
Paweł Sołtys w najlepszym wydaniu! Po świetnie przyjętych zbiorach opowiadań „Mikrotyki” i „Nieradość” otrzymaliśmy literacką perełkę.
„Monolok” to książka, która udaje niepozorną. Ot, monolog starego fryzjera z Grochowa. Ale ten monolog okazuje się czymś znacznie większym – żywą biblioteką dzielnicy (a nawet „fest dzielnicy”), bankiem pamięci.
Fryzjer Sołtysa jest dzieckiem miasta, które „przeżyło własną śmierć”. Wychowany w bidulu, pozbawiony rodzinnego ciepła, został fryzjerem. I właśnie w tym zawodzie odnajduje swoje miejsce. A do tego staje się powiernikiem – słucha historii klientów, legend dzielnicy, wspomnień. Całe jego życie, cały znany mu świat („świat, czyli Grochów”) utkany jest z opowieści. A kiedy ktoś chce słuchać, opowiada je dalej – kolejnym strzyżonym i nam, czytelnikom.
W „Monoloku” pulsuje energia warszawskiej gawędy. Sołtys pięknie gra z tradycją miejskiej opowieści, wpisując się w nurt, który tworzyli Marek Nowakowski, Marek Hłasko, Andrzej Stasiuk, najmocniej jednak pobrzmiewa tu echo Stanisława Grzesiuka – barda Czerniakowa, autora kultowego „Boso, ale w ostrogach”. To ta sama bezpośredniość, ten sam szorstki język bez zdrobnień, eufemizmów i patosu. Ulubioną piosenką narratora jest zresztą Grzesiuka „Komu dzwonią, temu dzwonią”.
To nie jest klasyczna powieść, raczej szkatułkowo wpisany w jedną nadrzędną narrację zbiór opowiadań – o krawacie Roberta Kennedy’ego sprzedanym przez grochowskich paserów, o wojnie kociary z gołębiarzem, o kocie ludojadzie, Sankoskim, który chciał ustrzelić Księżyc, cygańskim dziecku, łowiącym kamyki w kałuży, zakochanym Janeczku, pobitym na śmierć, wreszcie o królu fryzjerów – Antonim „Antoine” Cierplikowskim. Pojedynek na historie toczą nawet klienci zakładu fryzjerskiego – pan Piotruś, robotnik z Peruna, z panem Andrzejem, nagradzanym literatem.
„Monolok” to książka fragmentaryczna, pozbawiona wygodnych domknięć, chwilami brutalna. Ale jednocześnie porywająca. To opowieść o tym, że życie nie układa się w elegancką fabułę: jest zbiorem z urywków, zasłyszanych zdań, cudzych losów i własnych ran.
Kiedy zamyka się książkę, ma się wrażenie, jakby wyszło się z małego zakładu fryzjerskiego na Grochowie – niby nic wielkiego się nie wydarzyło, a jednak człowiek wie o świecie trochę więcej.













