
Działają w cieniu wielkich redakcji, piszą o tym, czego wielkie korporacje nie zauważają, to oni trzymają rękę na pulsie spraw, które są kluczowe dla naszej okolicy. To opowieść o dziennikarzach i wydawcach mediów lokalnych, którzy mimo presji politycznej, ekonomicznej i technologicznej nie rezygnują z niezależności, a autorzy oddają im głos, pokazując kulisy pracy w małych redakcjach, porażki i zwycięstwa. I nie jest to litania biadolenia, jak to jest im źle.
Piętnaście rozdziałów zostało napisanych dwutorowo: przedstawiają pewien problem lub tematykę działań konkretnych osób lub redakcji na przestrzeni czasowej.
Książka powstała z potrzeby zauważenia trudnej sytuacji wydawców lokalnych. Monopol wielkich koncernów medialnych, pozycjonowanie informacji w wyszukiwarkach internetowych, znikanie punktów dystrybucji prasy, przejęcie RSW Ruch przez Orlen pokazuje kolejne przemiany systemowe i wyzwania, z jakimi muszą się mierzyć małe lokalne redakcje. Ale to tylko ta jedna strona medalu, bolesna, ale znana lub spodziewana przez wielu z nas.
Czytelnik dowiaduje się, jak lokalni dziennikarze funkcjonują w swoich mikroświatach, jak są odbierani, czy spotykają się z naciskami oraz propozycjami budzącymi wątpliwości etyczne. Nie brak tu też historii lokalnych śledztw, codziennej walki o pozyskiwanie informacji. Autorzy stawiają też pytania o przyszłość i brak następców, którzy chcieliby kontynuować taką działalność. Dzięki temu publikacja jest nie tylko reportażem o przeszłości, ale także głosem w debacie o przyszłości.
Na tle internetowego obiegu książka wypada wiarygodnie właśnie dlatego, że nie udaje neutralnego dystansu. Andrysiak i Pawłowski starają się udowodnić, że lokalne media są potrzebne nie jako nostalgiczny relikt, lecz jako infrastruktura demokracji: ktoś musi patrzeć władzy samorządowej na ręce, ktoś musi opisać lokalny konflikt, ktoś musi być bliżej ludzi niż algorytm czy centralna redakcja. W tym sensie „My, lokalni” jest reportażem i jednocześnie gotowym zbiorem postulatów.
Największą zaletą tej książki jest to, że łączy reportaż, rozmowę i diagnozę rynku bez popadania w akademickie diagnozy. To praca pisana z wnętrza środowiska, a nie zza szyby. Jej siła bierze się z konkretu ludzi, miejsc i redakcji. Najbardziej interesującą wydaje się rozmowa z Dominikiem Księskim, wydawcą „Pałuk”, od niej warto rozpocząć lekturę.
Ta książka przypomina, że bez lokalnych dziennikarzy publiczna rozmowa w Polsce byłaby uboższa, płytsza i znacznie mniej prawdziwa.











