżbiety Czerwińskiej z młodzieńczych doświadczeń lesbijskich utrzymują czytelnika w przekonaniu, że życie pisze scenariusze nie do podrobienia przez najlepszego nawet pisarza. Radosny opis samego ślubu z pewnością nie byłby do końca opisem Renaty Lis, gdyby zabrakło w nim poważnych, erudycyjnych rozważań na temat równości małżeńskiej. To ciekawe i bardzo odświeżające dla każdego heteryka. Przytacza nawet kilka opinii par heteroseksualnych, które dosyć lekceważąco sprowadzają formalności ślubne do niezbędnej papierologii. W książce Lis trzeźwo uzmysławia czytelnikowi, że to przywilej, dla niej zakazany. Świetnie, z punktu widzenia wrażliwości ukształtowanej przez wykluczenie, punktuje ten stan rzeczy. Raportuje czytelnikowi swoją walkę o transkrypcję aktu małżeństwa, która wpisuje się i odzwierciedla polityczne podziały naszego społeczeństwa.

Książka jest warta lektury i nie wolno jej zamknąć w kręgu queerowych biografii, bo taka jej definicja może ograniczyć grupę czytelniczą. Jej odważny wniosek „nasze śluby nie niszczą istoty małżeństwa. One ją ratują” wart jest namysłu i refleksji.

Wyjątkowym bonusem książki jest dramat pt. „Awaria” napisany przez Renatę Lis, opisujący stan umysłu tzw. suwerena w stylu brawurowo mrożkowskim. Dołączenie do książki tej sztuki początkowo wydawało mi się pomysłem z sufitu, póki jej nie przeczytałam. Renata Lis napisała ją na zaproszenie konkursu dramaturgicznego „Strefy kontaktu”, organizowanego przez miasto Wrocław oraz wrocławski Teatr Współczesny. Pasuje do całości. Już wiem, po co autorka zbiera książki. Uśmiałam się, choć to śmiech przez łzy. Coś mi się wydaje, że Renata Lis uraczy nas jeszcze kolejnymi „Moimi ukochanymi” i oby w końcu skończyły się happy endem.

Podaj dalej
OCEŃ KSIĄŻKĘ